poniedziałek, 3 czerwca 2013

Rothko


O poranku, podczas miłego domowego rozgardiaszu.

Mateusz: Co oglądasz?

Piotr: Obrazy Marka Rothki. Będzie jego wystawa w muzeum.

Mateusz: Ja tam wolę obrazy Jana Matejki.

Piotr: No co ty? Nie chcesz iść na wystawę?

Mateusz: Nie. Mnie coś takiego nie interesuje.
 
 

 

Prezent dla kolegi


Mateusz został zaproszony na urodziny do kolegi, który ma na imię Kacper.

- Co by mu tu kupić? – zastanawia się głośno – Jest sporo możliwości. Jakieś małe klocki… albo może grę planszową? Byle nie książkę!

- A dlaczego nie książkę? – pytam ze szczerą ciekawością.

- No wiesz – mówi Mateusz – w zeszłym roku Kacper dostał od drugiego Mateusza książkę i tak się wściekł, że prawie go wyprosił, a potem jeszcze przez miesiąc miał do niego pretensje.

poniedziałek, 20 maja 2013

Ważny egzamin (2)


Mateusz: Mamo, a czy to prawda, że jeśli ktoś dostanie z testu tróję, to nie zda do czwartej klasy?

ja: No, co ty, nic z tych rzeczy.

Mateusz: A Maks tak powiedział!

ja: Nic się nie martw.

Mateusz: A po co właściwie jest ten test?

ja: Sprawdzają w ten sposób, czy jesteście dobrze uczeni.

Mateusz: Sprawdzają, czy jesteśmy dobrze uczeni! A jak by się okazało, że nie zdamy testu? Wszystkie dzieci w szkole, to co wtedy?

ja: Nie mam pojęcia.

Mateusz: Na pewno zlikwidowaliby szkołę i nas wszystkich wyrzucili a w TVN24 by to co chwilę pokazywali i mówili: „Szkoła podstawowa na 14 została zamknięta, ponieważ dzieci były w niej źle uczone”.

Gimnazja

Mateusz słucha wiadomości:
„Mamo, dlaczego Jarosław Kaczyński chce zlikwidować gimnazja? Hmm. To jest możliwe, że gdyby on został prezydentem, to zlikwidowałby gimnazja, a może też i szkoły podstawowe, przedszkola i żłobki… A potem zlikwidowałby licea. I tylko studia by zostały. Właściwie studia może też by zlikwidował”.

Ważny egzamin (1)


Jutro odbędzie się test dla uczniów klas trzecich. Mateusz więc został przeze mnie zaopatrzony, zgodnie z zaleceniem nauczycielki, w liczne długopisy, ołówki, gumki, temperówki i linijki. „Co by tu jeszcze?” – zastanawiamy się wspólnie.

- To może się wykąp – mówię.

- Wczoraj się kąpałem – odpowiada Mateusz – to po co znowu dziś mam się kapać?

- Po pierwsze: warto się kąpać codziennie; po drugie: szczególnie warto wykąpać się przed ważnym egzaminem – mówię.

- Boże! – wzdycha Mateusz – całe szczęście, że nie trzeba być ubranym w strój galowy, bo dopiero dałabyś mi wtedy popalić… Ale ale! – woła nagle.

- Że co? – na to ja.

- Mam nadzieję, ze ty też się dzisiaj porządnie wykąpiesz! – woła.

- A ja dlaczego mam się kapać? – pytam.

- No chyba w dniu, kiedy twój syn ma pierwszy w życiu ważny egzamin, to byłoby dobrze, żebyś się dobrze prezentowała. Prawda?

 

 

-

środa, 1 maja 2013

Zainteresowania dzieci


1 Maja poszliśmy na pochód, ale szczerze powiedziawszy, tylko troszeczkę na nim byliśmy. A potem udaliśmy się do kina na nieco unowocześnioną wersję słynnego niegdyś filmu Park Jurajski. Nieco się baliśmy, ale jednak nam się podobało. Po wszystkim, jadąc SKMką do domu tłumaczyliśmy Mateuszowi, jak – po tym filmie w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia – zapanowała wśród dzieci moda na dinozaury i wszystko, co z nimi związane.

- A dziś, czym się interesują dzieci w twoim wieku? – zapytałam wreszcie.

- Hmm – odparł Mateusz.

- No, chłopcy czym się interesują? – dociekałam, spodziewając się, że zaraz zacznie opowiadać o tabletach, grach na konsole i innych wytworach współczesności.

- Nauką – odparł wreszcie Mateusz, spoglądając na mnie niewinnie swymi zielonymi oczyma.

- Co? – osłupiałam – Nauką? No dobrze, a czym jeszcze? – dopytywałam.

- Religiami – odrzekł.

-Religiami?

- Tak, religiami – rzekł Mateusz z powagą.

- I może czymś jeszcze? – zapytałam zbita wreszcie z pantałyku.

-Tak – powiedział – i jeszcze poszukiwaniem złotej perły.

- Acha – powiedziałam, a SKMka zatrąbiła wesoło.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Sprawdziany

Mój syn, Mateusz, jest dzieckiem mądrym, rezolutnym i sympatycznym. Może niezbyt pięknie pisze, ale uczy się dobrze i dość pilnie. Ma też taką zaletę, że nie przejmuje się byle czym. Kiedy parę dni temu dostał z rocznego sprawdzianu z matematyki czwórkę wyjaśnił mi, że popełnił wprawdzie w nim kilka błędów, ale świetnie mu poszło zadanie na inteligencję. Niestety sprawdzian z polskiego wypadł Mateuszowi nieco gorzej. Idziemy więc ze szkoły wśród fruwających wokół alergenów, oczy nam łzawią i mamy sienny katar, i ja mówię:
- No nienajlepiej ten sprawdzian z polskiego, co?
- No wiesz, mamo – rzecze Mateusz – nikt zbyt dobrze nie wypadł.
- Tak? – pytam ze szczerym zainteresowaniem.
- Acha. Prawie wszyscy dostali tróje, niektórzy to nawet z minusami. Ciekawe dlaczego…
- Hmm, rzeczywiście ciekawe... – na to ja – może niezbyt się uczycie.
- Nie, to nie to – ripostuje Mateusz – przecież nawet dobrzy uczniowie wypadli słabo!
- To jak myślisz, co było przyczyną tych niezbyt dobrych wyników? – dopytuję.
- Może jesteśmy uczeni nie tak, jak trzeba? – powiada Mateusz tonem bardzo przekonującym.
 

wtorek, 9 kwietnia 2013

Życie w stresie

Psychologowie alarmują, że współczesne dzieci żyją w ciągłym stresie. Na szczęście jednak, jak się okazuje, nie wszystkie.
Idziemy sobie, Mateusz i ja, ze szkoły do domu i rozmawiamy o teście trzecioklasisty, który Mateusz będzie zdawał w tym roku, i który dzieci w szkole ćwiczą od jakiegoś czasu.
- Denerwujesz się trochę tym testem? – pytam nieśmiało.
- No co ty? – Mateusz się śmieje i wskakuje w kałużę.
- W ogóle? – pytam z lekkim niedowierzaniem.
- Przecież ten test i tak nie ma wpływu na to, czy się przejdzie do czwartej klasy, to czym tu się denerwować? – odpowiada Mateusz.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Surowi rodzice

 
Mateusz: Mamo, zapamiętaj sobie. Nigdy nie oglądaj Surowych rodziców!
ja: … No ale właściwie, z jakiego powodu?
Mateusz:  Bo nie! Nie oglądaj tego! Błagam!
ja: Ale co? Czyżbyś się czegoś obawiał?
Mateusz:  Tak!
ja: Ale właściwie czego?
Mateusz:  Że się taka staniesz!
ja: Jaka?
Mateusz: Że staniesz się dla mnie surową matką!  
 
 
 

sobota, 6 kwietnia 2013

Arcydzieła

W sobotni wieczór Mateusz chce oglądać w telewizji film Potwory i spółka. Studiuje więc jego opis w gazecie.
- Patrz, mamo, ten film ma trzy gwiazdki. To bardzo dużo! – woła uradowany.
- Tak?
- To znaczy, że to dobry film i warto go zobaczyć.
- No tak – na to ja – tylko największe arcydzieła mają pięć gwiazdek.
Mateusz kiwa głową potakująco i mówi:
- Jak na przykład: Władca pierścieni: Powrót króla. Jedenaście Oskarów! Albo Merida waleczna, albo jeszcze Życie Pi. Też ileś tam Oskarów. To są właśnie arcydzieła!

piątek, 5 kwietnia 2013

Leonardo



ja: A co tam dziś było w szkole?

Mateusz: Rozmawialiśmy o Leonardzie da Vinci i Monie Lizie.

ja: I dowiedziałeś się czegoś ciekawego?

Mateusz: Nie.

ja: Jak to?

Mateusz: Bo wszystko już wiedziałem.

ja: Aaaaa, no widzisz, tak to jest, kiedy się jest dzieckiem historyka sztuki.

Mateusz: Historyka sztuki?

ja: No.

Mateusz: Czy ty jesteś historykiem sztuki?

ja: Jestem.

Mateusz: To dlaczego ja się dopiero teraz o tym dowiaduję?

ja: Jak to dopiero teraz? Nie wiedziałeś, jaki mam zawód?

Mateusz: Nie wiedziałem! Bo ty mnie nigdy o niczym nie informujesz!

 

 

 

czwartek, 4 kwietnia 2013

Samoloty (2)

 
ja: Wiesz, Mateusz, właściwie ten samolot, który się rozbił pod Smoleńskiem był wyprodukowany w Rosji.
Mateusz: Aaa! To znaczy, że rosyjskie samoloty są niebezpieczne tak?
ja: Tak naprawdę to i tak wszystko zależy od pilota…
Mateusz: Czy jest pijany, czy nie? Tak? O to chodzi?
ja: ekhm.
Mateusz: No to ciekawe, czy nasz pilot będzie pijany, czy nie?
 

Samoloty (1)

Na wakacje wybieramy się do Walencji. Samolotem. I tej podróży Mateusz trochę się obawia.
- Nie martw się, synku – mówię tonem pocieszającym – polecimy niemieckimi liniami lotniczymi. One są bardzo solidne.
- Będziemy lecieć niemieckimi samolotami? – dopytuje Mateusz.
- Tak.
- Tylko niemieckimi?
- Przecież mówię – zapewniam go.
Na twarzy dziecka maluje się wyraz ulgi.
- Co za szczęście… – wzdycha – Polskie samoloty są przecież bardzo niebezpieczne. Zwłaszcza rządowe.
- Rządowe? – przez chwilę nie wiem, o co chodzi.
- Mamo! Zapomniałaś już o katastrofie smoleńskiej?! – woła oburzony Mateusz.
 

środa, 3 kwietnia 2013

Sam w domu


Mateusz (w uniesieniu): Hura! Hura! Hura! Zostanę sam w domu!

ja (nieco sceptycznie): No dobrze, a co będziesz robił?

Mateusz (szczerze oburzony): Jak to - co? Będę czytał lektury szkolne!

wtorek, 26 marca 2013

Lektura szkolna

Mateusz ma w szkole do czytania lekturę pt. Oto jest Kasia.
Z oporami wypożyczył książkę z biblioteki („Obawiam się, że to dla dziewczyn” – powiedział) i w poniedziałkowe popołudnie zasiadł na kanapie do czytania.
- I co? Ciekawe? – zapytałam po jakimś czasie, przerywając czynność smażenia naleśników.
- Łuuuup. Nie, nie podoba mi się. To jest jednak dla dziewczyn. Ta cała Kasia ma same koleżanki, a w ogóle w jej szkole też są same dziewczyny. I w ogóle ta Kasia jest okropna, bardzo niemiła, ciągle innych obgaduje i się dąsa – wystękał Mateusz – A do tego jest niemądra, i nie lubi szpinaku i jajecznicy!
Znowu minęło parę minut. Mateusz wkroczył do kuchni, ocierając demonstracyjnie pot z czoła.
- Nie wiem, kto wymyślił, żeby ta książka była szkolną lekturą.  Jest w niej mnóstwo o upokarzaniu innych. Czy dzieci powinny w szkole czytać coś takiego?

sobota, 23 marca 2013

Potteromania (2)


Mateusz: Mamo, mam nadzieję, że ty nie jesteś mugolem?

ja: No nie, raczej nie jestem.

Mateusz: Więc to udowodnij!

środa, 20 marca 2013

Świat


 O poranku, chwilę przed wyjściem z domu, krzątam się i miotam i narzekam:

- Gdzie ja mam telefon i klucze? Czemu jest tak strasznie zimno? Jak ja mam dość chodzenia w tych kurtkach, rękawicach i czapach! I czemu zawsze muszę tak rano wstawać?

- Bo tak został stworzony świat, mamo – mówi spokojnie Mateusz.

 

czwartek, 14 marca 2013

Potteromania (1)

Mateusz popadł w potteromanię. Postanowił przeczytać wszystkie książki o Harrym Potterze i obejrzeć wszystkie filmy  o nim. Nie dziwota, że zaczął zabierać książki do szkoły („Poczytam sobie pod klasą, mamo”), a w niedzielę – na obiad do pierogarni, dokąd wybraliśmy się z dziadkami. Zaraz, kiedy tam weszliśmy i usiedliśmy, a następnie złożyliśmy zamówienie (Mateusz oczywiście, jak przystało na dorastającego chłopca, życzył sobie dwudaniowego posiłku z deserem), wyciągnął książkę i oddał się lekturze. Czytał sobie i czytał, a myśmy rozmawiali. Wreszcie kelnerka (licząca sobie na oko ze 20 wiosen) przyniosła zupę i widząc Mateusza odkładającego książkę zakrzyknęła:
- Pan czyta Harrego Pottera! Czytałam wszystkie części! Jak cudownie!
- Eeee – odrzekł Mateusz i cały pokraśniał z dumy.

czwartek, 7 marca 2013

Dzień kobiet


Mateusz: Mamo, jutro dzień kobiet!

ja: Wiem wiem.

Mateusz: Chcę kupić pani czekoladę i cukierki dla dziewczyn. Pójdziemy do sklepu?

ja: Dobrze, idziemy.

(Idziemy do sklepu, idziemy idziemy, dochodzimy do sklepu)

Mateusz:  Ups, ale głupek ze mnie, przecież ty też obchodzisz dzień kobiet!

piątek, 1 marca 2013

Adam i Ewa

- Co to jest drzewo poznania dobra i zła? – pyta Mateusz. Więc mówię. Opowiadam o tym drzewie, a następnie o judeochrześcijańskich wierzeniach na temat tego, jak powstała ludzkość. A także o chrześcijańskiej koncepcji grzechu i zbawienia, a więc o prarodzicach – Adamie i Ewie i o Jezusie.

- A gdzie jest grób Adama? – dopytuje Mateusz. Więc objaśniam, że na Golgocie i brnę w historię o krwi, która wyciekła z boku Jezusa, spłynęła na czaszkę prarodzica, przynosząc zbawienie całej ludzkości.

- A Adam i Ewa, kiedy umarli byli w piekle? – drąży Mateusz. Tłumaczę zatem, jak to prarodzice przebywali w Otchłani i, jak przybył do nich Jezus, a potem wszystkich stamtąd wyprowadził. Z trudem powstrzymuję się, by nie opowiedzieć mu o apokatastazie.

- Aaaaa, teraz Adam i Ewa są w raju, w niebie, tak? – pyta dziecko.

- No, tak.

- Wszystko ładnie – odzywa się ponuro Mateusz – tylko teraz mi wytłumacz, jak to się stało, że Gagarin, kiedy wrócił z kosmosu powiedział, że żadnego raju tam nie widział? I nawet Amerykanie, chociaż byli w kosmosie, to raju nie znaleźli…

poniedziałek, 25 lutego 2013

Smutek


Idziemy do szkoły i pracy wśród roztopów, kałuż i wzgórków błota. Wesoło to nie wygląda.

Mateusz: Mamo, nie bądź smutna.

ja: Nie jestem smutna.

Mateusz: Ale ja nie chcę, żebyś była smutna.

ja: Ale przecież nie jestem.

Mateusz: Nie jesteś?

ja: Nie nie, nie martw się.

Mateusz: No dobrze, a jakbyś była smutna i ja bym cię poprosił, żebyś nie była, to byś przestała być smutna?

ja: Pewnie, że bym przestała.

Mateusz: No dobrze, to ja tylko tak na wszelki wypadek mówię, żebyś nie była smutna, gdybyś była.

ja: Dobrze.

czwartek, 21 lutego 2013

Kontrola

Mateusz: Mamo! Przez ciebie dostałem minusa!
ja: Przeze mnie?
Mateusz: Tak! do dziennika!
ja: Ale za co?
Mateusz: Za brak ćwiczeń! Nie dałaś mi ćwiczeń do szkoły!!!
ja: Jak to ja ci nie dałam? Przecież sam się pakujesz do szkoły.
Mateusz: A nie mogłaś sprawdzić, czy wszystko zabrałem?
ja: Mam ci sprawdzać plecak?
Mateusz: Tak.
ja:  Chcesz, żebym cię kontrolowała?
Mateusz: Tak, ja nie mogę sobie wierzyć i dlatego chcę być kontrolowany!

środa, 20 lutego 2013

Polska

Korzystając z nieobecności Mateusza, spędzającego dzień z NNem, poszliśmy do kina. Na film Smarzowskiego pt. Drogówka poszliśmy. Oj jak ja nie lubię tej całej Polski i polskiej kinematografii, jak nie lubię! A najbardziej nie lubię, że klną i bluzgają. „Oj, jak ja nie lubię tego klęcia w filmach – mówię do Piotra – przecież ludzie tak nie mówią naprawdę”. „No może w twoim środowisku nie mówią” – Piotr się śmieje. A ja myślę, że nie ma z czego się śmiać, bo to wszystko bardzo smutne i ponure.

środa, 13 lutego 2013

Rozwód, czyli ostatki


Tydzień doniosłych wiadomości. A są one takie: po pierwsze – dostałam pieniądze na książkę o relikwiach; po drugie – Benedykt XVI zapowiedział abdykację ze swego dostojnego stolca; po trzecie – rozwiodłam się z NNem. Pieniądze mnie uradowały, odejście papieża nie zmartwiło, a nawet wiele nie obeszło, za to kolejny proces w sądzie, to było wydarzenie! to były emocje! Niemal z tego wszystkiego dostałam zawału serca, ale jednak (o dziwo) mój organizm okazał się nadzwyczaj wytrzymały i zdrowy, i jakoś to wszystko przetrzymał, a ja razem z nim.
We wtorkowy piękny poranek, o godzinie 10.45 stanęliśmy w sądzie przed sobą z NNem twarzą w twarz i się zaczęło, kto komu jaką krzywdę zrobił i czyja krzywda była większa. NN żalił się, że w trakcie trwania naszego małżeństwa chodziłam z byłym chłopakiem na kawę. Żalił się na Piotra, że za wysoki (a ciekawe, że podawał dokładnie jego wzrost 194 cm) i za ciężki (i wagę podawał, ale zbyt dużą, bo Piotr waży nieco mniej niż 100 kg). Wspominał o króliku (jako rzekomo jedynej istocie u nas w domu, którą kocha Mateusz). Ale też twierdził, co mnie mile zaskoczyło, że nasze pożycie było bardzo udane: nie wiadomo więc, skąd to całe rozstanie i związane z nim zamieszanie. Na zwyczajową wspólną porozwodową kawę oraz ostatkowe ciastko z kremem się nie udaliśmy.

wtorek, 12 lutego 2013

Jestem miasto Warszawa

Mateusz dostał książkę z mapami Warszawy. Nazywa się Jestem miasto Warszawa i wzbudziła u nas w domu powszechny i szczery zachwyt. Mateusz siedzi więc teraz wieczorami i ogląda mapy Warszawy, a przy okazji rozmawiamy o nasze ukochanej stolicy, a więc o Warsie i Sawie, elekcjach na Woli, królu Janie III Sobieskim i Marysieńce. Ale niestety też o zburzonym Zamku Królewskim i zwalonej kolumnie Zygmunta, o getcie, i powstaniach. Mateusz z uwagą ogląda mapę z 1944 i rozmawiamy o tym, jak Niemcy najechali na Polskę w 1939 roku, o powstaniu w getcie i o powstaniu warszawskim.
- Cała Warszawa została zburzona – mówi Mateusz i w bek.
- Nie płacz, kochanie – na to ja – zobacz, po wojnie wszystko zostało odbudowane.
- Mamo, ja nie chcę, żeby jeszcze kiedykolwiek była wojna!
- Nie martw się – pocieszam – żadnej wojny nie będzie.
- A jak będzie? A jeśli będzie wojna to co? Ja nie chcę walczyć na wojnie! – lamentuje dziecko.
- No ale czemu miałbyś walczyć na wojnie? – pytam naiwnie.
- Wszyscy mężczyźni i chłopcy będą musieli walczyć! A zwłaszcza harcerze i zuchy!
- No tak…. Eeee…. – i myślę, co by tu sensownego powiedzieć.
- A ja nie chcę przelewać krwi za ojczyznę! – woła Mateusz.
 


 

 
 
 

poniedziałek, 11 lutego 2013

Narty

Mateusz wrócił z zimowiska, a dziś rano już do szkoły. Idziemy więc o poranku poprzez śniegi i ja mówię:
- Ech, mam nadzieję, że w przyszłym roku razem pojedziemy na narty!
- Mamo! – odpowiada na to Mateusz.
- No na narty – kontynuuję żwawo – do Bukowiny Tatrzańskiej na przykład.
- Mamo!!!
- No co? – się pytam.
- Mamo, ja naprawdę nie chcę mieć matki w szpitalu!!!

środa, 6 lutego 2013

Sen o króliku

Zeszłej nocy śniło mi się, że chodzę i biegam po całej Warszawie szukając naszego królika Michała, który nieoczekiwanie wyniósł się z domu. Byłam w wielu miejscach, na Starym Mieście, na Nowym, na Uniwersytecie i w Muzeum, a nawet w jakimś akwarium. Widziałam wiele królików białych w rude plamy wykonujących różne królicze czynności (w akwarium to króliki nawet nurkowały i jadły wodorosty), ale kiedy przyglądałam się im dokładniej, okazywało się, że to wcale nie nasz Michał. Wreszcie o 6.15 obudził mnie budzik, a ja – przerażona swymi nocnymi przygodami – pobiegłam do pokoju Mateusza, pod jego nieobecność niepodzielnie zajmowanego przez królika. Pobiegłam, żeby sprawdzić, czy królik żyje i czy się przypadkiem nie wyprowadził. No i był! Jak zawsze uroczy, o sympatycznym wyrazie twarzy – królik francuski we własnej swej postaci, leżący sobie w wyszukanej lecz niefrasobliwej pozie. Cały dzień myślałam, co ten sen może znaczyć. Z pobieżnych lektur internetowych wynikało, że „pomyślność”, „dobrobyt” lub „ciążę”. Ale kiedy wróciłam z pracy do domu okazało się, że mam przegryziony kabel ładowarki do telefonu i wtedy zrozumiałam prawdziwe znaczenie mojego snu. A mój horoskop dzisiejszy brzmi: „Intuicja pozwoli ci podjąć bardzo trafne decyzje. Mogą pojawić się kłopoty z urządzeniami elektronicznymi”.

Zimowisko


W związku z wyjazdem Mateusza na zimowisko mam wiele dylematów i zmartwień, z których najważniejsze wciąż dudni mi w głowie: „Czy sobie poradzi?”. Piotr mówi: „Czemu niby ma sobie nie poradzić?”. A ja nie wiem czemu, ale i tak się martwię.
Na szczęście zaraz po przyjeździe do Szklarskiej Poręby Mateusz do mnie zadzwonił.
- I jak tam jest? – zapytałam.
- Dobrze – odpowiedział.
- A jaki macie pokój?
- Mamy dobre łóżka, dobry prysznic i dobre szafki – oznajmił, a ja poczułam się dużo bardziej spokojna.

poniedziałek, 4 lutego 2013

Przyroda (3), czyli o strzelaniu do żubrów


Ten tydzień rozpoczął się bardzo wcześnie, bo w poniedziałek wstaliśmy o godzinie 2.15, po to, żeby zdążyć na zbiórkę zuchową o 4.30 na Dworcu Warszawa Wschodnia. A zbiórka po to, żeby zuchy mogły pojechać na zimowisko do Szklarskiej Poręby. Jakoś tam wstaliśmy, choć łatwo nie było. Jakoś tam zapakowaliśmy się do autobusu o godzinie 3.37 i jedziemy, wymieniając różne uwagi o wielu ważnych i mniej ważnych  sprawach. Rozmawiamy też o ludziach, którzy najwyraźniej o tej porze jadą do pracy.

Mateusz: Nigdy nie podjąłbym takiej pracy.

ja: Nigdy nie wiadomo. Czasem nie masz wpływu na to, w jakich godzinach pracujesz.

Mateusz: Będę pracował od 8 do 16.

ja: Jako kto?

Mateusz: No jako leśnik.

ja: Tak się składa, że leśnicy pracują w różnych godzinach, raczej nie od 8 do 16. Bo co na przykład będzie, kiedy jakieś zwierzę będzie potrzebowało twojej pomocy o godzinie 17, albo o 3 rano?

(chwila ciszy)

Mateusz: Niestety będę musiał strzelać do żubrów…

ja: Jak to? Strzelać? Dlaczego strzelać?

Mateusz: Żeby wyeliminować stare i chore osobniki. Kiedy będę leśniczym.

ja: No nie… Mógłbyś strzelić do żubra?

Mateusz: A myślisz, że byłoby lepiej, żeby swoimi chorobami zarażały inne żubry?

ja: Ale zaraz byś do nich strzelał? Może są jakieś inny sposoby? Zastrzyki usypiające, albo coś podobnego?

Mateusz: Niestety, mamo, strzelanie jest znacznie bardziej skuteczne niż zastrzyki. Dlatego będę musiał strzelać.
 
 

 

 

niedziela, 27 stycznia 2013

Tablet

W niedzielny poranek Mateusz zbierał się do wyjazdu do dziadków na wieś gdzieś na końcu świata, w której ma spędzić pierwszy tydzień ferii. Usiłowaliśmy się do tego emocjonalnie przygotować, więc całusom, przytulaniom i zapewnieniom o wzajemnej dozgonnej miłości nie było końca, mówiliśmy o tęsknocie, jaką będziemy odczuwać i jak to będzie wspaniale znowu się spotkać. Między nami kręcił się wesoło królik Michał, a w telewizorze coś tam opowiadali o oddawaniu i pozbywaniu się kogoś i ja się zapytałam z głupia frant:
- Mateusz, a ty byś oddał Michała?
- W życiu! – zaprzeczył gorliwie Mateusz.
- A za tablet? Czy wymieniłbyś Michała za tablet? – dopytał się Piotr znad komputera.
Mateuszowi zaświeciły się oczy i aż go zatkało z wrażenia, a przed oczami najwyraźniej stanął mu niezwykle atrakcyjny tablet, ale szybko się zreflektował:
- Eeee. Nie – powiedział, ale w jego głosie słychać było wahanie.
Michał zastrzygł uszami i wąsami, popatrzył na nas z wyraźnym niepokojem, a potem stanął słupka.
- Nie nie, nikt cię nikomu i nigdy nie odda, nie martw się – zapewniliśmy go, a Michał nieco się uspokoił.
 

sobota, 26 stycznia 2013

Pismo


Oglądamy oceny semestralne Mateusza. To są dobre oceny, za wyjątkiem „jakości graficznej pisma”. Mateusz jest jednak z siebie wyraźnie zadowolony.

Mateusz: Niezłe oceny, co? A zachowanie jakie dobre!

ja: No wiesz za pismo to ta ocena jest taka sobie…

Mateusz: Ale za muzykę jaka dobra ocena!

ja: Ale pismo!

Mateusz: Eeee, nie przejmuj się, mamo, pismo nie jest takie ważne.

ja: Jak to nie jest ważne?

Mateusz:  Iiii no, nie takie ważne jak reszta.

Przyroda (2), czyli Miłość do stworzeń


Obejrzeliśmy film pt. SOS Ziemia. O tym, jak świat jest zagrożony przez działalność człowieka, jak się zmienia przez jego destrukcyjną działalność i o tym, jak to różne gatunki mogą wyginąć. Wtedy Mateusz zaczął lamentować:

„Ja nie chcę, żeby zwierzęta wyginęły! Wolę, żeby ludzie wyginęli! Już nawet sam wolę umrzeć, niż jakby miały wyginąć zwierzęta!”

I zasnął.
 
 

piątek, 25 stycznia 2013

Przyroda (1), czyli: Los matki to trud i znój

Wracamy z Mateuszem ze szkoły do domu brnąc przez zwały śniegu. Ja niosę dziesięć toreb i pakunków, a Mateusz dzierży miecz, który był jego rekwizytem na szkolnym balu przebierańców. Brniemy przez te zwały i zaspy, a Mateusz drewnianym mieczem szoruje po płotkach, tłukąc nim i stukając, że uszy pękają, więc mu mówię, żeby przestał. A on nic, dalej swoje robi, i dochodzimy wreszcie przed naszym domem do jakichś krzaków. Patrzę, a Mateusz tym mieczem szuru buru po krzakach. Więc mówię:
- O nie, mój drogi, teraz to już przesadziłeś. Zniszczysz te krzaki. Przestań wreszcie.
Mateusz przestał, ale zaczyna się wymądrzać, że krzewom takie tłuczenie nie szkodzi, bo nic nie czują i nic im nie będzie. Objaśniam mu, że wręcz przeciwnie, że krzewy można w ten sposób połamać i że rośliny czują, a wreszcie – chwytając się w tej potyczce słownej ostatniej deski ratunku – mówię:
- A poza tym, chyba wiesz, że przyrodę trzeba szanować.
A Mateusz w bek.
- Bo ty bardziej szanujesz przyrodę niż mnie! – krzyczy z wyrzutem.
- Wcale nie, tak samo szanuję ciebie, jak przyrodę! – wołam.
- Właśnie, że nie!
- Właśnie, że tak.
I na tym nasza wymina zdań się zakończyła.
 

wtorek, 22 stycznia 2013

Samo dziecko

Myśli mam raczej ponure i smutne. A tu śnieg pada, autobusy w śniegu grzęzną i samochody, i podobnie – kolej. Długo jadę więc z pracy, żeby odebrać ukochane dziecko. Wreszcie jednak wpadam do szkoły.
- Mamo – mówi z wyrzutem w głosie ukochane dziecko – to było naprawdę bardzo długo!
Zaczynam się więc tłumaczyć, że śnieg, że zatory i wypadki na drogach.
- Jasne – kontynuuje dziecko – tylko, że ja się martwiłem, że nigdy nie przyjdziesz. Martwiłem się, że gdzieś zginęłaś po drodze, no…. że umarłaś. I co by wtedy ze mną było? Z kim bym mieszkał? Pewnie by się skończyło, że musiałbym zamieszkać z samym Michałem. I jak by to było? Samo dziecko mieszkające z królikiem?

Duch

Podczas tegorocznej zabawy sylwestrowej przetańczyłam tyle tańców z własnym synem, co jeszcze nigdy w życiu. Ale – jak to bywa – mimo powszechnej, właściwej tej nocy wesołości zdarzyło nam się parę potknięć i obraz majestatu. W pewnym momencie Mateusz zszedł z parkietu i – chociaż było wiele próśb i zachęt – nie chciał za nic wrócić. Prosiliśmy go na przemian, Piotr i ja, aż wreszcie Mateusz wyrzucił z siebie:
- Nie mogę już tańczyć! Nie rozumiecie, że straciłem ducha tańca?
Ot i właśnie mnie spotkało coś podobnego. Śnieg sypie, temperatura spada i spada każdego dnia, drzewko na oknie walczy na przetrwanie, królik udaje, że jest chlebem, albo może bułką, woda w kaloryferach bulgocze, a ja nic nie mogę, a zwłaszcza nie mogę pisać. Bo tak się składa, że utraciłam ducha pisania i ducha wszystkiego.

czwartek, 17 stycznia 2013

Prawda

Brnąc przez zwały śniegu rozprawiamy z uczęszczającym na lekcje etyki Mateuszem o prawdzie i nieprawdzie. Właściwie, kiedy tak sobie idziemy ze szkoły do domu, to ja tłumaczę, że trzeba mówić prawdę, że prawda jest lepsza niż kłamstwo i lepiej się jej trzymać etc. A Mateusz mnie słucha, wesoło wpadając co chwilę w zaspę. Ale nagle się zatrzymuje. Podnosi głowę i patrzy na mnie mądrze zza okularów, i powiada:
- No dobrze, a gdybyś była bardzo brzydka, najbrzydsza na świecie i ja bym ci powiedział, że jesteś najbrzydsza na świecie, to by było dobrze?

Słoń


Mateusz jest miłym i dobrym dzieckiem. Ostatnio postanowił przygotować prezent NNowi z okazji jego urodzin, które miały miejsce parę dni temu. Zrobił laurkę, zapakował stare zdjęcie NNa (chyba ze szkolnej legitymacji), które gdzieś znalazł, a także kartkę, którą sam dostał na urodziny w zeszłym roku od babci. Długo natomiast się zastanawiał, czy wręczyć NNowi styropianowego różowego królika (którego podarował mi w zeszłym roku po wycieczce do Poznania), czy drewnianego słonia (którego przywiózł ze Szczecina: tego słonia ja z kolei dostałam w dzieciństwie od przyjaciółki, która była w podróży w Afryce). Szczerze mówiąc wolałam, żeby zaniósł NNowi tego uroczego różowego królika, bo słoń nie tylko wydawał mi się solidniejszy, ale i posiadający większą wartość sentymentalną.

Siedzimy sobie wczoraj wieczorem i rozmawiamy.

ja: Zaraz zaraz, i co w końcu zaniosłeś tacie w prezencie?

Mateusz: Słonia.

ja: Mhhm. Myślałam, że zdecydujesz się na królika.

Mateusz: Nie… Wiesz, ten słoń miał opuszczoną trąbę.

ja: I co z tego?

Mateusz: Taki słoń z opuszczoną trąbą przynosi nieszczęście, więc nie chciałem go już dłużej trzymać w moim pokoju.

ja: I myślisz, że to dobry pomysł na prezent?

Mateusz: Na pewno najlepszy, jaki przyszedł mi do głowy.

 

 

niedziela, 13 stycznia 2013

Anarchia

Pokłóciliśmy się wszyscy, trudno powiedzieć, o co i dlaczego. Pewno nie było warto, ale tak to niekiedy w życiu bywa. Szliśmy potem z basenu przez zwały śniegu i rozmawialiśmy, skąd się ta kłótnia wzięła i po co ona była. Ja mówiłam i Piotr mówił, a najwięcej jak zwykle Mateusz, że to, że tamto i w koło.
I nagle Mateusz:
- Oj, Piotr, bo ty nie rozumiesz anarchii!
Zdębieliśmy i mowę nam odebrało. Po chwili osłupienia jednak zebrałam się na odwagę:
- Eee Mateusz, a co to jest anarchia?
- Nie mam pojęcia – odparł rezolutnie Mateusz.
- Anarchia jest wtedy – zaśmiał się Piotr – kiedy Michał wskoczy na łóżko, narobi bobków i nasika do pościeli, żeby oznaczyć terytorium – i podążyliśmy dalej.
W zgodzie zjedliśmy makaron ze szpinakiem i poszliśmy do kina na Życie Pi.

piątek, 11 stycznia 2013

Reklama

Pojechaliśmy do klubu na ulicę Poznańską, żeby zobaczyć jasełka. A potem, w dobrych nastrojach, wracaliśmy do domu autobusem 517. Jedziemy sobie zimową porą tym autobusem, zadowoleni, że mamy miejsca siedzące, wyglądamy przez okno. I nagle Mateusz pyta:
- Mamo, a dlaczego Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy reklamuje Play?
- No widzisz synku…
- Patrz, na tych dużych plakatach jest ten w okularach… no… jak on się nazywa?
- Owsiak.
- No właśnie. I czemu ten Owsiak reklamuje Play?

czwartek, 10 stycznia 2013

Miłość


Zobaczyliśmy w kinie Miłość Hanekego i chyba w związku z tym przypomniała mi się rozmowa, której przysłuchałam się niechcący zza uchylonych drzwi łazienki:

Mateusz: Kogo kochasz najbardziej na świecie? Mnie, czy mamę?

Piotr: Ekhm.

Mateusz: No powiedz! Kogo kochasz najbardziej na świecie? Mnie, czy mamę?

Piotr: Ekhm.

Mateusz: A czy ty nie wiesz, że najbardziej na świecie trzeba kochać dzieci?

środa, 9 stycznia 2013

Babuleńka

Zima wróciła, a ja siedzę wieczorami pod lampką i – jak stara babuleńka z rosyjskich baśni przy pykającym samowarze – łatam spodnie Mateusza. Bo Mateusz, obok innych talentów, ma jeszcze taką umiejętność, że raz dwa mu się przecierają spodnie – zawsze na lewym kolanie. I mam tych spodni do załatania jeszcze pięć par. Ale dzisiaj (pod nieobecność Mateusza, który poszedł odwiedzić NNa) postanowiłam spędzić czas inaczej.
- To może pójdziemy do kina? – zaproponowałam Piotrowi, a on na to:
- To może na Amour? Chyba że uważasz, że to film dla ciebie zbyt ponury.
Trochę tak uważałam, ale postanowiłam się przemóc i poszliśmy, do ulubionego kina Muranów. Na sali widać było paru starców, ale i parę osób w wieku średnim i młodym oraz odsetek pijaków w wieku nieokreślonym. Film – bardzo ładnie i plastycznie nakręcony, a nawet, można rzec, że estetycznie wyrafinowany – okazał się rzeczywiście dość ponury i skłaniający do niewesołych przemyśleń na temat małżeństwa oraz śmierci. U mnie są one z grubsza takie, że gdyby się zdarzyło za 40 albo i 50 lat, że nie byłabym wcale wesołą babuleńką łatającą dziecięcą odzież przy samowarze, ale przeciwnie, przez głupie zrządzenie losu stałabym się babuleńką – rośliną, to uprzejmie proszę o zaduszenie mnie poduszką, lub pozbycie się jakąś inną równie powszechnie dostępną metodą. A dla zaduszającego, Wysoki Sądzie, proszę o odpust zupełny.