Mateusz jest miłym i dobrym dzieckiem. Ostatnio
postanowił przygotować prezent NNowi z okazji jego urodzin, które miały miejsce
parę dni temu. Zrobił laurkę, zapakował stare zdjęcie NNa (chyba ze szkolnej
legitymacji), które gdzieś znalazł, a także kartkę, którą sam dostał na
urodziny w zeszłym roku od babci. Długo natomiast się zastanawiał, czy
wręczyć NNowi styropianowego różowego królika (którego podarował mi w zeszłym
roku po wycieczce do Poznania), czy drewnianego słonia (którego przywiózł ze
Szczecina: tego słonia ja z kolei dostałam w dzieciństwie od przyjaciółki,
która była w podróży w Afryce). Szczerze mówiąc wolałam, żeby zaniósł NNowi
tego uroczego różowego królika, bo słoń nie tylko wydawał mi się solidniejszy,
ale i posiadający większą wartość sentymentalną.
Siedzimy sobie wczoraj wieczorem i rozmawiamy.
ja: Zaraz zaraz, i co w końcu zaniosłeś
tacie w prezencie?
Mateusz: Słonia.
ja: Mhhm. Myślałam, że zdecydujesz się na
królika.
Mateusz: Nie… Wiesz, ten słoń miał
opuszczoną trąbę.
ja: I co z tego?
Mateusz: Taki słoń z opuszczoną trąbą
przynosi nieszczęście, więc nie chciałem go już dłużej trzymać w moim pokoju.
ja: I myślisz, że to dobry pomysł na prezent?
Mateusz: Na pewno najlepszy, jaki przyszedł mi do głowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz