piątek, 30 marca 2012

Królik (2)

Nikt o zdrowych zmysłach nie wątpi, że króliki to zwierzątka nie tylko sympatyczne, ale i bystre. Otóż i to.

Dziś po powrocie do domu, jak to mam w zwyczaju, wypuściłam królika z klatki, aby nieco pokicał rozprostowując kości. Sama zajęłam się czymś w rodzaju zmywania naczyń, a tymczasem królik kicał. Nagle usłyszałam podejrzane chrobotanie, rzuciłam więc garnki, talerze, szklanki i łyżki, mając przed oczyma wizję Michała pożerającego kabel do laptopa lub pralki. Nie biegłam jednak daleko, bo już w przedpokoju ujrzałam królika stojącego słupka przed drzwiami do łazienki i chroboczącego w nie pazurkami. Otworzyłam drzwi, a Michał wkicał do środka i udał się do kuwety, w której zasiadł z bardzo pogodną miną, podczas gdy ja rozpłakałam się ze wzruszenia nad jego mądrością i dobrymi manierami.



Szpiegi

Deszcz, słońce, deszcz, słońce, wiatr i w radiu podają, że zima wraca, a na ulicach Warszawy zastępy związkowców. Przez pół dnia chodzili, a to w jedną stronę, a to w drugą, słuszne racje głosząc dla jednych, a dla innych – racje niesłuszne. 

„B. mówi, że są programy, przez które można monitorować czyjś komputer”  taką rewelacją podzieliłam się z Piotrem jadąc autobusem linii 517.
„Spyware. Jeśli przeczytasz lub przesłuchasz trylogię Millennium, znajdziesz tam dokładne opisy posługiwania się programami szpiegującymi”  czyli dla niego, inaczej niż dla mnie, nie była to żadna rewelacja.
„Obejrzałam film: dwa razy pierwszą wersję i raz drugą, i nic mi to nie dało” – to znaczy nijakiej wiedzy o szpiegach z tego nie wyniosłam.
„To jest to brakujące w filmie 500 stron”  objaśnił mi Piotr.
„A widzisz, warto czytać książki”  – proszę, jaki przewidywalny morał: Lepiej czytać książki, niż oglądać ich ekranizacje, więcej sie można nauczyć.

Może NN przeczytał Millennium i stąd zrodził się w jego głowie chytry plan, żeby czuwać nad moim komputerowym życiem? Może tak, może nie  już teraz wszystko jedno. A ja nie chcę nikogo szpiegować, bo co ludzie robią i co mają ukryte niespecjalnie mnie ciekawi, więc nie będę. Czasem tylko zastanawiam się, co królik porabia, kiedy nikogo nie ma w domu, i kiedy już się naje do syta. Leży? Rozmyśla? Czyta gazetę? A może wyciąga z zanadrza małego netbooka i pisze jakiś swój własny pamiętnik, w którym pisze, co o nas wszystkich myśli, który zamieszcza gdzieś w sieci, i który czyta codziennie milion osób? I jak ten pamiętnik w sieci odnaleźć?

czwartek, 29 marca 2012

Mistrzyni

Pojechałam dziś z wizytą na moje ulubione stołeczne osiedle wieżowców nad samą Wisłą, aby odwiedzić Mistrzynię. Pojechałam po to, żeby opowiedzieć o postępach, jakie czyni moja zaczęta, ale nienapisana wciąż książka o ikonach, relikwiach i cudach.
Najpierw jednak dostałam naleśniki. Potem dostałam kawę. A w międzyczasie snułam opowieści o rozprawach sądowych, kłótniach i swarach z NNem, awanturach, przepychankach oraz różnych przepisach z kodeksu rodzinnego i innych kodeksów.

- Powiem ci jedno – rzekła wreszcie Mistrzyni – niech ci nie będzie przykro, ale o ciebie, to się wcale nie martwię. Martwię się raczej o Mateusza.

- Nie jest mi przykro, bo też nie o siebie, ale o niego się martwię – przyznałam.

- Ale wiesz, nawet jak nie lubisz jego ojca, to pamiętaj, że z pewnością on kocha Mateusza – powiedziała.

- O, na pewno – przyznałam ponownie.

- A miłość – kontynuowała – to rzecz unikalna. W końcu tak niewielu jest na świecie ludzi, którzy nas kochają.
I znów przyznałam Mistrzyni rację, a wtedy zadzwonił NN i zaczęliśmy przez telefon dyskutować o adresie jego wybranki, do której NN się w piątek wybiera zabierając ze sobą Mateusza. Przez ostatni tydzień robił wszystko, żeby mi go nie podać. I dzisiaj znowu odmówił, bo – jak powiedział – obawia się, że będę tę wybrankę mu nękać (a przecież w nękaniu mam dużą wprawę). Więc najpierw trochę, potem bardziej i bardziej, aż wreszcie na całego zaczęliśmy się kłócić. On mi, że nie powie, jaki ten adres; ja jemu, że jak tak, to mu nie dam legitymacji Mateusza. On krzyczał: A ty mi podajesz adresy, gdzie z nim chodzisz? A pytasz, czy możesz go zabierać na manify i inne?; mnie się w głowie kręciło ze wściekłości. Tymczasem Mistrzyni spoglądała na mnie i spoglądała, i oczy miała coraz większe z zadziwienie i przerażenia. Wreszcie mnie opadły ręce i słabo mi się zrobiło,  już musiałam iść, żeby coś z tym wszystkim zrobić, więc poszłam. Zresztą o uczonych dysputach już nie mogło być mowy. I tak to Mistrzyni o książce na temat ikon, relikwii i cudów dowiedziała się bardzo niewiele, ale za to całkiem sporo o mnie.




środa, 28 marca 2012

Przyszłość

Mateusz: Mamo, postanowiłem, że zawsze będę mieszkać w Warszawie.

ja: Tak?

Mateusz: Niestety muszę mieszkać w Warszawie, jeśli chcę być motorniczym w metrze! Bo czy w Szczecinie jest metro? Albo w Poznaniu? Albo w Krakowie jest?

ja: Nie ma.

Mateusz: Sama widzisz! Ale w Londynie jest metro, prawda?

ja: Pewnie, że jest.

Mateusz: I w Nowym Jorku chyba też?

ja: Też.

Mateusz: No dobrze, to może się przeniosę do Nowego Jorku, albo do Londynu.

wtorek, 27 marca 2012

Dorastanie (2)

I stało się. Mateusz poszedł dzisiaj sam do szkoły. Kiedy minęliśmy najpierw jedną, a potem drugą ulicę, po której jeżdżą jakieś samochody niespodziewanie oświadczył:

- To ja pójdę dzisiaj sam.

No i dobrze. Piotr i ja odeszliśmy od niego kawałek, ja patrzę, a Mateusz stoi, przebiera nogami w miejscu i rusza nosem jak królik.

-  Może cię jednak odprowadzić?  zapytałam możliwie delikatnie.

- Tak, nie, nie, tak – nie mógł się zdecydować – Dobrze, pójdę sam – powiedział wreszcie i na raz puścił się pędem w kierunku szkoły, obok garaży, a potem już wzdłuż szkolnego płotu.

A ja cały dzień myślałam: „Dobiegł, nie dobiegł, no raczej dobiegł, a jeśli nie?”. Wszystko wyjaśniła mi dopiero bardzo zadowolona mina Mateusza, którą ujrzałam po lekcjach. Okazało się, że nie tylko dobiegł, nie spotykając po drodze żadnego psa, ale w dodatku w całości dotransportował do klasy wykonaną przeze mnie wczoraj pracowicie wydmuszkę. Tak oto runęły pod naszymi stopami kolejne mury i przekroczone zostały Rubikony.

poniedziałek, 26 marca 2012

Dorastanie (1)



Dziś w drodze do szkoły Mateusz powiedział:
- Mamo, jestem już taki duży, to może będziesz mnie puszczać do szkoły samego? – w głosie jego usłyszeć można było męstwo i odwagę.
-Pewnie! – powiedziałam – bardzo mi się ten pomysł podoba. Chcesz sam chodzić z domu do szkoły?
- E, no nie. Nie przesadzajmy – rzekł Mateusz – Podprowadzisz mnie do płotu i wtedy sam pójdę.
- Do jakiego płotu?
- A tego tutaj, koło szkoły i ja pójdę wzdłuż płotu, a ty sobie pójdziesz chodnikiem.
- Dobrze, niech będzie – powiedziałam.
I tak właśnie zrobiliśmy. Mateusz szedł wzdłuż płotu, ścieżką, a ja wzdłuż tego samego płotu, chodnikiem. Dzieliło nas z 10 metrów. Wreszcie dotarł do bramy szkolnej.
- Mamo! Mamo! – usłyszałam wołanie. Zatrzymałam się – Widzisz, jak sobie dobrze poradziłem – krzyknął Mateusz bardzo dzielnie.
- O tak! – zawołałam.
- Papa! Mamo i miłego dnia – zawołał jeszcze i śmiało wszedł przez szkolną bramę.

niedziela, 25 marca 2012

Zły



Mateusz: Dzisiaj jestem grzeczny, tak, mamo?

ja: Dzisiaj tak.

Mateusz: Wczoraj nie byłem za bardzo, prawda?

ja: Nie byłeś.

Mateusz: A wiesz dlaczego?

ja: Dlaczego?

Mateusz: Byłem zdenerwowany.

ja: Zdenerwowany?

Mateusz: Tak.  Przez tę naszą wizytę w sądzie.

ja: W sądzie? Nie byliśmy w sądzie, byliśmy w Rodzinnym Ośrodku Diagnostycznym.

Mateusz: Właśnie przez to.

ja: Ale to było w zeszłym tygodniu!

Mateusz: Wiem, ale cały czas jeszcze jestem przez to zły.

„A piękności nie widzieliśmy żadnej”

Mateusz chciał zobaczyć kwiaty w parku, więc pojechaliśmy do parku przy Placu Wilsona, ale tam kwiatów nie było. Mateusz powiedział, że park bez kwiatów, to żaden park i nasz (Czechowicki) jest od tego lepszy, bo tam ponoć kwiaty są, o czym Mateusz wie od Darii, której to powiedziała jej cioteczna babcia.

Potem udaliśmy się na północ i przeszliśmy mostem noszącym imię polskiej noblistki na drugą stronę. Na tym moście kłębiły się tłumy i można było z niego popatrzeć na wody wiślane, kominy fabryczne, słupy wysokiego napięcia oraz osiedla. Mateusz narzekał, że droga jest długa, że słońce za bardzo świeci, a także na parę innych czynników tzw. obiektywnych. Idąc więc przez most kłóciliśmy się, a ja próbowałam odbywać z Mateuszem rozmowy wychowawcze. Bez specjalnych efektów, bo potem wszysto zaczynało sie na nowo.

Z tej drugiej strony rzeki Wisły wróciliśmy na pierwszą stronę i akurat pasowało, żeby zajść na Plac Piłsudskiego, gdzie dla mieszkańców stolicy zorganizowano widowisko pasyjne, które – jako zapalona badaczka religijności popularnej – trochę chciałam zobaczyć, a Mateusz od razu zaznaczył, że nie ma ochoty na oglądanie ukrzyżowania, ani innych okrucieństw.

Na placu były modlitwy za dzieci poczęte i nienarodzone, a także nawoływania do ich duchowych adopcji, modlono się za niewiasty, ich potomstwo, ale to noszone „pod sercem”, o bytujących na tym świecie i narzekających, z tego co pamiętam, nie wspominano, a wreszcie za rodzinę. Wzywano, żeby o swoich wrażeniach z widowiska opowiadać znajomym i je opisywać (dlatego właśnie o tym piszę); był tam też ksiądz biskup, podczas występu którego Mateusz głucho jęknął:

- Już nie mogę! Ciągle o tym grzechu. W szkole na religii stale im mówią o grzechu, i tutaj o grzechu. Uch.

A potem słychać było jakieś hałasy i głuche pomruki, i po platformie postawionej wzdłuż placu przeszedł osobnik przebrany za Jezusa. Mateusz przez ten czas marudził, że nic nie widzi. Więc w końcu stamtąd poszliśmy. Zimno się zrobiło.

sobota, 24 marca 2012

Ziemia – Piekło – Raj

Z tego wszystkiego najgorsze jest i najtrudniejsze pogodzenie się z myślą, że się żyło z kimś, kto niszczył twoje życie i ciebie. Że się to akceptowało, pozwalało na to, tłumacząc samej sobie, że to tylko dlatego, że jest nieszczęśliwy, że przez to, że się urodził nie tam, gdzie by chciał i nie wtedy, że wszystko jest nie takie, jakby chciał, praca nie taka, koledzy nie tacy, on sam. I że się stopniowo przyjmowało, że jego racje mają spory sens: dało się sobie wmówić i o własnym wyglądzie, i o własnym zatrudnieniu, że wszystko to nie takie. I że brało się winę na siebie, i że brało się na siebie wstyd za jego występy i sprawki. Dla nikogo dobre to nie było, ale się tak w tym trwało, myśląc, że lepiej niczego nie zmieniać, bo zdarzy się jeszcze coś gorszego. I w sumie racjonalne to było. Kiedy się z tego wszystkiego wymknęło, uciekło, kiedy się to zostawiło – dostało się sto epitetów, sto oskarżeń, sto podłości i w miejsce wszystkich poprzednich zostało się wrogiem numer 1, numer 2, numer 3 i kolejnymi (bez końca). Ale wszystko, chociaż trwa, się zmienia, zmienia się czas z zimowego na letni, Ziemia się kręci, słońce się kręci, planety i gwiazdy. A ktoś, kto czyni zło niczego dobrego na tym, ani tamtym świecie nie spotka.


piątek, 23 marca 2012

Królik u doktora

- Jaki piękny i zdrowy królik – rzekł z podziwem weterynarz, po oględzinach poszczególnych części ciała naszego Michała. Obejrzał jego króliczy brzuch, uszy, oczy, łapki, zęby, a nawet zajrzał pod ogon i zbadał serce. I wtedy właśnie dzielny Michał wyrwał się z jego żelaznego uścisku i podjął próbę owinięcia się w koło  szyi (może po to, by dla niepoznaki udawać kołnierz z lisa?), w międzyczasie obsikując obficie doktorski fartuch, czemu towarzyszyły okrzyki zachwytu wydawane przez Mateusza.

- Obsikał mnie – powiedział z rezygnacją weterynarz.

- Tak  ha ha – zakwiczał Mateusz radośnie –  u nas też ciągle coś obsikuje!

- A jak pan doktor uważa – zagadnęłam, żeby zmienić temat – czy tego oto tu królika należy wykastrować?

- Osobiście bym nie kastrował – rzekł tonem fachowym doktor – aby nie narażać zwierzątka na dodatkowy stres.

Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą.

- Należy się 10 zł – powiedział, a ja wysupłałam z kieszeni wymięty banknot i poszliśmy. Mateusz, królik i ja. 







czwartek, 22 marca 2012

Zdolny użytkownik

NN okazał się zdolnym użytkownikiem nowoczesnych urządzeń i mediów. Diabli wiedzą jak, włamał się do mojego komputera, wydrukował różne moje korespondencje i przesłał je do Wysokiego Sądu jako dowód w naszej wspólnej rozwodowej sprawie. Ten dzień znowu więc zapamiętam na długo, bo kiedy otworzyłam opasłą paczkę z sądu i zobaczyłam, że w środku są moje listy (dość zresztą czasem intymne, bynajmniej do NNa nie skierowane i pisane długi długi czas po tym, jakeśmy się rozstali na dobre) nogi się pode mną ugięły i serce moje zatrzymało się na 10 sekund. Zaraz potem ze zdenerwowania zjadłam całą czekoladę. A że nikogo innego nie było pod ręką, aby się na nim wyżyć, porządnie nakrzyczałam na królika za zrobienie 25 kup na dywaniku w łazience.

środa, 21 marca 2012

Dzień poezji

Dzień poezji spędziłam (z powodu bólu ucha i poczucia, że jestem już stara) głównie śpiąc  i dopiero o świcie przypomniało mi się, że wczoraj z okazji odbywających się w szkole rekolekcji przeprowadziliśmy z Mateuszem (oprócz rozważań o katastrofach samolotowych) głęboką dysputę  o religii.
Mateusz powiedział coś w rodzaju: „Mamo, ja nie wierzę w to, że jest jakiś tam Bóg brodaty, który sobie siedzi w chmurach i wszystkim steruje”. Pokiwałam ze zrozumieniem głową, bo – będąc dziewczynką ośmioletnią – również w takie rzeczy nie wierzyłam.
- No dobrze – powiadam do niego – ale nie musimy zaraz wyobrażać sobie Boga jako starego dziadka z długą siwą brodą i w białej szacie. Prawda?
- Nie? – zapytał z powątpiewaniem.
- Zobacz, Mateusz, jaki jest świat. Co sprawia, że deszcz pada? Że wieje wiatr?
- No chyba przyroda – rzekł rezolutnie mój syn.
- A widzisz – powiedziałam – przyroda jest przyczyną wszystkiego, jakaś siła wyższa, której nie widzimy, i która nie jest żadnym dziadkiem, ani żadną inną osobą.
- Mamo! – zawołał szczerze zachwycony – Mamo! To znaczy, że przyroda jest Bogiem. To przez przyrodę wszystko się dzieje, tak?
- Tak można tak powiedzieć.
- Hura! – zawołał Mateusz i popędził wesoło ku szkolnej bramie.

Strach przed lataniem

- A gdybyśmy mieli polecieć na wakacje samolotem? – zadałam Mateuszowi to podchwytliwe pytanie, gdy szliśmy alejkami Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej „Ursus” sprawnie omijając spoczywające na trawnikach i alejkach psie kupy.
Popatrzył na mnie złym wzrokiem:
- Przecież ci mówiłem sto razy, że nigdzie samolotem nie polecę! – rzekł tonem oburzonym.
- No tak – musiałam przyznać mu rację. Mówił. Nawet wczoraj.
- Po prostu się boję, że zdarzy się jak w katastrofie smoleńskiej – powiedział mój syn – kiedy się zabił ten… no… prezydent… Jak on się nazywał?
- Kaczyński.
- Właśnie, Kaczyński. Nie ma takiej mowy, nigdzie nie będę latać.
- A kiedy dorośniesz, też nie? – zapytałam ze szczerym zainteresowaniem.
- W życiu. Już wolę jechać pociągiem. Chociaż… – tu się zawahał – pociągi też biorą udział w katastrofach. Pamiętasz, ostatnio taka była… Gdzieś tam, pod Krakowem chyba?
- No widzisz i pociągiem jechać się nie boisz – powiedziałam tonem możliwie pokrzepiającym.
- Ale wiesz, mamo, ta pociągowa katastrofa była mniejsza. I ostatecznie w katastrofie smoleńskiej zginął sam prezydent. To chyba dzieci mają teraz prawo bać się latania, prawda?

wtorek, 20 marca 2012

Jak żyć

Mateusz: Mamo, czy wiesz, jak żyć, żeby nie zachorować na raka?

ja: Jak?

Mateusz: Nie wolno palić papierosów.

ja: Acha.

Mateusz: Nie wolno pić wódki.

ja: Acha.

Mateusz: Nie wolno pić piwa.

ja: Coś jeszcze?

Mateusz: Eeeeeee. Czy ja wiem? A co jest jeszcze takie bardzo niezdrowe?

Prawdopodobnie pierwszy dzień wiosny

Czy to już wiosna, czy jeszcze nie? Dzisiejszy poranek był zimny, ale dość wesoły. Szliśmy z Mateuszem uprzejmie konwersując.
Mateusz: W ten wtorek zawsze się trzeba spieszyć… A ja tak nie lubię się spieszyć…
ja: Też wolę się nie spieszyć, ale co poradzę? Przecież wiesz... Mam dziś zajęcia o 8 i powinnam do tej godziny zdążyć na uniwersytet. I tak wszyscy gadają, że się spóźniam.
Mateusz: Kto tak gada?
ja: Studenci.
Mateusz: Co ty… mama, przecież ci mówiłem, że nasza pani też się spóźnia. I nic się nie dzieje strasznego.
ja: Acha.
Mateusz: Powiedzieć ci ten wiersz o wiośnie?
ja: Tak, pewnie.
Mateusz: (mówi wiersz) Mamo?
ja: Hmm?
Mateusz: A ty zadajesz studentom wiersze do nauczenia?
ja: No co ty?!
Mateusz: A dlaczego nie?

poniedziałek, 19 marca 2012

Pan Samochodzik i podróże koleją

Jako znana tropicielka fałszerstw i niesprawiedliwości społecznej zostałam wytypowana przez Wysoki Sąd do specjalnej misji polegającej na rozeznaniu się w pewnych dziełach sztuki. Chociaż serce mam mężne, nieco obawiałam się rozeznawać samotnie. I dlatego (choć nie tylko dlatego) zabrałam w tę misję Piotra.
Razem udaliśmy się dość brudnym pociągiem ku zachodniemu krańcowi naszego kraju, do pewnego niespecjalnie pięknego miasteczka, które nie oferuje przybyszom zbyt wielu atrakcji ani też rozbudowanej infrastruktury gastronomicznej. W niezbyt urodziwym bloku, w którym znalazła siedzibę pewna partia polityczna o ogólnopolskim zasięgu, ale takich sobie sukcesach wyborczych, dokonałam sprawnych oględzin paru dziwacznych rzeczy, które okazały się nie być żadnymi dziełami.
A potem szybko stamtąd uciekliśmy zwyczajnie brudnym pociągiem, jadącym prosto do stolicy Wielkopolski. Przywitała nas ona słonecznie i ciepło, stadami różnokolorowych królików. Spędziliśmy więc sobotę i niedzielę pomiędzy kolejnymi ich zastępami, a innymi malowniczymi atrakcjami, wśród których należy wymienić obejrzany przez nas w sobotni wieczór film dla koneserów opowiadający o przygodach J-23 i bursztynowej komnaty. Piotr wyznał, że chciał go zobaczyć ze względu na komiksy pt. Stawka większa niż życie, które czytywał w dzieciństwie. Osobiście jako dziecko jedynie oglądałam serial pod tym samym tytułem, ale za to ze 300 razy, więc specjalnie nie protestowałam. Teraz mam tylko nadzieję, że Stanisław Mikulski da radę nakręcić jeszcze jakiś film, a na pierwszy ogień proponowałabym ekranizację Pana Samochodzika i człowieka z UFO. W roli człowieka z UFO mógłby wystąpić dla odmiany Tomasz Karolak, którego wyraźnie zabrakło w nowej ekranizacji przygód Hansa Klossa.
Wczesną sobotnią nocą miasto było, zgodnie ze znaną piosenką, bardzo ezoteryczne i pełne pijaków, więc w sam raz się nadawało na spacery. A w niedzielę obejrzeliśmy walkę słynnych koziołków, pospacerowaliśmy po Cytadeli, nad Maltańskim jeziorkiem i po Ostrowie Tumskim. Tak miło i harmonijnie spędzaliśmy czas aż do niedzielnego wieczora, kiedy to ponownie wybraliśmy się w podróż koleją. Tym razem jadący na wschód pociąg był nie tylko brudny, ale też mocno przeładowany pasażerami zaopatrzonymi a to w modlitewniki, a to kontrabasy. Za to szczęśliwie – bez żadnej katastrofy, ani nawet szczególnego opóźnienia dowiózł nas do rzeczywistości.


czwartek, 15 marca 2012

Powieść o króliku (2)

Wiosna w powietrzu się uniosła, a my udaliśmy się do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno-Konsultacyjnego u stóp Pałacu Kultury i Nauki. W tamtejszej poczekalni, w przerwie pomiędzy wielogodzinnymi rozmowami, badaniami i testami, rozpoczęliśmy pisanie powieści o króliku  Michale. Mateusz dyktował, a ja możliwie wiernie zapisywałam. Oto płód naszej wspólnej pracy:



„Przedmowa 

Kiedy się jakiś królik urodził, miał malutkie łapki jak paluszek. Potem, jak urósł, opuściła go mama i jeden chłopiec, Mateusz, go kupił.

Rozdział I

Kiedy królik zapoznaje się z domem i Mateusz mu nadaje imię Michał

Kiedy Mateusz i mama go przynieśli do domu, Mateusz go wypuścił z pojemnika i mały królik zaczął się rozglądać po swoim nowym mieszkaniu. Najpierw pobiegł do pokoju Mateusza, potem do łazienki, dużego pokoju i kuchni. Mateusz i mama zastanawiali się, jakie imię mu wybrać. Pomyśleli, jak go nazwać. A Mateusz wpadł na pomysł, żeby go nazwać Michaś i mama też się zgodziła i Michał zaczął swoje nowe życie w nowym domu.

Rozdział II

O tym,  jak Michał zaczyna swoje pierwsze przygody w nowym domu

Kiedy już Michaś rozejrzał się po wszystkich pokojach, to Mateusz zawołał swojego królika i ten królik musiał sobie zapamiętać, że jego pan nazywa się Mateusz. I tak w miesiąc udało mu się zapamiętać imię swego pana.

Rozdział III

O tym, jak Michał poznaje cały dom, poznaje wszystko, co jest w nim i bardzo go pokochał i bardzo polubił swojego pana i swoją panią”.



Na tym na razie inwencja Mateusza się wyczerpała. Zresztą szanowny autor zaraz został zaraz zaproszony na kolejne badanie i więcej o pisaniu powieści nie mogło być mowy. Zaprezentował ją jednak paniom w RODKu, a po naszym powrocie do domu zmuszony do jej wysłuchania został także sam główny bohater - królik Michał.

środa, 14 marca 2012

Powieść o króliku (1)

Mateusz: Mamo, chodź, napiszemy książkę.

ja: Ty i ja?

Mateusz: Tak. My we dwoje.

ja: Jaką książkę?

Mateusz: O królikach. Właściwie, może lepiej napiszmy o jednym króliku. O życiu i o przygodach naszego Michała. Napiszmy. Proszę! Proszę!

ja: No, może jest to jakiś pomysł…

Mateusz: Napiszemy książkę o Michale i może nawet ona trafi do Biblioteki Narodowej? A jak trafi do Biblioteki Uniwersytetu, to chyba nawet wszyscy studenci będą ją sobie czytać?

List do przyjaciela


Kochany króliku!

Życzę Ci dużo selera naciowego,
marchewki, kicania i mnóstwa sianka.
Bardzo Cię kocham.

Twój przyjaciel

Mateusz

wtorek, 13 marca 2012

Zdrowie


Podczas mojej ostatniej wizyty u uniwersyteckiego lekarza w 2010 roku zostałam poddana szczegółowemu wywiadowi:
- Brak równowagi psychicznej jest? – pytał doktor, który niejedno pokolenie studentów i nauczycieli akademickich z niejednego już wyleczył.
- Alkoholizm jest?
- Marskość wątroby jest?
- Ile papierosów dziennie?
A ja cichutko odpowiadałam, że „nie”, „nie” i „nie”, i że papierosów też nie.
Było jeszcze badanie u stuletniego na oko laryngologa, który stał w jednym kącie pokoju i coś niewyraźnie szeptał, a mnie (stojącej w drugim rogu pomieszczenia) kazał zgadywać, co takiego szemrze pod nosem. Łatwo nie było, ale jakoś się wykaraskałam zwycięsko, wychodząc z gabinetów lekarskich z kwitem w ręku, że mogę dalej uczyć, a także spotykać się z młodzieżą oraz z ludźmi.

Dziś, w dniu imienin Krystyny i Bożeny, po kilkutygodniowych przygotowaniach, wynikających z wrodzonego lęku przed służbą zdrowia, ponownie trafiłam do przychodni na Małym Dziedzińcu naszego uniwersytetu. Pani doktor popatrzyła na mnie uprzejmie znad okularów i zaczęła wypełniać jakieś druki i księgi.
- Jak się pani czuje? – zapytała wreszcie.
- Nie narzekam – odparłam.
- Acha – powiedziała ona, pokiwała głową – czyli jest pani zdrowa – i starannie wypisała mi termin kolejnego badania organizmu na 2014 rok.
Wyszłam z przychodni na Krakowskie Przedmieście i idąc tak sobie tą piękną ulicą w lekkiej marcowej mżawce, wreszcie czułam się naprawdę zdrowa i zdolna do nie lada wyzwań.

poniedziałek, 12 marca 2012

Na dobranoc

W niedzielny wieczór czytaliśmy bajeczkę afrykańską. Na dobranoc. Bajeczka była o tym, że stary mąż, chciał być atrakcyjny dla swojej pięknej żony i, poprzez konszachty z demonem, przemieniał się (oczywiście w tajemnicy przed żoną) w atrakcyjnego młodzieńca. Bardzo się tej nowej cielesnej powłoce podobał żonie, ale wcale to nie sprawiało, że wróciła jej miłość do starego. A wręcz nawet było przeciwnie, bo zakochała się w młodym i starego już wcale nie chciała. Postanowił zatem stary mąż wreszcie wyznać jej prawdę. Nie uwierzyła mu jednak i z wściekłości otruła go, a potem ruszyła w świat szukać ukochanego (chodzi tak pewnie po dziś dzień).

Czytałam kolejne strony, z trudem zachowując minę pokerzysty i coraz bardziej byłam zafrasowana, a nawet przerażona, co tam się jeszcze wydarzy. Przytomnie na szczęście opuściłam niezbyt dosłowny, ale jednak opis obcowania płciowego pomiędzy piękną żoną a młodzieńcem. Mateusz jednak wysłuchał bajeczki ze sporym zainteresowaniem i jak gdyby nigdy nic.

- Straszna ta opowieść, co? – zagadnęłam, kiedy wreszcie udało mi się dobrnąć do końca.

- Iiii tam... nie taka bardzo straszna – rzekł mój syn i zaczął tarmosić leżącego na poduszce z wytworną miną królika.





niedziela, 11 marca 2012

Manifa nr 13

Minął 8 marca, 9 i 10, aż wreszcie nastał 11 dzień tego miesiąca. Niedziela. Rano świeciło słońce i świat wyglądał wiosennie, a my wybraliśmy się na Manifę, wraz z którą przeszliśmy od Pałacu Kultury aż do Sejmu RP: Alejami Jerozolimskimi, Nowym Światem, przez Plac Trzech Krzyży, Aleje Ujazdowskie itd. W międzyczasie pogoda się nieco pogorszyła, ale i tak do końca było nieźle, a kiedy w niebo wzleciało stado różowych balonów, to już się w ogóle zrobiło optymistycznie. I cóż można więcej jeszcze o tym napisać? Bardzo był towarzysko udany ten marsz.




sobota, 10 marca 2012

Dzień mężczyzn

Mateusz od rana świętował dzień mężczyzn.

- Jeśli nic od ciebie nie dostanę, już nigdy więcej nic ci nie kupię na dzień kobiet – zagroził. Po namyśle poinformował mnie, że powinnam także obdarować prezentami Piotra i Michała. Z tej również okazji poszliśmy do kina na Piękną i bestię („Żeby i dla mamy było coś atrakcyjnego” powiedział mój syn z poważną miną), czyli film o syndromie sztokholmskim. Potem w „Smyku” Mateusz wybrał sobie jako prezent miecz Lorda Vadera, tyle że plastikowy. Dla Piotra wspólnie wybraliśmy tajemniczy napój koreański o niedookreślonych właściwościach, a dla królika dropsy marchewkowe. I tak dzień mężczyzn szczęśliwie dobiegł końca.

czwartek, 8 marca 2012

Dzień kobiet

Pojechałam dziś z klasą ośmiolatków na wycieczkę do Zamku Królewskiego. Było ciekawie i wesoło. Wyszliśmy stamtąd w radosnych nastrojach około godziny 12. Pani nauczycielka, dziewczynki, chłopcy i ja. Na raz, jakby spod ziemi, wyrosła dziewczyna w towarzystwie chłopaka (z którym rozmawiała po angielsku, i który chyba nic nie rozumiał z otaczającej go rzeczywistości) i zapytała mnie (bo akurat stałam najbliżej), czy może dać dziewczynkom tulipany.

- Jeśli chcą je otrzymać, to proszę bardzo – powiedziałam.

Dziewczynki chciały za wyjątkiem Moniki, która uciekła daleko poza zasięg darowywanych kwiatków.

- Czemu nie chcesz? – zapytałam.

- Bo nie jestem kobietą – odparła Monika.

- Jak to? – trudno mi było w to uwierzyć.

- Jestem dziewczynką, a nie kobietą – powiedziała i oddaliła się z godnością.


A dziewczyna rozdając tulipany, wyznała, że przed chwilą otrzymała je od wicepremiera Pawlaka, który gdzieś tam bliżej kolumny Zygmunta czatował na kobiety. Kiedy jednak nasza wycieczka się w tamtą stronę przemieściła pod kolumną widać było jedynie Millera i Wenderlicha w asyście kamer telewizyjnych, z goździkami. Nauczycielka ominęła ich szerokim łukiem, ale spod wieży kościoła św. Anny dopadł nas poseł Kalisz.

- Ach, jakie piękne kobiety! – zawołał kurtuazyjnie na widok naszej wycieczki, ale kwiatów już prawie nie miał (w dłoni trzymał pięć co najwyżej tulipanów), więc nikomu nic nie dał.

- Proszę pani – zagadnęła mnie wówczas Paula – a od kogo my dostałyśmy te kwiatki?

- Od wicepremiera Pawlaka – powiedziałam.

- Acha, muszę zapamiętać, żeby powtórzyć mamie, że to kwiatek od wicepremiera. A ten pan przed chwilą, który nas zaczepiał, to kto?

- Poseł Kalisz – powiedziałam – też był kiedyś wicepremierem. A tam wcześniej jeszcze widzieliśmy Leszka Millera, który był kiedyś samym premierem.

Paula miała wyraźnie zadowoloną minę.
(...)

A kiedy wreszcie dotarliśmy z Mateuszem do domu, znalazłam w skrzynce zaproszenie do Rodzinnego Ośrodka Diagnostyczno Konsultacyjnego ufundowane mi przez NNa (obecnie pracownika pana byłego premiera Millera), który (NN, a nie pan Miller) będzie w ten sposób próbował przekonać cały świat, że się nie nadaję do roli matki. Bardzo to, uważam, udany prezent na dzień kobiet. 

środa, 7 marca 2012

Kieszonkowe

8 marca klasa Mateusza wybiera się na wycieczkę do Zamku Królewskiego. A ja jadę z nimi, co wywołuje nieco niezrozumiałą dla mnie euforię dziecka. Rozmawiamy więc o tym na okrągło i dziś w drodze do szkoły Mateusz mówi:
- A wiesz, pani powiedziała, że w zamku jest taki jakiś sklepik i tam można kupić pamiątki. To może ja sobie coś kupię? Na przykład za kieszonkowe? Mamo, a co to jest kieszonkowe?
- To są takie pieniądze, które rodzice dają dzieciom. Chciałbyś dostawać kieszonkowe?
- Czy ja wiem…. – powiada Mateusz z wahaniem – Nie wiem. Nie, nie chciałbym!
- Dlaczego? – pytam zdziwiona.
- A bo wtedy miałbym mało pieniędzy…  Już wolę kupować za twoje. Bo ty masz dużo!
- Acha – mówię i się śmieję.
- Mamo, a Kamil za twoje pieniądze też będzie mógł coś sobie kupić?
- Zobaczymy, co da się zrobić – mówię i żegnamy się pod szkołą wieloma uściskami.

poniedziałek, 5 marca 2012

Ewolucja

- Mamo, my się uczymy o tym, jak jest zbudowany ludzki organizm – poinformował mnie Mateusz w drodze ze szkoły – O nerkach, wątrobie, płucach, sercu, trzustce, układzie kostnym i krwionośnym. A czy wiesz, skąd my pochodzimy? – zapytał wreszcie rzeczowo.

- Skąd? – zapytałam, spodziewając się interesującej odpowiedzi.

- Pochodzimy od komórek – oznajmił.

- Od komórek?

-Tak, najpierw były dwie komórki, one przemieniły się w wiele komórek. A te komórki stały się małymi rybami, i potem z tych małych ryb powstały duże ryby. Ryby przekształciły się w kraby. Potem one wyszły z wody i stały się różnymi gadami i ptakami. A na końcu powstały małpy z ogonami, które potem utraciły swoje ogony. I te małpy to nasi przodkowie. To są nasi krewni, mamo, naprawdę!

- Acha, a króliki? – zagadnęłam.

- Króliki też są naszymi krewnymi. Tak samo bliskimi jak małpy.

- A kiedy to było? – drążyłam dalej.

- Gdy wyginęły dinozaury. Najpierw wybuchły wulkany, potem przyszły burze i powodzie, i większość dinozaurów wyginęła.

- Większość? – zapytałam.

- Tak – powiedział Mateusz.

- A co się stało z resztą?

- Tego niestety nie wiadomo.

niedziela, 4 marca 2012

Żałoba

Rano w niedzielę, o godzinie 8 zadzwonił telefon. Zobaczyłam, że to moja mama dzwoni. „Na pewno się pomyliła, albo coś” – pomyślałam i obróciłam się na drugi bok. Ale telefon zadzwonił jeszcze raz. Niech będzie. Odebrałam.

- Słucham – powiedziałam słabym głosem.

- Córeczko, żyjesz? – to był głos mamy, pytającej się, czy żyję.

- Owszem – powiedziałam – żyję, ale śpię, a ty mnie budzisz.

- A nie pojechałaś pociągiem do Krakowa? – drążyła ona.

- Nie – na to ja – ani do Krakowa, ani nigdzie. Żyję i chcę dalej spać. Bo dzisiaj jest niedziela.

Po czym niezbyt grzecznie się rozłączyłam i poszłam jeszcze trochę pospać.

W taki oto sposób dotknęła mnie żałoba narodowa.

Róża

Wczoraj, czyli w sobotę, przez przypadek  Piotr i ja zwiedziliśmy Most Północny, a potem mieszkanie przy ulicy Odkrytej, gdzie znaleźliśmy mnóstwo rzeczy, a pośród nich takie rarytasy jak zużyte bilety do kina: na Salę samobójców oraz Melancholię, które oglądaliśmy w początkach naszej  znajomości nr 2. Nie były to filmy szczególnie radosne, a nawet dość może były ponure i apokaliptyczne. Jednak film, który zobaczyliśmy dzisiaj w tym podgatunku bije oba na głowę.

Otóż, po długim długim tego odkładaniu: a że pogoda nie taka, kino w brzydkim budynku, że seans za późno, wybraliśmy się wreszcie na Różę do kina przy ulicy Chmielnej. Dla mnie, zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami, film był to trudny do obejrzenia, męczyłam się trochę i słabo mi się robiło. Nawet nie z powodu brutalności, gwałtów, mordów, poronień, okrucieństw i  jednonogiego psa ale dlatego, że mnóstwo tam było smutku, nieskończonego i beznadziejnego. Może też trochę dlatego, że te wszystkie rzeczy dotyczyły Ziem Odzyskanych, niby nie tych moich i w sumie odległych, ale jednak zawsze, z takim samym na pewno mechanizmem wcielenia do Polski Ludowej.

Ale kiedy po seansie dałam pokrótce wyraz moim zszarganym uczuciom, mówiąc coś w rodzaju: „Mówiłam, że tak będzie”, Piotr powiedział, że właściwie to był western, a potem wyjaśnił mi dlaczego. Po tym objaśnieniu poczułam się nieco lepiej.

sobota, 3 marca 2012

Bóg mordu

W kinie w Pałacu Kultury z okazji piątku i pierwszych oznak wiosny obejrzeliśmy film Polańskiego, którego fabuła, jak zapewne wszyscy wiedzą, dotyczy spotkania dwóch par – rodziców dwóch jedenastoletnich chłopców, którzy wdali się w bójkę. A jeden z bardziej poruszających wątków – chomika, którego  stateczny na pozór dystrybutor sprzętu AGD, Michael (ojciec poszkodowanego w bójce chłopca) pozbawił życia. Zwierzątko należało do jego dzieci, a że najwyraźniej budziło w Michaelu złe emocje, ten bodajże w dniu poprzedzającym akcję wyrzucił go z klatki na ulicy i tam zostawił. Jego żona próbowała potem chomika szukać, ale nic z tego, zaginął biedaczek, zaginął i przepadł.



Gdy myślałam o chomiku, przypomniała mi się dość podobna historia z dzieciństwa. Jako sześciolatka miałam białą myszkę, której na imię było Maciuś. Chodziłam z tym Maciusiem, gdzie popadło. Raz na przykład poszłam do koleżanki, której imienia nie pamiętam, ale pamiętam, że jej tato był milicjantem (bo jej tego trochę zazdrościłam), bawiłyśmy się i słuchały z adapteru płyty Boney M, a Maciuś jeździł sobie na niej wkoło. Aż wreszcie przyszła jej mama i na nas nakrzyczała, że niszczymy płytę, to znaczy że Maciuś niszczy.

Pewnego dnia zabrałam Maciusia do ogródka jordanowskiego, gdzie ja zwisałam z głową w dół z jakiejś drabinki, a Maciuś pasł się w trawie. I kiedy tak zwisałam nie wiadomo po co, zobaczyłam stróża ogródkowego w brudnym fartuchu, z kijem zakończonym szpikulcem. Chodził on po trawie i zbierał papiery lub może chodził i wypatrywał ofiar. Bo po co stróżowi ogródka jordanowskiego takie narzędzie?

- Niech pan uważa, tam jest myszka! – zawołałam tak, albo jakoś inaczej. Ale stróż na mnie nie zważał. Nie zdążyłam nawet zeskoczyć z drabinek. Zobaczyłam błysk uniesionego ostrza, a potem już tylko przebite i krwawiące ciało Maciusia na trawie. Wzięłam go biednego na ręce i pobiegłam do domu. Ale nic się już nie dało zrobić. Rodzice powiedzieli mi, że Maciuś jest w szpitalu, a potem że pojechał do sanatorium. Niestety nigdy stamtąd nie wrócił.

Tego stróża widywałam potem jeszcze wiele razy i była to pierwsza osoba, której szczerze nienawidziłam (bojąc się go panicznie), i której życzyłam śmierci w męczarniach.