Wczoraj znowu dostałam awizo do
skrzynki. Ciągle je dostaję i zawsze są to zawiadomienia o mniej lub bardziej budzących
grozę wydarzeniach, albo też wezwania do miejsc, gdzie nikt roztropny z własnej woli nie lubi chodzić. Powodowana tymi przykrymi doświadczeniami, kiedy widzę teraz takie awizo i wydobywam ze skrzynki pozornie niewinny, wygnieciony, pomazany długopisem papierek, to ciarki mi chodzą po plecach, a włosy stają dęba. Jakbym stawała twarzą w twarz z wielką, prychającą hydrą.
A potem
jeszcze trzeba dotrwać do odpowiedniej godziny, swoje odstać na poczcie,
odczekać, zanim pani w okienku
znajdzie odpowiednie pismo i wypisze co trzeba w sześciu egzemplarzach. W międzyczasie można wyzionąć
ducha. I tak się miewałam wyciągając ten papierek ze skrzynki, czekając aż
nastanie godzina 18, usiłując w tym czasie czymś zająć rozjechane myśli, maszerując na pocztę, stojąc w kolejce, usiłując dojrzeć,
co ta pani ma dla mnie za wiadomości. Wreszcie widząc, że to pismo z sądu,
doznałam palpitacji serca i musiałam zaraz usiąść na krzesełku, bo słabość mnie
ogarnęła wielka. Ręce mi się trzęsły i pot na moje czoło wystapił.
Aż w końcu udało mi się otworzyć szczelnie zaklejoną kopertę i
wtedy oczom moim ukazało się kilkustronicowe pismo, na którym wydrukowano opis
rozpadu całej naszej nieszczęsnej rodziny; jest tam wszystko napisane o Mateuszu,
o NNie, a także i o mnie. Opisane, podpieczętowane i opatrzone podpisami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz