poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwester

U nas w domu trwają szaleńcze przygotowania do pożegnania roku 2012. Mamy już kilkanaście paczek zimnych ogni, a do zjedzenia miskę pierników w nieokreślonych, rustykalnych kształtach. Z tej okazji Mateusz planuje również projekcję filmu 2012 (ponieważ podczas ostatniego pokazu, 21 grudnia, zasnął), królik (od trzech dni na diecie) wścieka się na wszystkich, a ja sprzątając tu i ówdzie wołam do dziecka:

- Tylko pamiętaj, żeby się wykapać i obciąć paznokcie!

- Mamo! – odpowiada Mateusz prychając.

- No co? – pytam niewinnie.

- Czy ty sądzisz, że to moja pierwsza impreza sylwestrowa w życiu?

- Ehhm – na to ja.

- Chyba wiem dobrze, że na taką imprezę trzeba jakoś wyglądać: jak myślisz?

piątek, 28 grudnia 2012

Czapka z jenota

Wybraliśmy się – Mateusz i ja – z wizytą do weterynarza, zabierając ze sobą ukochanego królika. Michał zachowywał się przykładnie. Nasz doktor Dolittle, jak zwykle zbadał go pieczołowicie, obejrzał pazurki, które trochę przyciął, zajrzał do paszczy, posłuchał bicia jego serca:
- Piękny królik! Dobrze wygląda… - powiedział wreszcie.
Mateusz popatrzył na mnie, ja na niego. Duma nas rozpierała, że takiego wspaniałego zwierzątka się dochowaliśmy. A doktor z uśmiechem i dokończył:
-  Zbyt dobrze…
I zalecił Michałowi dietę: rano sianko, w południe sianko i sianko wieczorem.
A my, nieco tym rozbici, odprowadziliśmy Michała do domu i pojechaliśmy do optyka, żeby sprawić Mateuszowi nowe okulary, bowiem posiada jedynie wybrakowane, od czasu, kiedy zgubił jedno szkło podczas wigilii w Mieszkaniu Chopina. I kiedy już zamówiliśmy nowe okulary, zainteresowaliśmy się licznymi poświątecznymi wyprzedażami. Patrzymy, a tu czapy futrzane w przystępnych cenach. Więc ja się pytam jowalnego pana z wąsami, który nimi handlował :
- A z jakiego zwierzęcia te czapki?
Wąsaty sprzedawca popatrzył na mnie uważnie i rzekł:
- Z jenota.
- Z jenota? – powiedziałam rezolutnie – to dziękuję, nie chcę czapki z prawdziwego zwierzęcia.
Wąsaty przyjrzał mi się jeszcze uważniej:
- Z jenota, za 30 złotych? – I popukał się w czoło. Eleganckie to nie było, ale – uradowana, że czapka nie jest ze zwierzęcia – szybko ją kupiłam.
A potem wracaliśmy do domu: Mateusz w czapce królika, z wąsami i uszami, a ja w czapie z niby-jenota. I chyba dobrze wyglądaliśmy, bo wszyscy na nas patrzyli.
 
 
 

czwartek, 27 grudnia 2012

Rok

Skończyły się jedne ze świąt i zima minęła. Ptaki śpiewają i latają – to tu, to tam. I koniec roku się zbliża i to jest czas na różne owocne podsumowania. Na przykład, że płytą roku zostaje Ill Manors autorstwa Plana B, że filmem roku zostaje The Best Exotic Marigold Hotel (albo jakiś inny film, nie mam co do tego pewności), a książką… może na przykład The Casual Vacancy, napisana przez znaną pisarkę dziecięcą J. K. Rowling. Sprawiliśmy sobie ją przed samymi świętami i spędziliśmy sporą część czasu na lekturze, dość szczególnej, bo albo Piotr mi czytał, albo ja czytałam Piotrowi. Bardzo to było świąteczne, chociaż sama książka nieszczególnie, ze względu na ogólną ponurość. Ta ponurość jakoś jednak pasuje do roku, który mija, gdyż był to rok trudny do zniesienia pod kilkoma względami, i wprawiający chwilami w szczerą wściekłość lub przeciwnie – ckliwą melancholię. W tym roku odbyłam ze cztery a może i pięć rozpraw rozwodowych, w dodatku bez żadnego sensownego rezultatu, odwiedzałam komendy policji i odbywałam spotkania z kuratorami sądowymi, sprawdzającymi, czy wiem, do której klasy chodzi moje dziecko. Był to rok, w którym miał się skończyć świat, ale póki co się nie skończył i nikt już – pozostając przy zdrowych zmysłach – takiego końca nie oczekuje. Świat się nie skończył, przeszła najdłuższa noc roku i dzień Narodzin Słońca. I teraz, już po tym wszystkim, pora na podjęcie kilku postanowień noworocznych oraz mniej lub bardziej dalekosiężnych planów.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

O wyższości świąt Bożego Narodzenia


1.       Barszcz z uszkami

2.       Karp pieczony z pieczarkami

3.       Galareta rybna

4.       Ryba po grecku

5.       Śledź w occie z curry

6.       Kompot z suszu

7.       Kutia

8.       Kluski z makiem

9.       Makowiec

 

Więcej zjeść się nie dało.

sobota, 22 grudnia 2012

Wigilie i karpie

Ponieważ końca świata (jak wiadomo) nie było, a Mateusz z grubsza wyzdrowiał, dni spędzamy chodząc od wigilii do wigilii. W piątek na przykład, pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście. Wszyscy we troje, bo Piotr chciał zobaczyć, jak wygląda taka uroczystość u znanych z hulaszczego stylu życia historyków sztuki. Okazało się jednak, że żadnych hulactw, występków, ani bezeceństw nie było. No może z jednym małym wyjątkiem. Otóż Mateusz  większość czasu bawił się z kolegą w chowanego pod ławkami w tzw. sali ćwiczeniowej. Razem harcowali, biegali po powszechnie znanym korytarzyku, zaplątywali się w wiadomą kotarę i w ogóle dokazywali ile wlezie. Pyszna to musiała być zabawa, bo do domu Mateusz wrócił bez jednego szkła w okularach.
A w sobotę postanowiliśmy kupić kawałek karpia, aby go w niedalekiej przyszłości zjeść. I poszliśmy do jednego sklepu, ale tam karp był już wykupiony. I poszliśmy do drugiego, a tam karp był dostępny. I stanęliśmy w kolejce i tak stoimy, a jedna pani się pyta ekspedientki:
- Czy to jest, proszę pani, karp królewski?
- Ja nie wiem, kochanieńka – na to rzecze ekspedientka – ja tam mu w rodowód nie zaglądałam.
I tak staliśmy się posiadaczami karpia o niewiadomym rodowodzie.

czwartek, 20 grudnia 2012

Pożegnanie

Mateusz mówi, że koniec świata nastąpi jutro, punkt o 10. Może tak być, a nawet jak nie nastąpi, albo też zostanie nieznacznie przesunięty w czasie, warto się przygotować. Albo warto nie przygotowywać się wcale. Efekt pewno będzie podobny.
Świat ten jest zły i pełen nieszczęść. Wojny się toczą i bomby wybuchają. Ludzie się rodzą biedni i biedni umierają, a inni rodzą się bogaci i umierają bogaci. Jedni jedzą przetworzone genetycznie jedzenie, a inni nie jedzą prawie wcale. Moje życie to pełzająca katastrofa. Nic mi się nie udaje, a nawet jak się udaje to nie to, co trzeba. Dziś nie udały mi się pierniczki. Więc pewnie lepiej, że jutro o tej porze nic już nie będzie.
 
 

Dialogi

Dialog 1.

Mateusz: Agnieszka Zielińska!

ja: Kto to Agnieszka Zielińska?

Mateusz: Nie mam bladego pojęcia.


Dialog 2.

Mateusz: Mamo, zakochałem się

ja: W kim?

Mateusz: A skąd mogę wiedzieć?

środa, 19 grudnia 2012

Koniec świata (2)

W którymś tam z kolei dniu bycia chorym, z rana Mateusz obejrzał Alicję w Krainie Czarów. A kiedy skończył, zaczął się kręcić i powiada:
- To co jeszcze mógłbym zobaczyć?
Więc ja mówię na to:
- Na razie nic, już obejrzałeś film, a teraz poczytaj książkę, masz tu Alicję w Krainie Czarów. Przy okazji porównaj sobie z filmem.
Po 15 minutach spędzonych na lekturze Mateusz mówi:
- Dobrze, już poczytałem. To co mogę porobić?
- A co byś chciał porobić? – pytam się.
- A mogę coś pooglądać? – z kolei Mateusz się pyta. Więc ja znowu swoje, że już pooglądał, a on dalej:
- To co mam robić?
- Pobaw się – mówię.
- Widzisz jaka ty jesteś?! – woła z pretensją w głosie – za dwa dni koniec świata, a ty mi się każesz bawić!

wtorek, 18 grudnia 2012

Leworęczność

Moje leworęczne dziecko oznajmiło mi, że powszechnie przyjęty system pisania z lewej do prawej strony jest całkiem bez sensu.

- Barack Obama jest leworęczny, wiesz? – mówię, by go pocieszyć – I jakoś daje radę.

- A Bronisław? – pyta Mateusz przytomnie.

- Z tego co wiem ten jest najzwyczajniej praworęczny.

- Cóż – rzecze Mateusz – jednak będę się musiał wyprowadzić do Stanów.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Przytulanie

Po zjedzeniu wigilijnego barszczu z uszkami („Bo przecież, jak mamy ochotę, to możemy dziś sobie zrobić taki barszcz” – oznajmił Mateusz) i wielu innych atrakcjach, którymi wypełniony jest dzień chorego, Mateusz udał się na spoczynek. Po czytaniu Klechd domowych i tradycyjnej pogawędce o tym, co się dziś zdarzyło (choć wydarzyło się nie tak znowu wiele), Mateusz zawołał:
- Mama! Piotr! Mama! Piotr! Chodźcie się poprzytulać! Czy nie wiecie, że trzeba się przytulać co najmniej 20 minut dziennie?!
Więc się przytulaliśmy, a potem sprawdziliśmy, że rzeczywiście przytulanie się jest bardzo korzystne dla zdrowia.

Dlaczego w Ameryce

„Mamo dlaczego w Ameryce mają taki zwyczaj, że wszyscy używają broni i wszyscy chcą mieć broń? I dlaczego Barack Obama im tego nie zakaże? Ja nic z tego nie rozumiem” – nie rozumie Mateusz, spoglądając mądrze znad okularów.

Karp


Dni upływają nam spokojnie, choć nieco nudnawo, jak to wtedy, kiedy się jest chorym. Chorowania mamy dzień trzeci. A takie siedzenie w domu i odpoczywanie, spanie, siedzenie jedzenie sprzyja powstawaniu refleksji o charakterze ogólnie rzecz ujmując egzystencjalnym. Siedzimy sobie w kuchni pijąc kawę i taka jest rozmowa:

Piotr: Ale chyba nie chcesz kupić żywego karpia.

ja: A kto by go zabił? Chyba ty?

Piotr: O nie, ja na pewno nie.

Wkracza Mateusz.

Mateusz: Dobrze, dobrze, ja zabiję tego karpia.

sobota, 15 grudnia 2012

Maraton filmowy


Z powodu choroby, Mateusz postanowił obejrzeć wszystkie części Gwiezdnych wojen za jednym zamachem. W trakcie części trzeciej, w której to (jak wiadomo) dochodzi do przejścia Anakina Skywalkera na ciemną stronę mocy, powiało grozą i zrobiło się mrocznie. Za oknami ciemno i coś kapie. Kaloryfery szumią złowieszczo. I tylko królik zażywa pogodnego relaksu w swobodnej pozie leżąc pod biurkiem, z kablem od laptopa w pysku.

 

Mateusz: Koniec świata za 6 dni.

ja (z niepokojem): Jak to? Mówiłeś, że nie będzie końca świata.

Mateusz (grobowym głosem): Żartowałem.
 
 

piątek, 14 grudnia 2012

Zwolnienie lekarskie

Mateusz się rozchorował. Siedzimy więc w domu i zastanawiamy się, czy byt jest a niebytu nie ma, czy może na odwrót. W sobotni poranek królik szura tu i ówdzie, a tam, gdzie nie trzeba usiłuje kopać nory.
- Uch – odzywa się Mateusz – a ja nie pójdę w poniedziałek do szkoły?
- Nie pójdziesz, przecież jesteś chory – odpowiadam.
- Ha ha – na jego twarzy maluje się szczery wyraz radości.
- Z czego się cieszysz? – pytam więc tonem dość zasadniczym.
- No chyba wiadomo, nie? Że nie pójdę do szkoły. A ty się cieszysz, że masz zwolnienie?
- Tak sobie – mówię.
- Dziwne. Masz dzięki mnie wolne i się nie potrafisz z tego cieszyć…
 
 

wtorek, 11 grudnia 2012

Koniec świata (1)


ja: Wiesz, że jutro jest 12.12.12?

Mateusz: Pewnie, że wiem. Na lekcjach o tym rozmawialiśmy.

ja: Że będzie koniec świata?

Mateusz: Coś tam o końcu świata też, ale ja w takie rzeczy nie wierzę.

ja: W co nie wierzysz?

Mateusz: Że będzie bum i huk i stanie się koniec świata.

ja: To myślisz, że nie będzie końca świata?

Mateusz: Mamo! Daj spokój, na pewno nie będzie. Nie musisz się o nic martwić.
 
 

Stypa

Śnieg pada i pada, i pada i pada. Idziemy razem, Mateusz i ja. Ja w czapce uszatce, Mateusz w przebraniu królika. Idziemy i gawędzimy o zbliżających się świętach. I nagle, wskazując w nieokreśloną dal, Mateusz mówi:
- Ech, gdzieś tam są groby naszych zmarłych świnek.
- Tak, gdzieś tam – mówię niezbyt wesoło.
- Ale wiesz, co – odzywa się Mateusz po krótkiej chwili – kiedy umrze nasz Michał, pochowamy go na prawdziwym cmentarzu dla zwierząt i przygotujemy mu bardzo piękny pogrzeb, jakiś taki uroczysty. Może nawet zrobimy potem przyjęcie? Jak się nazywa takie przyjęcie?
- Hmm – wzdycham – Michał jest jeszcze młodym królikiem i nie wygląda na takiego, co miałby się żegnać z życiem.
- Wiesz, mamo – mówi na to – z tymi sprawami, to nigdy nie wiadomo i lepiej być przygotowanym na wszystko.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Sennik


Miałam taki sen: Siedzę w oddziale jakiegoś bliżej mi nieznanego banku. Za oknami zima, słońce świeci i śnieg pada. Siedzę tam w puchatej kurtce i czapce uszatce, a przede mną tzw. doradca kredytowy w garniturze. Obok stoi fikus. I ten doradca kredytowy mówi do mnie:

- Mamy obecnie specjalną promocję.  Ponieważ, jak stwierdziliśmy, jest pani w ciąży, otrzyma pani od banku wyjątkowy upominek: 100 zł na konto.

I wtedy zadzwonił budzik.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołaj



Mateusz wierzy w świętego Mikołaja. Jest to wiara niezachwiana, niezmącona najmniejszą wątpliwością. Mateusz jest gorliwym wyznawcą świętego Mikołaja. Zażyczył sobie zatem, żebym  przygotowała mu do szkoły różne materiały ikonograficzne na temat tej postaci i zabrał ze sobą reprodukcje hagiograficznych ikon świętego, ale (dla równowagi) zabrał też czerwoną czapkę Mikołaja. Po pracowicie spędzonym dniu, który w szkole polegał głównie na czczeniu Mikołaja wracamy sobie spokojnie do domu i Mateusz mi opowiada, czego to nie mówił w klasie o świętym, o faktach z jego życia oraz niezwykłych cudach.

ja: Mieliście lekcję o świętym Mikołaju, tak?

Mateusz: Tak rozmawialiśmy o nim bardzo dużo i ja dużo opowiadałem.

ja: A inne dzieci też znały historie o Mikołaju?

Mateusz: No co ty, przecież oni nie mają mamy, która pracuje w Muzeum Narodowym to skąd mogą znać takie historie?

Proces


Śnieg zaczął padać, a ja – w dzień świętej Barbary – przebyłam kolejną rozprawę w sądzie, którą trudno opisać w sposób wesoły i konstruktywny. Oprócz takiej może tylko maluteńkiej rzeczy, że NN domagał się tam wyjaśnień na temat stylu życia właściwego historykom sztuki, zwłaszcza ich kobiecej odmianie. Drodzy czytelnicy mojego skromnego pamiętnika powinni bowiem wiedzieć, że kobiety tej profesji są występne i niestałe w uczuciach, latawice są z nich bez sumienia, noszące nieskromną odzież i porzucające swoje potomstwo zanim nawet przyjdzie na ten najlepszy ze światów. Ponadto interesowało NNa, czy ja prowadzam dziecko do kawiarni Kafka na ulicy Oboźnej, która to Kafka jest mrocznym siedliskiem rozpusty w najbliższym sąsiedztwie Uniwersytetu Warszawskiego. Znanym zwłaszcza z wiodącej na pokuszenie kawy i ciastek oraz bezecnych gier planszowych i książek do czytania. Nic dziwnego, że tam tylu historyków sztuki na co dzień przesiaduje.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przysłowia


W sobotni wieczór szliśmy rozświetlonym przedświątecznie Krakowskim Przedmieściem. Mateusz w czapce królika, a my w czapkach uszatkach. Wszystko z powodu grudniowego mrozu. I koło pałacu prezydenckiego Mateusz niespodziewanie powiada:

- O, szkoda, że Piotr nie jest prezydentem, ale może kiedyś zostanie?

- No może kiedyś… zobaczymy – mówię.

- Prezydent nie ma źle – Piotr na to – zajęć nie tak wiele, odpowiedzialność prawie żadna,

- No chyba, że wybuchnie wojna – mówię ja.

Tu Mateusz jęknął głucho.

- Ale nie martw się – dodaję więc pocieszająco – póki co, nic nie wskazuje, żeby miała wybuchnąć jakaś wojna.

- No nie wiem – powiada Mateusz ponurym głosem spod króliczych uszu – różnie to może być. Nie sądź książki po okładce.