Podczas tegorocznej zabawy sylwestrowej przetańczyłam tyle
tańców z własnym synem, co jeszcze nigdy w życiu. Ale – jak to bywa – mimo powszechnej,
właściwej tej nocy wesołości zdarzyło nam się parę potknięć i obraz majestatu.
W pewnym momencie Mateusz zszedł z parkietu i – chociaż było wiele próśb i
zachęt – nie chciał za nic wrócić. Prosiliśmy go na przemian, Piotr i ja, aż
wreszcie Mateusz wyrzucił z siebie:
- Nie mogę już tańczyć! Nie rozumiecie, że straciłem ducha
tańca?
Ot i właśnie mnie spotkało coś podobnego. Śnieg sypie, temperatura spada i spada każdego
dnia, drzewko na oknie walczy na przetrwanie, królik udaje, że jest chlebem,
albo może bułką, woda w kaloryferach bulgocze, a ja nic nie mogę, a zwłaszcza
nie mogę pisać. Bo tak się składa, że utraciłam ducha pisania i ducha
wszystkiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz