piątek, 30 listopada 2012

Wróżby

W piątek, po zuchowej zbiórce (jak zwykle z opóźnieniem) zorganizowaliśmy sobie wieczór wróżb. Efekty są takie – mówi Mateusz: „Ja mam las i koronę. Las oznacza, że będę leśnikiem, a korona – nie wiadomo co oznacza. Michał ma jaskinię – oznacza to, że zwiedzi jaskinię. Piotr ma embrion – to znaczy, że będzie miał dziecko. A ty, mamo masz niedźwiedzia – więc to oznacza, że urodzisz niedźwiedzia”.

wtorek, 27 listopada 2012

Emerytura


„Wiesz mamo, babcia i dziadek to się dopiero nieźle urządzili. Są na emeryturze, prawda? Mają pieniądze i nie muszą pracować. Poszli sobie na  taką wcześniejszą emeryturę, kiedy ich zakład pracy został rozwalony (babcia mi kiedyś pokazywała swoją starą pracę), i teraz sobie odpoczywają, a forsa płynie… Nieźle sobie poradzili, co nie? Mamo, a ty możesz pójść na wcześniejszą emeryturę?”

niedziela, 25 listopada 2012

Leśnictwo


Mateusz: Mamo, czy na Uniwersytecie Warszawskim można się uczyć leśnictwa?

ja: Obawiam się, że nie można. Będziesz musiał się wybrać na studia do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Mateusz: Acha, trochę szkoda, bo ja bym wolał na Uniwersytecie…

ja: A wiesz, że twój dziadek, no właściwie pradziadek, Stanisław, był leśnikiem?

Mateusz: No wiem wiem, i dlatego ja też chcę być leśnikiem…

ja: A widzisz, to ciekawe.

Mateusz: A wiesz, mamo? ja jestem w klasie najlepszy z przyrody i geografii, a to są przedmioty potrzebne do leśnictwa.

ja: Cieszę się, a jaki jesteś z matematyki? Jak sądzisz, jak ci idzie?

Mateusz: Trochę gorzej, ale też nieźle.

ja: A z polskiego?

Mateusz: Z polskiego to już gleba.

ja: Gleba? Jak to?!

Mateusz: No, jestem taki dobry, że nawet Karol ode mnie zadania domowe odpisuje.

ja: Aaa… już się przestraszyłam, bo myślałam, że „gleba” znaczy trochę coś innego.

Mateusz: A co?

Życie miejskie

Same kulturalne, niedrogie, albo nawet bezpłatne atrakcje. W piątek, w kinie włoskiego ośrodka kultury zobaczyliśmy Jestem Bogiem, za jedyne 10 zł od biletu. W sobotę, za całkiem darmo, odwiedziliśmy Łazienki i pochodziliśmy po pałacach. A jak szliśmy przez Agrykolę, to znaleźliśmy na ulicy 20 zł. Więc po pałacowej wycieczce zjedliśmy po godnym polecenia falafelu na ulicy Kredytowej. I kiedy tak siedzieliśmy, jedząc libańskiego falafela z hummusem, to nieoczekiwanie wygraliśmy bilety na Strajk Eistenstaina z muzyką na żywo. Po drodze z Kredytowej do Pałacu Kultury przeszliśmy przez ulicę Próżną i tam zerknęliśmy na Hitlera w bramie. No i to akurat nie było miłe.

wtorek, 20 listopada 2012

Wiara w siebie


Przed Mateusza snem czytam mu rozdział Dzieci z Bullerbyn, a potem gawędzimy.

Mateusz (z powagą): Wiesz, mamo, rozmawialiśmy dzisiaj w szkole o tym, że trzeba wierzyć w siebie.

ja: Tak? I co to takiego ta wiara w siebie?

Mateusz: No jak było na przykład wczoraj, kiedy byłem zmęczony i zabrałem się do odrabiania matematyki. I wcale mi się nie udawały obliczenia. I jakbym bardziej wierzył w siebie, to bym wiedział, że w końcu uda mi się wszystko policzyć. A trochę nie wierzyłem, że mi się uda i się przez to się zdenerwowałem.

ja: Ale w końcu udało ci się wszystko policzyć.

Mateusz (wzdychając): Bo trochę mi pomogliście. Ale teraz już będę pamiętał, żeby wierzyć w siebie i już mi będzie łatwiej.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Partie polityczne


W sobotę oglądaliśmy wiadomości i tam mówili o zmianach u steru ludowej partii.

Mateusz: Mamo, mam do ciebie pytanie – co to są partie polityczne?

ja: Synku, to takie grupy, które walczą o władzę.

Mateusz: O jaką władzę?

ja: Oni chcą rządzić w kraju i o to walczą.

Mateusz: Chcą rządzić?

ja: Tak, właśnie tak.

Mateusz: A po co?

ja:………

Sputnik


 

Weekend spędziliśmy nad wyraz pracowicie. Szczególnie Mateusz. W sobotę pływał na basenie, a potem po raz pierwszy w życiu poszedł do pracy, to znaczy na zarobkową akcję zuchową. Mimo moich wątpliwości co do pracy nieletnich oświadczył potem, że praca mu się podobała i następnym razem też się jej chętnie podejmie. A w niedzielę pojechaliśmy do Pałacu Kultury i Nauki na Sputnik dla dzieci, gdzie obejrzeliśmy film Trzej bohaterowie i szachmańska caryca wzięliśmy udział w warsztatach animacji dla dzieci, potem obejrzeliśmy jeszcze jeden film pt. Miś Puszatek, w międzyczasie podjadając to i owo, a zwłaszcza darmową watę cukrową, którą serwowano w hallu kina. Ponadto Mateusz udzielił wywiadu rosyjskiej telewizji. W tym wywiadzie wyznał, że jego ulubionym filmem jest Wilk i zając, a lekturą Konik garbusek i Rękawica. Wziął również udział w głosowaniu na najbardziej ulubiony rosyjski film dla dzieci i kiedy wrzucił swój głos do urny westchnął: „Ach! mam nadzieję, że wygramy wycieczkę do Petersburga dla trzech osób i domowego zwierzątka”. A potem udaliśmy się na Powiśle, do Grawitacji, gdzie zobaczyliśmy pokaz slajdów z Galapagos, Boliwii i Peru.
 
 
 


niedziela, 18 listopada 2012

Alergie


Udaliśmy się z wizytą do alergologa, który stwierdził, że Mateusz jest uczulony na trawy i zboża.

- A co z królikiem? – takie właśnie pytanie zadałam pani doktor.

- Cóż… - odpowiedziała bez wahania – kiedy już go nie będzie, lepiej nie brać następnego. Proszę też zapomnieć o kotach.

A po namyśle dodała:

-  Jeśli jednak młody człowiek jest miłośnikiem zwierząt – gdy królik umrze, radzę pomyśleć o psie i to krótkowłosym.

Zaraz po wyjściu z gabinetu Mateusz zaczął podskakiwać i pohukiwać;

- Uhuhu uhuhu! Będziemy mieli psa!

- Czekaj czekaj, dziecko – na to ja – póki co Michał żyje, ma się dobrze, więc nic nie zapowiada jego rychłego zgonu.

- Ale ja wcale nie chcę jego śmierci, mamo! – zaczął się tłumaczyć Mateusz – zaraz zaraz! a pies krótkowłosy to jaki?

- Na przykład dalmatyńczyk, albo jamnik.

- Hmmm…. To ja bym wolał dalmatyńczyka, czy jamnika? – zastanawiał się.

- Nie wiem, co byś wolał, może jednak poczekamy z decyzją parę lat, dobrze?

- No dobrze – westchnął ciężko Mateusz – i poszliśmy przez mgłę między blokami Bemowa. Po chwili Mateusz rzecze:
 
- Wiesz co, to ja się zdecydowałem na jamnika...

środa, 14 listopada 2012

O szczęściu

Skończyłam czytać Rehabilitację i kiedy zamknęłam książkę przypomniał mi się wieczór autorski Wiktora Osiatyńskiego, na którym byliśmy w październiku, i z którego wynieśliśmy trzy dedykacje w trzech tomach, o takiej oto treści:
Rehab: „Oli i Piotrowi serdecznie”.
Litacja: „Piotrowi i Oli z życzeniami radości”.
Rehabilitacja: „Oli i Piotrowi z życzeniami pogody ducha”.
Na tym wieczorze autorskimi wydawca ujawnił, że ostatnia z książek miała się kończyć zdaniem: „I byłem szczęśliwy”, czy jakoś tak. Zasugerował jednak autorowi jego wykreślenie i rzecz kończy się słowami: „Teraz już niczego nie żałowałem”. I autor tak zrobił. Potem, na tym wieczorze, trochę się z tego tłumaczył i teraz ja, kiedy się nad tym zastanawiam – po lekturze wszystkich trzech książek – myślę, że to szkoda. Że byłoby to bardzo piękne zakończenie opowieści o W., który w końcu Rehabilitacji, przed obrazem Botticellego przedstawiającym Świętego Augustyna, spotkał samego siebie i stał się sobą samym.

niedziela, 11 listopada 2012

Traumatyczne dni


Traumatyczne dni. W piątek obejrzeliśmy Białą wstążkę. W sobotę poszliśmy do kina na Pokłosie. A w niedzielę wybraliśmy się, ot tak, na miasto. Niemal niczego nieświadomi, jak przysłowiowe dzieci we mgle, wpadliśmy do SKMki na stacji Ursus, która to SKMka okazała się być wypełniona patriotycznie usposobionymi młodymi ludźmi huczącymi, nie wiedzieć czemu, że „Polak Węgier dwa bratanki”. Przyjemnie to w tej kolejce nie było. I nie było przyjemnie, po godzinie 15, na Placu Defilad otoczonym kordonami policji. Pochodziliśmy jednak po Warszawie, przyłączając się dwukrotnie do malutkiego marszu pod lewicowym sztandarem. A potem wróciliśmy, natykając się tu i ówdzie na grupki patriotów, a także duże zastępy blokujących się wzajemnie demonstrantów. Piotr był nawet tak uprzejmy dla nich, że kiedy jeden z patriotów zapytał: „A Marszałkowska to gdzie?”, palcem wskazał im prawidłowy kierunek. „Trzeba było ich pokierować w stronę Wisły” – powiedziałam i poszliśmy wśród wybuchających rac i odoru siarki.

czwartek, 8 listopada 2012

Wojna i patriotyzm


- Mamo, po co właściwie były te obozy koncentracyjne? – zapytał Mateusz po powrocie ze szkoły, a ja zamarłam z przerażenia, po czym podjęłam heroiczną próbę jasnego i pozbawionego przesadnych emocji opowiedzenia dziecku o istocie kacetów. Mateusz słuchał mnie uważnie, marszcząc czoło, a wreszcie zawołał:

- A! i tam były komory gazowe!

- Niestety – powiedziałam i na tym szczęśliwie wątek się urwał, a Mateusz zaczął przeszukiwać plecak w poszukiwaniu śpiewnika szkolnego, a zaraz kiedy go znalazł odśpiewał mi uroczyście pieśń:

„Nie mają lampasów, lecz szary ich strój

Nie noszą ni srebra, ni złota”… itd.

Po jakimś czasie Mateusz znów mnie zagadnął:

- Mamo, a jak działają kule? Dlaczego one zabijają ludzi?

Zaczęłam mętnie tłumaczyć, że kule są z metalu i niszczą narządy wewnętrzne, w związku z czym zabijają.

- Straszni są ludzie – orzekł Mateusz – którzy strzelają do innych ludzi lub do zwierząt. Prawda?

- Prawda – odparłam z przekonaniem.

- A wiesz – powiedział – jednak kiedyś było lepiej, na przykład w czasach bitwy po Grunwaldem walczono na miecze i to było trochę bezpieczniejsze niż takie strzelanie.

W międzyczasie w zeszycie do języka polskiego rozwiązaliśmy rebusy: „Ludzie ludziom zgotowali ten los” oraz „Nigdy więcej wojny!”. Podejrzewam, że wszystko to z okazji lekcji patriotyzmu przed dniem 11 listopada.

wtorek, 6 listopada 2012

Wybory w Ameryce


Jechaliśmy autobusem, w którym był telewizor, a w tym telewizorze widomości.

- Aaaa dziś wybory w Ameryce – zakrzyknął nagle Mateusz – ja popieram prezydenta Obamę!

A pani w berecie, która siedziała obok jakoś dziwnie się na nas patrzyła.
 

Eksperymenty medyczne


Wybraliśmy się z wizytą kontrolną do okulisty.

- Mamo, jaka kolejka! – wykrzyknął zdumiony Mateusz, kiedy przekroczyliśmy bramy specjalistycznego szpitala na Pradze.

- Widzisz, synku – mówię na to – tak to już bywa u lekarza.

- I ci wszyscy ludzie są chorzy? – zapytał wskazując na tłum kłębiący się przy rejestracji i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- No, zdrowi na pewno nie są – odrzekłam.

Potem staliśmy w kolejce do specjalisty dziecięcego, a tłum kłębił się i wykłócał. Obok jedna pani mówiła podniesionym głosem, co myśli o lekarzu przyjmującym w sąsiednim gabinecie. Dla rozrywki wdaliśmy się więc w pogawędkę z miłą lekarką, która namawiała licznie zgromadzonych na badania służące medycznym eksperymentom. Nikt na tym korytarzu się do nich nie palił („Ja tu już wystarczająco długo czekam” powiedział tęgi jegomość, a pani w trwałej ondulacji zawtórowała: „Pewnie! Dość już czekamy. Na żadne badania nie pójdziemy!”). Więc ja (aby zaprezentować dziecku prospołeczną postawę) postanowiłam się zgodzić i wkrótce udaliśmy się do gabinetu, gdzie pobrano mi krew.

- Nie zemdleje pani? – zapytała pielęgniarka.

- Boże! – zakrzyknął Mateusz – ja zaraz zemdleję! – ale nie zemdlał.

- Ja nie mogę, mamo, jak ty to wytrzymałaś? – zapytał, gdy opuściliśmy ów gabinet.

- Jakoś wytrzymałam – odparłam.

- To niesamowite… - Mateusz na to.

- Co jest takie niesamowite?

- No bo pobrali ci tyle krwi, a ty nawet nie zemdlałaś. Nie wiedziałem, że mam taką odważną mamę.

 

 

 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Święty Mikołaj i kryzys


W listopadowy poniedziałek.

Mateusz: To chyba już czas, żeby napisać list do Świętego Mikołaja.

ja: A nie za wcześnie na to?

Mateusz: Eeee chyba lepiej, żebym napisał trochę za wcześnie, niż za późno?

ja: No tak… może i masz rację.

Mateusz pisze pracowicie:

„Drogi Mikołaju!

Proszę o smoka czterogłowego z zielonym ninja, z więzieniem i z dużym wężem, na którym jest czteroręki garmadon. Proszę o robota samuraja z 2 wężami z wyżutnią i samuraja małego.

Ja się dobrze czuję. A Ty jak? Życzem ci wspaniałej Wigili i Bożego Narodzenia.

Mateusz”

ja: Hmm, sporo będą kosztowały Mikołaja te twoje prezenty.

Mateusz: Dlatego właśnie zwracam się do niego, bo wszystkie te zabawki są warte z 500 zł. Mikołaj mi je przyniesie i ty mi nie będziesz musiała ich kupować.

ja: Aha. Ale wiesz, Mikołajowi może też nie być lekko. Słyszałeś o kryzysie?

Mateusz: Coś tam słyszałem, ale to chyba niemożliwe, żeby kryzys dotknął Świętego Mikołaja…

 

 

piątek, 2 listopada 2012

Ile by ten obraz kosztował


Siedzimy pod obrazem Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem. Podziwiamy kunszt artysty i wymyślną ikonografię. Wtem Mateusz pyta:

- Mamoooo, a ile by ten obraz kosztował?

- O! na pewno sporo.

- Sporo kasy? Co?

- Ale jest pewien problem, synku. Nikt go nie zamierza sprzedawać, ani kupować.

- Ja mógłbym go sprzedać, gdybym wiedział ile za niego zażądać.

- Jak to?

- Normalnie, sprzedałbym go i mielibyśmy mnóstwo forsy! Tylko nie wiem, za ile.