Mój syn, Mateusz, jest dzieckiem mądrym, rezolutnym i
sympatycznym. Może niezbyt pięknie pisze, ale uczy się dobrze i dość pilnie. Ma
też taką zaletę, że nie przejmuje się byle czym. Kiedy parę dni temu dostał z rocznego
sprawdzianu z matematyki czwórkę wyjaśnił mi, że popełnił wprawdzie w nim kilka
błędów, ale świetnie mu poszło zadanie na inteligencję. Niestety sprawdzian z
polskiego wypadł Mateuszowi nieco gorzej. Idziemy więc ze szkoły wśród
fruwających wokół alergenów, oczy nam łzawią i mamy sienny katar, i ja mówię:
- No nienajlepiej ten sprawdzian z polskiego, co?
- No wiesz, mamo – rzecze Mateusz – nikt zbyt dobrze nie wypadł.
- Tak? – pytam ze szczerym zainteresowaniem.
- Acha. Prawie wszyscy dostali tróje, niektórzy to nawet z
minusami. Ciekawe dlaczego…
- Hmm, rzeczywiście ciekawe... – na to ja – może niezbyt się uczycie.
- Nie, to nie to – ripostuje Mateusz – przecież nawet dobrzy
uczniowie wypadli słabo!
- To jak myślisz, co było przyczyną tych niezbyt dobrych
wyników? – dopytuję.
- Może jesteśmy uczeni nie tak, jak trzeba? – powiada Mateusz tonem bardzo przekonującym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz