poniedziałek, 31 października 2011

Miejsce zamieszkania

Poszłam dziś do urzędu dzielnicy. Chciałam złożyć dokumenty po to, żeby wymeldowali mi z mieszkania NNa, którego kiedyś chyba nazbyt pochopnie w nim zameldowałam. Kiedy po raz pierwszy byłam w tej sprawie w urzędzie i przedstawiłam swoją sprawę, opowiadając pokrótce, jak to się wyprowadził, a wymeldować się nie chce urzędniczka uniosła się z krzesła:
- Nie chce się wymeldować – zapytała.
- No nie – odparłam drżącym głosem.
A wtedy urzędniczka (lat około trzydziestu i o dość przeciętnym wyglądzie) tonem bardzo przyjaznym, ale też i rzeczowo opowiedziała mi, co należy zrobić, żeby się pozbyć niechcianego byłego małżonka. Dziś było podobnie, przechodząc od okienka o okienka czułam wsparcie i opiekę urzędu w osobach zatrudnionych w nim urzędniczek. Mówiły do mnie ciepło i uśmiechały się. Potem to samo, chodząc po sąsiadkach, którym musiałam przekazać przykrą informację, że być może te miłe urzędniczki przyjdą się wkrótce dopytywać, kto tu mieszka i z kim.

Terapeutyczna podróż mercedesem

- Jestem tak rozbrykany, że na pewno dziś nie zasnę – powiedział  Mateusz, kiedy wróciliśmy z przyjęcia na osiedlu bloków z lat osiemdziesiątych.


Naszą drogę do domu umiliło spotkanie z taksówkarzem. O edukacyjnej roli spotkań z taksówkarzem wiele słyszałam, ale do wczoraj niemal tego nie doświadczyłam.
Kiedy wsiedliśmy i poprosiłam grzecznie, żeby pojechał do naszej odległej od centrum dzielnicy, prychnął i powiedział, że dla niego to nie Warszawa, że Warszawa to willowe uliczki Żoliborza i to on rozumie, i w takiej Warszawie się nie gubi. Próbowałam się usprawiedliwić, że też bym wolała mieszkać willi na Żoliborzu i mam nadzieję, że kiedyś zamieszkam, ale dziś wieczorem jestem zmuszona udać się właśnie do bloku w odległej dzielnicy.
- I te grodzone osiedla, kto to widział, żyć się nie da – wzdychał.
- Ja też mam takie – powiedziałam również wzdychając, bo przecież i tak by się dowiedział. Ale też nie lubię tych ogrodzeń – usiłowałam się (zgodnie z własnym sumieniem jednak) usprawiedliwiać,
- Bo wie pani – powiedział taksówkarz – ja jestem prawdziwy warszawiak i patrzeć nie mogę na tych wszystkich, co do Warszawy przyjeżdżają, żyć w mieście nie umieją i tłok robią.
- No tak i ja przyjechałam do Warszawy, w 1993 roku – wyznałam dość niespodziewanie dla siebie samej.
- O sama pani widzi – podsumował taksówkarz, a ja się poczułam niezbyt swojo. Taksówkarz jednak powiedział, chyba żeby mnie pokrzepić:
- Ci, co przyjeżdżają, to potrafią oszczędzać. Żyją byle jak, byle jakie mają mieszkania, ciułają ciułają, nic, tylko oszczędzają. Wie pani, a prawdziwy warszawiak nie oszczędza, nie ma potrzeby takiej, i nie potrafi. Ale potrafi się zabawić… - jadąc Alejami Jerozolimskimi - I wie pani co…, ja to mam tak dość tego elementu napływowego, że może sam z Warszawy wyjadę, a dziewczynę mam w Gorzowie – wyznał wreszcie – to mam dokąd. A ja (mimo że miałam je na końcu języka i naprawdę musiałam się hamować) powstrzymałam się przed swoimi wyznaniami na temat planów życiowych.
Taksówkarz rzeczywiście miał uraz do peryferyjnych dzielnic i dlatego podczas pozostałej części drogi udzielałam mu instrukcji ja dojechać. Kiedy już dojechaliśmy i pożyczył mi dobrej nocy, ja powiedziałam coś w rodzaju: „Udanego wieczoru”, taksówkarz tylko prychnął:
- Co pani… ja już sobie zarobiłem, do domu jadę. I odjechał.

sobota, 29 października 2011

Zrządzenia losu

Los mnie traktuje czasem łagodnie, a czasem wcale nie tak. Mój były (gwoli ścisłości nie do końca były, ale tak będzie mi wygodnie go nazywać) mąż, którego w dalszym toku narracji nazywać będę NNem, uważał i zawsze powtarzał mi, że wszystko mi z nieba spada, starać się zanadto nie muszę, bo i tak jakoś wychodzę ze wszystkim na swoje. To jednak nie całkiem prawda, bo (mimo że nigdy nie miałam żadnej operacji, nie złamałam ani ręki, ani nogi, ani nawet niczego sobie nie zwichnęłam) czasami nawet mnie spotykają różne przykrości. W dzieciństwie prawie utopiłam się w morzu, a  parę lat temu zdarzyło się, że bankomat połknął mi kartę. Jednak większość niefortunnych zdarzeń w moim życiu wiąże się z niewłaściwie i bezmyślnie lokowanymi uczuciami. Jest to jednak przypadłość wielu kobiet i nie jestem pewna, czy można tę właściwość wiązać z jakąś szczególną złośliwością losu. Czym innym są różne przypadkowe spotkania, wpadanie na siebie przy różnych okazjach – i wtedy nigdy nie wiadomo, czy są to głupie przypadki, czy też mądre zrządzenia losu.

A u pani Dalloway to było tak: „mogliby się z Piotrem nie widzieć sto lat; ona nigdy do niego nie pisała, a jego listy były takie bez wyrazu. Ale raptem przychodziła myśl: gdyby był ze mną, co by powiedział? Niektóre dnie, niektóre widoki zwracały go jej łagodnie, bez dawnej goryczy, co może jest nagrodą za to, że się ludzi kochało; wracają nagle w środku St. James's Park jakiegoś pogodnego ranka, naprawdę wracają”.

piątek, 28 października 2011

Kraina przesiedleńców

Urodziłam się w mieście, które po wojnie zostało zaludnione przez przesiedleńców z różnych stron. Moi przodkowie byli takimi przesiedleńcami z własnej, czy nie własnej woli. Dzisiaj pionierzy (bo tak się ich malowniczo nazywa, chyba, żeby budziły się skojarzenia z Dzikim Zachodem) mają nawet w tym mieście swoją ulicę. Jak przyjeżdżali, to z reguły nic nie mieli, żadnych pamiątek, żadnych fotografii, a ubrania tylko te, co na sobie. Przesiedleńcy byli trochę ludźmi znikąd, a trochę ludźmi uniwersalnymi, żadne tam regionalizmy nie były specjalnie ważne, bo wszystko się dokładnie mieszało i nie było łatwo się w tym wszystkim połapać ani im, ani dzieciom, które potem się w kolejnych wyżach demograficznych rodziły.



Kiedy opuściłam rodzinne miasto, a było to w 1993 roku, odjeżdżałam z niego pociągiem, po mostach nad kolejnymi rzekami i kanałami, świeciło wrześniowe słońce i bardzo pięknie było. A ja stałam sobie w korytarzu i myślałam, że już nigdy tam nie wrócę, jeśli nawet od czasu do czasu po coś przyjadę. I to była moja największa jak dotąd podróż do nikąd. Myślę czasem, że odbyłam ją głównie po to, by utrwalić w sobie to bycie stąd i stamtąd, a tak naprawdę znikąd.  Różne życiowe koziołki, które raz na kilka lat wykonuję są być może również po to: wyobrażam sobie starodawny świat, w którym są różne urocze tradycje i chciałabym być w takim świecie z porcelanowymi filiżankami i z portretem pradziadka na ścianie, ale ten świat nie jest dla mnie, bo z portretu wyłażą korniki, a filiżanki rozpadają mi się w rękach.
I być może przez to wszystko, kiedy już będę bardzo stara (a nie tak jak teraz, tylko trochę), pomiesza mi się wszystko w głowie i już nie będę wiedziała gdzie jestem, i nawet nie będę pamiętała swojego starego imienia.

Opowieść


Opowieść służy temu, żeby oswoić różne wydarzenia, w których uczestniczymy i rzeczy, które nas spotykają, dlatego opowieść to poważna sprawa, choć może zaczynać się zupełnie niewinnie: „Pani Dalloway powiedziała, że sama kupi kwiaty”.


Kiedyś dawno dawno temu pisałam sobie blog, który opowiadał o moim życiu z małym synkiem. Ten mój synek już skończył siedem lat, a moje życie od tamtego czasu wywinęło koziołka. Właściwie jest ono w fazie ciągłego wywijania koziołków w te i wewte. I o tym zapewne będzie ta opowieść, ale nie tylko.

Kiedy byłam małą dziewczynką chciałam zostać pisarką, czy właściwie chciałam zostać pisarzem, bo być może wydawało mi się, że to drugie jest bardzo porywające. Gdy byłam w 3 klasie, pani kazała wszystkim napisać opowiadanie. I owszem napisałam, przesadnie długie opowiadanie o przyjaźni, jakimś karmniku i ptaszkach. Jego fabuła była, jak mi się zdaje mało potoczysta, ale wówczas wydawała mi się dość udana. Ale nie to zwróciło uwagę nauczycielki. Otóż, z nie do końca dla mnie samej dziś zrozumiałego powodu, narratorem w tym opowiadaniu był chłopiec. To jakoś nauczycielkę zdenerwowało – i w komentarzu napisała mi coś w rodzaju: „Dlaczego opowiadasz jako chłopiec?”. Przy okazji postanowiła nie oceniać mojej pracy, do dziś nie wiem dlaczego, ale pamiętam, że towarzyszyło mi wówczas uczucie wstydu, a także (właściwa niedocenionym autorom) przykra świadomość braku akceptacji otoczenia. Takie emocje pewnie zostają na całe życie i stąd zapewne potem moja ciągła i trwająca do dziś - na przemian - chęć i niechęć do pisania.