czwartek, 30 sierpnia 2012

Kadencja


Mateusz: Jak to?! Już nie będziesz dyrektorką???

ja: Ano nie będę. Jutro kończy się moja kadencja i już nie będę.

Mateusz: Nie będziesz pracować?

ja: Będę – tylko nie jako dyrektorka.

Mateusz: Ale ja bym wolał, żeby ci się nie kończyła ta... no... kadencja.

ja: A to dlaczego?

Mateusz: Po prostu wolałbym, żebyś dalej była dyrektorką.

środa, 29 sierpnia 2012

Merida waleczna


Mateusz chciał zobaczyć Meridę waleczną.

- A to nie dla dziewczyn? – zapytałam.

- No co ty! – na to Mateusz – i dla dziewczyn, i dla chłopaków, i dla wszystkich.

I miał rację. Okazało się, że to film dla każdego: o dzielnej pannie, co nie chciała wyjść za mąż i o matce, co nie potrafiła się ze swoją córką dogadać, a więc o dzielnej i lekkomyślnej dziewczynie, i o matce, co (po zjedzeniu zaczarowanego ciasteczka) została zamieniona w niedźwiedzia, i o tym, jak obie – ruda córka i matka niedźwiedzica podjęły rozpaczliwą próbę, żeby stać się sobie na powrót bliskie. Wracaliśmy do domu w ostatnich letnich promieniach słońca, bardzo zadowoleni, gawędząc:

- Będziesz robił ze mną konfitury pomarańczowo-imbirowe? – zapytałam Mateusza.

- A z czego one są? - odparł.

- No z czego? Z pomarańczy i z imbiru...

- Eeee nie lubię pomarańczy, ani imbiru – skrzywił się.

- To z czego byś chciał konfitury?

- Hmmm, chyba z samego cukru – Mateusz na to.    

      

I było miło, aż wróciliśmy do domu i zajrzałam do komputera, i przeczytałam średnio zrozumiały, ze względu na braki w interpunkcji i nadmiar zawartych w nim pretensji list od NNa, z którego pojęłam głównie to, że autor uważa, że matka jest potrzebna dziecku do 4, góra 5 roku życia. Niestety autor nie wyjaśnia, co jest potem dziecku potrzebne. A nie wyjaśnia, jak sądzę dlatego, że sam nie ma pojęcia, co takiego.

Ponieważ się nieco zdenerwowałam, postanowiłam usmażyć 150 naleśników, która to czynność zajęła mi ze dwie godziny,  przywracając mi przy tym chwilowo zwichrowaną równowagę wewnętrzną. Zjedzenie tych 150 naleśników – z kremem z kasztanów, kremem czekoladowym, jagodami, bitą śmietaną i dżemem z czarnej porzeczki, i czym tam jeszcze – zajęło nam chyba ze 20 minut.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Zakupy


Po odwiedzeniu przyjaciół na osiedlu nad Wisłą, pojechaliśmy z Mateuszem do sklepu, żeby zrobić parę szkolnych sprawunków przed 1 września.

„Zara” – dział dziecięcy.

Mateusz: Yes yes yes!

ja: Co takiego?

Mateusz: Patrz, są marynarki!

ja: Chcesz marynarkę na rozpoczęcie roku szkolnego?

Mateusz: Pewnie. I białą koszulę!

ja: Chcesz być ubrany w marynarkę i koszulę?

Mateusz: No przecież. A co? Byś chciała, żebym na rozpoczęcie roku do szkoły poszedł w starej koszulce z jakimś głupim napisem?

sobota, 25 sierpnia 2012

Seans

Pojechaliśmy do kina na rowerach. Jechaliśmy i jechaliśmy, przez budowę ulicy Nowolazurowej, przedarliśmy się przez tory kolejki WKD, brnęliśmy przez wyboje i wertepy Przemysłowego Służewca. Deszcz padał i siąpił, i wiatr wiał, a myśmy jechali. Wszystko po to, by zobaczyć najnowsze dzieło Woody’ego Allena pt. Zakochani w Rzymie. I dotarliśmy do celu, przedarliśmy się przez kilometry korytarzy i ruchomych schodów, odstaliśmy swoje w długiej kolejce i – już z biletami – raźno ruszyliśmy do kinowej sali, popatrzyliśmy dokoła, a tam same starsze panie i to w dodatku w grupach po trzy, albo cztery. Mimo że pierwszą, a może i drugą młodość mam już dawno za sobą poczułam się w tym otoczeniu jak przedszkolak. Usiedliśmy, jak należy na swoich miejscach, a do kina – ku naszemu cicho wyrażanemu zdumieniu – jęły wkraczać kolejne grupy nobliwych kobiet, rzecz jasna – w grupach po trzy, albo cztery. I zaczął się film, i trwał i trwał. A starsze panie co chwilę rechotały ukontentowane humorem i dobrym żartem, które płynęły z kinowego ekranu. A potem film się skończył. Zjedliśmy po pączku z powidłami, a potem jeszcze po racuchu z jagodami i wreszcie, okrężną drogą, debatując o formie artystycznej Woody’ego Allena pojechaliśmy na rowerach do domu.

środa, 22 sierpnia 2012

Nauki


Istoty rozumne uczą się na własnych błędach i na cudzych się uczą, ale nie wszystkim się to udaje, albo uczą się zbyt powoli, co i rusz popełniając te same błędy. Dziś o świcie z pokoju zajmowanego obecnie przez królika usłyszałam dziwne „Szuru buru szuru buru”. Przetarłam więc zaspane oczy i udałam się w miejsce, skąd to „szuru buru” dobiegało, i ujrzałam królika usiłującego za wszelką cenę wcisnąć swe opasłe tułowie w szparę za biurkiem Mateusza, gdzie zostało jeszcze parę niepożartych kabli. Królik był pobudzony, uszy mu sterczały na wszystkie strony i musiałam się z nim porządnie siłować, żeby dał spokój z kablami. A przecież dwa ostatnie dni spędził osowiały, z nadpalonymi wąsami! Martwiłam się o niego, że prąd go poraził, kiedy przegryzał kable lampek, netbooków i diabli wiedzą czego jeszcze. Jak się jednak okazało, niewiele to nauczyło mojego podopiecznego. Westchnęłam więc nad bystrością jego umysłu i poszłam do pracy, a kiedy szłam na przystanek przypomniało mi się, że w środku nocy ktoś do mnie dzwonił, a ja – jako że spałam – tego telefonu nie odebrałam. Jak przyjechał autobus 517 postanowiłam się do tego wydarzenia ustosunkować:

„Co tam za interes miałeś do mnie w nocy? Czy przez pomyłkę dzwoniłeś, albo – nie daj Panie Boże – po pijaku?”

„Kocham Cię, ale – nie obraź się – to była pomyłka.”

„No to dobrze, że zdecydowałam się nie odbierać.”

„A gdybym konał i prosił o życie?”

„Ale na szczęście żyjesz. Następnym razem wezmę pod uwagę, że to może być sprawa życia lub śmierci.”

„Następnym razem nie będę ryzykował.”

A za oknami autobusu, mimo upału, padał rzęsisty deszcz.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Cud na ulicy Chmielnej


W poniedziałkowe popołudnie idziemy ulicą Chmielną, i tak idziemy idziemy i patrzymy, że nowa budowa się tam rozwija, duży żuraw stoi, dźwigając wielkie betonowe bloki, i mówię do Piotra: „Chodźmy lepiej stąd, bo coś czuję, że te wielkie betonowe bloki zaraz nam pospadają na głowy”, więc poszliśmy. I dalej idziemy, a tu się wicher zrywa i szarpie i szarga całą ulicą, i blachy faliste umieszczone na rusztowaniu koło kina Atlantic zrywa, i rzuca nimi o ziemię.  „O widzisz – mówię – to ja miałam dobre przeczucie, że coś nam tu zagraża”. No i idziemy dalej, przez Marszałkowską do Placu Defilad, a tam drzewo zwalone leży. I Piotr mówi: „No naprawdę to było przeczucie, ze coś tu na nas w okolicy czyha”. I dalej poszliśmy, aż do kina i tam, korzystając z na pół darmowych biletów, obejrzeliśmy film Tożsamość Bourne’a. Po wyjściu z kina mówię:

ja: Wiesz co, ale zmieniając aktora grającego głównego bohatera, mogli to wytłumaczyć jakąś operacją plastyczną, czy coś…

Piotr: Przecież główny bohater to nie był Bourne.

ja: Jak to nie był? – zdziwiłam się szczerze.

Piotr: Ano nie, nawet inaczej się nazywał, Aaron mianowicie.

ja: Wiesz co, to ty wiedziałeś, że głównym bohaterem nie jest Bourne i nic mi nie powiedziałeś?

Piotr: Ale nie wiedziałem, że ty myślisz, że to on.

A potem w zgodzie pojechaliśmy do nieco osowiałego, w wyniku porażenia prądem królika.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Rozwód


W nocy śnił mi się rozwód, to znaczy ja się rozwodziłam z NNem, a sędzią w sprawie była jakaś pani ostrzyżona na pazia i to głównie ta pani zajmowała mnie we śnie, a zwłaszcza zajmowało mnie jej hipnotyczne spojrzenie. Po wypiciu dwóch kaw postanowiłam sprawdzić, co według podręcznych senników oznacza rozwód we śnie.

Dowiedziałam się, że może oznaczać:

- brak szczęścia w miłości;

- kumulację złej energii;

- oskarżenie o czyn karygodny;

- dobre towarzystwo;

- ostrzeżenie przed wdawaniem się w romanse .

Itede. Po dłuższym poszukiwaniu odnalazłam jednak właściwą interpretację: „Widzieć własny rozwód – twój związek będzie szczęśliwy”.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Porażenie prądem

Pojechaliśmy na ślub i wesele M. i J., który to jest starym kolegą Piotra ze szkoły, ze studiów oraz z dawnego pobytu w Anglii. Przy okazji zwiedziliśmy powierzchownie Kutno i nieco dokładniej cel naszej wyprawy, to znaczy Gostynin. Wszystko to było ciekawe i bawiliśmy się dobrze, chociaż oboje nie jesteśmy zbyt wprawnymi ani też zapalonymi weselnikami. „Choć teraz, kiedy zobaczyliśmy, jakie udane bywają śluby i wesela, to może się zmienić” powiedziałam do Piotra, a on dość entuzjastycznie pokiwał głową. Więc powiedziałam mu, kto z naszych przyjaciół i znajomych powinien wkrótce zadzierzgnąć węzeł małżeński, a Piotr zgodził się częściowo z moimi śmiałymi koncepcjami. 
I tylko jedna rzecz burzyła mój spokój, a mianowicie zostawiony samotnie w domu królik. Jednak – jak piszą w książkach – nic nie zapowiadało nadciągającej katastrofy. Królika zostawiliśmy bowiem w komfortowych warunkach: z zapasem jedzenia i picia, na wybiegu o wielkości pokoju. 
W niedzielę pogoda była piękna, a my przejechaliśmy się romantycznie PKSem z Gostynina do Warszawy Zachodniej, a jadąc z Warszawy Zachodniej do domu nabyliśmy w sklepie jeszcze kilka atrakcyjnych towarów, takich jak: powidła imbirowo-pomarańczowe, syrop klonowy oraz lody bakaliowe. W domu przywitała nas cisza. Zajrzałam do pokoju Mateusza i królika, i zobaczyłam tego ostatniego ze skwaszoną miną w pozie kury na grzędzie. „Ani chybi się obraził” powiedziałam i potarmosiłam królika, żeby nie myślał, że nas nie było, bo go nie lubimy. Niestety przy okazji zajrzałam pod biurko i moim oczom ukazało się kilka dyndających swobodnie kabli, które po szybkich oględzinach okazały się kablami pogryzionymi króliczym zębem. Ofiarą owego zęba padły następujące urządzenia:
- netbook Mateusza;
- lampka na biurko;
- lampka nocna przywieziona z Wieliczki.
„To na pewno z nudów” – powiedział Piotr – „Z nudów i samotności”, a ja nie mogłam nie przyznać mu racji. Zwróciłam królikowi uwagę, że brzydko postąpił, ale trudno było z nim dyskutować ze względu na osowiałość będącą skutkiem nie wiadomo czy poczucia winy, czy porażenia prądem.
„Na pewno się za mną stęsknił” – powiedział Mateusz – „I z tej tęsknoty przegryzł kable”. I w tej koncepcji jest pewnie krzyna prawdy.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Pralka

Z pralką to było tak: jedna się zepsuła, właściwie to była druga pralka w tym mieszkaniu, która się zepsuła. I niby bez pralki da się żyć, ale my jakoś nie chcieliśmy. Postanowiliśmy więc , że kupimy kolejną pralkę. Pojechaliśmy do sklepu i nabyliśmy jedną (czyli trzecią) i zaraz następnego dnia nam ją przywieźli, niezbyt uprzejmi panowie w czapkach z daszkami. Mimo że byłam zajęta gotowaniem, zaraz zajrzałam do środka owej pralki i znalazłam tam Instrukcję obsługi użytkownika pralki, spędziłam nad nią pół godziny, nie odrywając się jednak od gotowania, i powiedziałam do Piotra, gdy ten wkroczył do mieszkania: „Wiesz co, chyba pierwszy raz w życiu przeczytałam instrukcję obsługi” i bardzo byliśmy zadowoleni z mojej sumienności (o zapobiegliwości nawet nie wspominając), a ja zaprezentowałam Piotrowi obrazek pokazujący, gdzie wsypywać proszek do tej pralki. Potem  Piotr z racji swojej siły wniósł pralkę do łazienki (a trzeba Wam wiedzieć, że taka pralka jest bardzo ciężka), zamontowaliśmy ją i rozpoczęło się pranie. Pralka prała bardzo sprawnie, do czasu jednak, gdy zaczęło się wirowanie znajdującej się w niej odzieży. Wtedy pralka zaczęła skakać po całej łazience, w której na szczęście akurat nie było królika Michała, bo ani chybi by go wtedy zabiła. Słysząc potworne hałasy dobiegające z łazienki, rzuciliśmy się wszyscy, Mateusz, Piotr, ja oraz wspomniany  królik Michał łapać pralkę i Piotr opowiedział, że jego rodzice też tak zawsze robili z pralką, a i ja po chwili przypomniałam sobie, że moi rodzice mieli podobne kłopoty. Usiedliśmy więc nieco strapieni wizją przyszłości z pralką hasającą po całym mieszkaniu. A ja – ponieważ nigdy się łatwo nie poddaję – postanowiłam zajrzeć jeszcze raz do instrukcji, zawierającej dział Nieprawidłowości w działaniu i sposoby ich usuwania. I tam znalazłam następującą poradę:  Jeśli pralka wiruje w sposób zatrważający domowników, prawdopodobne jest, że nie została prawidłowo zainstalowana. „Zaraz zaraz, a jak powinna być zainstalowana pralka?” pomyślałam i po chwili znalazłam stosowną odpowiedź: „Odkręcić 4 śruby zabezpieczające maszynę na czas transportu oraz zdjąć gumowy element z podkładką, znajdujący się w tylnej części pralki”. Łatwo nie było, ale jakoś tego dokonaliśmy i teraz pralka pierze cichutko, wydając jedynie milutkie pomruki. Oto dlaczego należy uważnie czytać instrukcje obsługi domowych urządzeń mechanicznych.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Obraz


Międzynarodowy Dzień Osób Leworęcznych przyniósł nam ochłodzenie i mżawkę. Tym samym, wygląda na to, zaczęła się jesień. Mgły, błota i kałuże, rozkopane ulice i dziury w chodnikach. Mateusz wyjechał na odległą podzamojską wieś, więc królik ma cały pokój dla siebie, z czego korzysta ze swadą.
A tymczasem mnie po niedługim urlopie spędzonym nad basenikiem w helskim fokarium nie jest łatwo się pozbierać z rozgrzebanymi pracami zaległymi i tymi, które jutro, a najdalej pojutrze staną się zaległe. Siedzę więc w muzeum, siedzę przy biurku, usiłując bez entuzjazmu nadrobić, co się jeszcze da i myśląc, jak wymigać się z całej reszty, a wysoko nad głową mam okno, za którym siąpi deszcz. „Dryń dryń” – dzwoni telefon.
- Słucham – odzywam się z nadzieją, że dzwoni nie do mnie.
- Halo! To ja jestem od obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej – słyszę w słuchawce głos mojego dobrego znajomego.
- A to pan – nie udaje mi się niestety wykrzesać z siebie wiele entuzjazmu.
- I co? Znalazła pani to brakujące skrzydło? Wie pani, skrzydło do obrazu z Jasnej Góry? – pyta tonem zasadniczym.
- Proszę pana – zbieram się na odwagę – obawiam się, że tego skrzydła nie da się znaleźć.
- Jak to się nie da? – mówi lekko zirytowany głos.
- Bo widzi pan, ten obraz raczej nie miał nigdy żadnych bocznych skrzydeł – tłumaczę słabym głosem.
- Jak to nie miał? – pyta głos – Skąd pani może wiedzieć, że nie miał? Skoro ja znalazłem jedno, to pani może chyba znaleźć drugie?
- Obawiam się, że nie – na to ja.
- A próbowała pani?
- Echmm... – mówię uprzejmie.
- Aha, więc pani odmawia! – tym razem głos brzmi groźnie.
- No tak, można tak powiedzieć – powiadam słabnąc.
- W takim razie – odzywa się jegomość – mam do pani jeszcze jedną prośbę.
- Słucham – staram się przemawiać uspokajająco – postaram się panu pomóc, jeśli będę w stanie.
- Proszę w takim razie znaleźć kogoś, kto poszuka brakującego skrzydła do obrazu z Jasnej Góry. Na pewno jest ktoś taki!

sobota, 11 sierpnia 2012

Zepsute urządzenia

Po powrocie z wczasów na końcu lub początku Polski i stwierdzeniu, że królik pogodnie i w dobrym zdrowiu przeżył rozłąkę, zajęliśmy się:
- naprawą pralki, która niestety okazała się bezskuteczna,
- wymianą pociętej nożem opony w rowerze,
- snuciem intrygi, jak przyłapać tego łobuza, co przeciął oponę,
- zakupem nowej pralki i jej – nie taką znowu oczywistą – instalacją,
- diagnozą awarii hamulca w rowerze – tym samym, w którym ktoś pociął oponę nożem.
W międzyczasie obejrzeliśmy w kinie Madagaskar 3 i wyprawiliśmy się na rowerach (z których jeden, jak się okazało, nie miał hamulców) na północ i drugą stronę Warszawy, promem o nazwie Wilga.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Olimpijskie medale (2)


Poszliśmy do lokalu gastronomicznego z telewizorem, żeby zobaczyć mecz polskich siatkarzy, jednak po dwóch przegranych przez nich setach, Mateusz oświadczył, że ma tego dość i nie chce już oglądać tego rodzaju widowisk, więc wyszliśmy.

Wieczorem ogląda klasyfikację medalową igrzysk olimpijskich:
- Uff. Mamy 2 złote medale, 1 srebrny i 3 brązowe – wylicza – Stany Zjednoczone mają dużo dużo więcej i Chiny, i Wielka Brytania – mówi rozżalony – ale patrz, mama! Hiszpania jest od nas gorsza. Zaraz zaraz, a kto jest najgorszy? Kuwejt! Kuwejt ma tylko jeden medal brązowy! – woła z wyraźną satysfakcją  – to patrz, mama, nie jesteśmy w końcu tacy słabi w tym sporcie!

niedziela, 5 sierpnia 2012

Pachnidło

Z rozrzewnieniem czytam Pachnidło. Książka ta opowiada, jak mi się zdaje, o poszukiwaniu piękna i dążeniu do niego. Szczerze powiedziawszy, nic bardziej w świecie mnie nie porusza niż takie poszukiwanie oraz dążenie.

W Helu tymczasem brzydko się zrobiło, wieje wiatr i deszcz pada, pioruny błyskają i grzmoty się toczą. Siedzimy więc z Mateuszem w pokoju i gramy kolejno w Czarnego Piotrusia, pokera i w wojnę. W przerwie między grami Mateusz kartkuje Pachnidło.
- O czym jest ta książka?
- O producencie perfum – mówię po chwili zastanowienia.
- To ty takie głupoty czytasz? – i patrzy na mnie, szczerze oburzony znad swych mądrych okularów.  

Zrelacjonowałam to wydarzenie Piotrowi, a on na to: „Prawdę powiedz, że to o seryjnym mordercy”. „No tak – mówię ja – ale wtedy się przestraszy, że chcę zostać seryjną morderczynią”.

sobota, 4 sierpnia 2012

Hel

Nie zdziwiło mnie szczególnie, gdy Mateusz oświadczył:
- Mamo, pomyślałem, że, kiedy dorosnę, może będę pracować w fokarium. Będę karmić i tresować foki, opiekować się nimi...
- Dobrze, synku – powiedziałam.
- To wtedy musiałbym mieszkać w Helu, tak? – zapytał żwawo.
- Pewnie tak – odparłam.
- Tylko jest mały problem – zasępił się i nieco posmutniał.
- Ale jaki? – zaniepokoiłam się.
- Jak to jaki?! Przecież tu nie ma kina! Jak ja będę tu żyć bez kina!?

Olimpijskie medale (1)



Wczoraj z zachwytem obejrzeliśmy, jak Michael Phelps zdobył swój 21 medal olimpijski. Podczas ceremonii dekoracji, gdy odgrywano amerykański hymn, Mateusz zaczął śpiewać z zapałem Mazurek Dąbrowskiego. „Co ty śpiewasz? – zapytałam, nieco zaniepokojona – przecież to amerykański hymn!”. „Amerykański, amerykański, ale jak w tym Londynie nigdy nie grają polskiego, to co mam robić?” – odparł z godnością, po czym zasnął kamiennym snem wczasowicza.

4 sierpnia (sobota), godzina 8.30
Mateusz: Polacy zdobyli wczoraj dwa złote medale, a ty mnie nie obudziłaś?!!!
ja: Budziłam cię, ale ty tylko przewracałeś się na drugi bok, coś mamrotałeś i nie chciałeś wstać.
Mateusz: Nie chciałem?
ja: Nie zbudziłeś się nawet, gdy grali polski hymn.
Mateusz: Ojej. A w czym zdobyliśmy te medale?
ja: W pchnięciu kulą i podnoszeniu ciężarów.
Mateusz: O! Polacy są bardzo silni. Szkoda, że nie umieją tak dobrze pływać i biegać, to może mielibyśmy więcej tych medali. O piłce nożnej, to już nawet nie wspominam.

piątek, 3 sierpnia 2012

Z plaży

Z powodu deszczu i lekkiego osamotnienia zastanawiam się nad naturą ludzkich uczuć, a raczej nad ich dziwnością się zastanawiam. Wylegując się na plaży, z Pachnidłem pod głową, gdy Mateusz kopał dół na metr głęboki i dwa metry szeroki, wysłuchałam dziś kilku pouczających opowieści o miłościach opowiadanych przez trzy kobiety w wieku – na oko między 25 a 30 rokiem życia. Słuchało mi się ich dobrze, chociaż chwilami uwagę moją rozpraszały krwiożercze mrówki latające oraz biedronka-ludojad. Były to jednak, jak często w takich przypadkach, opowieści raczej ponure: o narzeczonych i chłopakach tych dziewczyn, sprawiających im różne kłopoty. Niektóre całkiem podobne do moich starych historii sprzed dziesięciu albo ho-ho ilu lat. „Po co wam ci chłopcy, którym się nie chce nawet sprzed telewizora wstać, jak wracacie do domu?” – miałam ochotę zebrać się z piachu, iść do nich i wytłumaczyć parę rzeczy. „Po co wam chłopcy, którzy na was wrzeszczą, upijają się tak, że musicie ich odprowadzać do domu?” „Po co wam to, jak i tak nic z tego dobrego dla was nie będzie?!”. I już się podnosiłam, żeby wygłosić tę całą pouczającą przemowę, gdy nagle poczułam dotkliwe ukłucie i zobaczyłam, że biedronka-ludojad wgryza się z zapałem w moje przedramię. A potem pogoda się raptownie zepsuła i trzeba się było szybko zbierać z plaży, żeby przypadkiem nie zmoknąć. I na żadne dobre rady już czasu nie było. Z perspektywy paru godzin myślę jednak, że dobrze się stało. Niech się same przekonają.

Zderzenie kultur

Siedzimy w barze nad zatoką i Mateusz chichocząc nakłania mnie, żebym spróbowała chłodnika ze śledziem, albo pierogów z dorszem, a ja się wzbraniam. Wypoczywanie wcale nie jest łatwe, a zderzenie kultur można mieć nawet nie wyjeżdżając z domu Bóg wie gdzie.

środa, 1 sierpnia 2012

Wydmowy las

„Czy Hel jest na początku Polski, czy na końcu?” – to pytanie, na które bezskutecznie próbujemy sobie odpowiedzieć z Mateuszem. Zastanawiając się nad tą kwestią idziemy przez wydmowy las:
- Mhmhwrrrrrr – mówi Mateusz.
- Co to takiego? – na to ja.
- No co co? – odpowiada Mateusz – co to mogłoby być za zwierzę?
- Może ryś, a może wilk – mówię.
-  A gdyby to był wilk i tu przyszedł, to co byś zrobiła? Gdyby nas zaatakował, broniłabyś mnie? – zagaduje dociekliwie Mateusz.
- Pewnie – odpowiadam bez wahania.
- I co, oddałabyś za mnie życie? – nie ustępuje mój syn.
- Oddałabym – mówię.
- No to pięknie dziękuję, jak ja bym potem musiał żyć bez matki!