Te ostatnie dni i dla mnie
nie były zbyt fortunne, a to z powodu nazbyt pochopnie usuniętego zęba, który to zabieg
odebrał mojemu obliczu szlachetny wygląd, a mojej duszy możliwość obszernego
wypowiadania się. Było mi słabo i tak źle, że aż nie mogłam jeździć na rowerze.
Ponieważ jednak wszystko ma jakiś kres, to i ja wreszcie wydobrzałam, do tego
stopnia, że mogłam się dziś przejechać na rowerze. W związku z tym odbyliśmy –
Piotr i ja – wycieczkę do Fortu Okęcie. Tym samym, w ciągu ostatnich dwóch
tygodni, zwiedziliśmy trzy z warszawskich fortów:
a) Fort
Włochy: Na jego terenie spotkaliśmy ludzi z agresywnymi psami i amatorów
mocnych trunków oraz poszukiwaczy skarbów z wykrywaczami metali. Część fortu
jest zamknięta i ktoś tam trzyma rakietę i kilka czołgów. „To jacyś faszyści,
mówię ci” powiedziałam Piotrowi i zaczęłam się rozwodzić nad tym, jak to ja takich
faszystów wszędzie rozpoznam. Niestety, jak sprawdziliśmy, okazało się, że to
nie żadni faszyści, tylko jacyś miłośnicy historii i militariów, nie planujący rozpętania
III wojny światowej.
b) Fort
Chrzanów: Tam z kolei trafiliśmy na grupę przebranych w stroje wojskowe
młodzianów. Na nasz widok zakrzyczeli: „Uwaga! Cywile!” i przestali do siebie strzelać
na niby z kabekaesów, czy tego, co tam mieli. Próbowałam się do nich uprzejmie
uśmiechnąć, ale zdaje się, że reguły kindersztuby były im całkiem obce, bo chwilę
później zagrozili, że mogą zacząć strzelać do nas, więc się zapobiegliwie
stamtąd oddaliliśmy.
c) Fort
Okęcie: do środka w ogóle nie dotarliśmy (pomijając boisko, na którym pograliśmy
próbnie w kometkę, niedługo wcześniej zakupionymi paletkami), za to wdaliśmy
się w konflikt z parkingowym, który był przekonany, że przybyliśmy tam po to,
by rysować gwoździem karoserie stojących tam samochodów. A my niestety nie
mieliśmy przy sobie gwoździ.

