sobota, 28 lipca 2012

Forty

Wreszcie jest bardzo ciepło i słonecznie. Tak bardzo ciepło i słonecznie, że nasz domowy królik, który jest zwierzątkiem futerkowym leży całymi dniami w kącie z wywieszonym językiem, niby pingwin podczas niefortunnej wizyty u kuzynostwa w strefie równikowej.

Te ostatnie dni i dla mnie nie były zbyt fortunne, a to z powodu nazbyt pochopnie usuniętego zęba, który to zabieg odebrał mojemu obliczu szlachetny wygląd, a mojej duszy możliwość obszernego wypowiadania się. Było mi słabo i tak źle, że aż nie mogłam jeździć na rowerze. Ponieważ jednak wszystko ma jakiś kres, to i ja wreszcie wydobrzałam, do tego stopnia, że mogłam się dziś przejechać na rowerze. W związku z tym odbyliśmy – Piotr i ja – wycieczkę do Fortu Okęcie. Tym samym, w ciągu ostatnich dwóch tygodni, zwiedziliśmy trzy z warszawskich fortów:

a)      Fort Włochy: Na jego terenie spotkaliśmy ludzi z agresywnymi psami i amatorów mocnych trunków oraz poszukiwaczy skarbów z wykrywaczami metali. Część fortu jest zamknięta i ktoś tam trzyma rakietę i kilka czołgów. „To jacyś faszyści, mówię ci” powiedziałam Piotrowi i zaczęłam się rozwodzić nad tym, jak to ja takich faszystów wszędzie rozpoznam. Niestety, jak sprawdziliśmy, okazało się, że to nie żadni faszyści, tylko jacyś miłośnicy historii i militariów, nie planujący rozpętania III wojny światowej.

b)      Fort Chrzanów: Tam z kolei trafiliśmy na grupę przebranych w stroje wojskowe młodzianów. Na nasz widok zakrzyczeli: „Uwaga! Cywile!” i przestali do siebie strzelać na niby z kabekaesów, czy tego, co tam mieli. Próbowałam się do nich uprzejmie uśmiechnąć, ale zdaje się, że reguły kindersztuby były im całkiem obce, bo chwilę później zagrozili, że mogą zacząć strzelać do nas, więc się zapobiegliwie stamtąd oddaliliśmy.

c)       Fort Okęcie: do środka w ogóle nie dotarliśmy (pomijając boisko, na którym pograliśmy próbnie w kometkę, niedługo wcześniej zakupionymi paletkami), za to wdaliśmy się w konflikt z parkingowym, który był przekonany, że przybyliśmy tam po to, by rysować gwoździem karoserie stojących tam samochodów. A my niestety nie mieliśmy przy sobie gwoździ.

czwartek, 26 lipca 2012

Ząbek

Ponieważ jestem bardzo zapobiegliwa i mam zwyczaj chuchać na zimne, postanowiłam poddać się zabiegowi usunięcia zęba – zęba numer osiem, ściśle rzecz ujmując. Ząb ów mi nie doskwierał, ale ciągle myślałam, że pewnie kiedyś zacznie, i wówczas nieszczęście gotowe. W tym celu, ażeby pozbyć się potencjalnego niebezpieczeństwa i uniknąć przyszłego bólu, spotkałam się z doktorem od zębów, który żwawo zabrał się do swojej pracy, to znaczy podważania, wykręcania i młotkowania nieszczęsnego ząbka. Te wstępne zabiegi  trochę trwały, a tymczasem do sąsiedniego gabinetu weszła jakaś pani z dzieckiem noszącym imię, jak się wkrótce okazało, Kubuś.
- Kubusiu, otwórz buzię – dobiegł głos zza drzwi.
- Nie nie nie! – wrzasnął Kubuś.
I się zaczęło. Dentystka zajmująca się Kubusiem wydawała z siebie pocieszają odgłosy, mama Kubusia prośbą i groźbą próbowała nakłonić go do kolejnych czynności, zmierzających do zaplombowania chorego zęba, a Kubuś darł się wniebogłosy, jakby go odzierali ze skóry lub palili na stosie przygotowanym przez  Świętą Inkwizycję. W tym czasie mój doktor trudził się nad nieszczęsnym zębem i z każdą chwilą wyglądał na coraz bardziej strudzonego, a z biegiem czasu zaczął też wyglądać na sfrustrowanego.  Tymczasem Kubuś wrzeszczał i lamentował, krzyczał i ryczał, jakby mu wyrywali odnóża. Wreszcie po 40 minutach, podczas których doktor wytrwale mocował się z moją ósemką, wszystko nagle ucichło:
- Byłeś bardzo dzielny – powiedziała mama Kubusia, a jego dentystka też coś powiedziała, ale nieco mniej pochwalnego.
Po chwili wkroczyła do gabinetu, w którym mój doktor powoli odchodził od zmysłów, trudząc się, ciągnąc i podważając, niestety jednak bez trwałych efektów.
- Ale masz grzeczną pacjentkę – powiedziała ze szczerym podziwem dentystka, a doktor przyznał jej rację i chyba go to zmotywowało, bo wreszcie po długich chwilach rozpierania i podważania wydobył mój ząb na powierzchnię.
- Jaki ładny ząbek – powiedziała dentystka i oboje, za moimi plecami zaczęli go podziwiać, a także analizować jego budowę.
- A czy ja też mogę zobaczyć? – zapytałam  i okazało się, że owszem mogę.
- Ale nie wystraszy się pani? – zapytał doktor, a kiedy zaprzeczyłam i przystąpiłam do oglądania zarechotał: - A może pani go chce na pamiątkę?
- Nie, dziękuję – odparłam z godnością, tracąc w ten sposób na zawsze szansę, by w zamian otrzymać atrakcyjny dar od Wróżki Zębuszki. W gabinecie zapanowała krępująca cisza.
- A czy w takim razie, eeee – powiedziała dentystka Kubusia – czy ja mogłabym go dostać?
Doktor spojrzał mi głęboko w oczy.
- Nie ma pani nic przeciwko? – zapytał.
- No skądże, jeśli pani się przyda, to proszę bardzo – odparłam z nadmiernym może entuzjazmem. Po czym dentystka Kubusia, podziękowawszy wylewnie, zawinęła mój bezpowrotnie utracony ząb w chusteczkę i udała się  w sobie jedynie znanym kierunku.
A ja powlokłam się do domu, bez zęba, za to w stanie narastającej maligny, wyobrażając sobie już do końca dnia – co ona zrobi z moim zębem?

poniedziałek, 23 lipca 2012

Na koloniach


Mateusz jest na koloniach i codziennie rozmawiamy przez telefon.


- Co robicie? – zapytałam go dzisiaj.
A byłaś kiedyś na koloniach? – odpowiedział pytaniem na pytanie mój syn.
- No byłam, byłam – odparłam.
- To chyba wiesz, co się robi na koloniach! – zawołał Mateusz triumfalnie.

niedziela, 22 lipca 2012

Pourodzinowa wizyta w Tworkach


Dzień urodzin minął mi niespostrzeżenie. To znaczy, że mimo że to jest z zasady dość emocjonalnie tradne wydarzenie (zwłaszcza jak się ukończyło nieodwołalnie 30, a potem 35 lat), tym razem obyło się bez zabarwionych traumą i melancholią rozmyślań oraz rozterek za tym idących, a dotyczących nie wiadomo właściwie czego. W okolicach tego dnia odbyliśmy wraz z Piotrem kilka rowerowych wycieczek, w tym jedną – niedzielną (22 lipca, tak tak) – której trasa zawiodła nas do Tworek, gdzie z oddali ujrzałam kościół, który mnie natchnął taką oto ostateczną myślą, że gdybym kiedykolwiek musiała, czy też potrzebowała dokonać jakiegoś kościelnego aktu rytualnego, to tylko i koniecznie tam. Przyszpitalny kościół w Tworkach, Dzieci moje, jest bowiem cerkwią wystawioną na początku ubiegłego stulecia, w dodatku  w stylu bardzo wdzięcznie naśladującym dokonania architektury ormiańskiej. A ja tu mieszkam tyle lat, kilka kilometrów od takiego miejsca, i nic nie wiem o tym! I pomyślałam także, że gdyby los mnie zawiódł jeszcze do tych Tworek, z powodu rozwinięcia się jakiejś niezdrowej przypadłości umysłowej, czy duchowej, to mogłabym wtedy napisać wielce uczoną monografię owego kościoła. A rodzina bliższa i dalsza odwiedzałaby mnie przywożąc kompoty i inne frykasy. Te wszystkie wizje natchnęły mnie jakąś niespotykaną dotąd pourodzinową świetlaną wizją czasów przyszłych.

środa, 18 lipca 2012

Kolonie i horrory

Mateusz pojechał na pierwsze w życiu kolonie zuchowe, zabierając ze sobą dwa plecaki (duży i mały), wypełnione różnymi rzeczami, wśród których znalazł się także obrzędowy strój indiański.
W przeddzień nie obyło się bez trzech, czy czterech krótkich, ale siarczystych awantur z NNem przez telefon. Sama je niestety zaczęłam wypominając mu, że sprzedał samochód nic mi o tym nie mówiąc. A potem już lawina ruszyła i było coraz gorzej i gorzej, straszniej i straszniej. Na nic mi to było, bo samochód do niczego mi niepotrzebny, podobnie jak i walki z NNem. Więc może to przez te długie miesiące, ciągnące się jak guma od majtek, w trakcie których nie mogę się wyzwolić z małżeńskiego uścisku NNa. Może to przez wizję kolejnych dwóch miesięcy, które trzeba czekać na następną rozprawę, kolejnych druków awizo wrzucanych przez listonoszów z przedziwną regularnością do mojej skrzynki, a może zbliżających się jak chmura gradowa urodzin, objawień Matki Boskiej, dziejących się na całym świecie, może przypadającego właśnie nowiu, może tego Mateuszowego wyjazdu, albo po prostu wina mojego złego charakteru. W każdym razie na sam koniec, trudno powiedzieć za co, dostało się i królikowi, i Piotrowi. 
Na szczęście, jak w horrorze klasy D, dzisiejszy dzień od godziny 5.00 był dokładną odwrotnością wczorajszego koszmaru. O 6.30 zuchy zebrały się na Dworcu Centralnym, a pląsając i pohukując cieszyły się zwłaszcza z tego, że będą spać w namiotach i pokrzykiwały, czego to one nie będą w tych namiotach wieczorami wyczyniać. Dość sympatyczne było niezobowiązujące zaproszenie Mateusza, żebym wybrała się razem z zuchami i spała z nimi w tym namiocie harców i zabaw, ale grzecznie odmówiłam. Wreszcie o 7.30 wszystkie zuchy zapakowały do pociągu TLK i wyruszyły w siną dal, to znaczy w stronę Piotrkowa Trybunalskiegio, na całe półtora tygodnia. 
                                                                                                                                                                          

sobota, 14 lipca 2012

Sen o króliku

W nocy śnił mi się królik i różne z nim związane prace porządkowe oraz zabawy. Ale głównie zapamiętałam z tego snu taki obrazek: siedzę naprzeciwko królika, on otwiera paszczę i wtedy widzę, że wszystkie zęby ma on zaplombowane, metalowymi plombami, dokładnie takimi, jakimi dentyści łatali zęby w PRLu.

Tknięta dziwnym przeczuciem zadzwoniłam do Mateusza:

- Co u ciebie synku? – pytam.

- Nieźle – powiada – mieliśmy tu trzęsienie ziemi i dom prawie się zawalił.

- Tak? – pytam dalej, ale już z pewnym niedowierzaniem.

- A potem wybuchł wulkan – kontynuuje mój syn.

- No naprawdę – mówię – ale mam nadzieję, że nic ci się nie stało. Jak się czujesz?

- Dobrze – rzecze Mateusz.

piątek, 13 lipca 2012

Piątek, 13


Bilans dnia 13 lipca, przypadającego pechowo w piątek:

Godziny bez wody w kranie: 5;

Druki awizo w skrzynce, zostawione przez listonosza mimo obecności w domu adresata: 1;

Dziurawe dętki w kołach rowerowych: 2;


Zepsute płyty z muzyką: 1;

Zęby przeznaczone do wyrwania: 1;

Godziny poświęcone na oswajanie zdziczałego królika: 0,5;

Nowe dętki w kołach rowerowych: 2;

Telefony od Mateusza: 2;

Kilometry przejechane na rowerze: 322;

Kawy i ciastka: 2 + 2;

Przeczytane uważnie artykuły o ekologicznych ślubach i weselach: 1;

Minuty spędzone w kolejce na poczcie: 63;

Bezsensowne listy o niczym od wysokich organów państwowych: 1.

czwartek, 12 lipca 2012

Poczucie bezpieczeństwa

Po powrocie z Ziem Odzyskanych królik od kilku dni z trudem dochodzi do siebie. Leży z obrażoną miną, w pozie dobermana i z niechęcią odpowiada na przyjazne zaczepki domowników. Może to trauma po podróży, a może – efekt utraty poczucia bezpieczeństwa, również będący rezultatem przemieszczania się z miejsca na miejsce.
Spotkałam się z G. oraz T. Spędziłyśmy miłe popołudnie między ulicami Bracką a Szpitalną wyrzekając mniej lub bardziej na rodzaj męski. Heteroseksualni mężczyźni są – co stwierdziłyśmy mało odkrywczo – innym rodzajem istot ludzkich i zwyczajnej kobiecie z takim rodzajem nie jest łatwo dojść do ładu. Przypomniałyśmy sobie wprawdzie o paru takich, którzy są inni, niezawodni i stali, i przedkładają interesy swoich kobiet i dzieci ponad własne. Właściwie o jednym takim sobie przypomniałyśmy, i całkiem nas to podbudowało.
- Ale – powiedziała z drwiną G. – czy ty byś chciała, moja droga, być na miejscu tej jego żony?
- No nie – odparłam ponuro – wiadomo, że bym nie chciała. Ale wyznać muszę – zaczęłam wyznawać po jakimś czasie – bardzo dotkliwie mi przeszkadza, że mężczyźni, którzy wydają się mi atrakcyjni, nie stwarzają poczucia bezpieczeństwa. A wręcz nawet odwrotnie.
- No chyba ty żartujesz – prychnęła G. – sama sobie stwarzasz poczucie bezpieczeństwa. Chyba nie powiesz, że mężczyzna do tego potrzebny?
I znów byłam zmuszona jej przyznać rację, bo to były święte słowa.

Pół wieczoru spędziłam wywabiając zmywaczem do paznokci plamę od długopisu z kieszeni spodni Piotra, którą wcześniej próbowaliśmy usunąć przy pomocy rozmaitych domowych metod. A rankiem, po przebudzeniu, z satysfakcją stwierdziłam, że plamy prawie nie ma, niestety jednak tusz z długopisu na stałe zabarwił moje ręce, a nawet łokcie i przedramiona. Zaraz potem zadzwonił Mateusz, spędzający wakacje na odległej wsi:
- Mamo, mamo! była u was burza wczoraj? – zapytał, mocno zaaferowany.
- Nie – odpowiedziałam – a u ciebie?
- U mnie była i piorun mógł uderzyć w dom i wszystko mogło się spalić – oznajmił.
- Ale się nie spaliło? – zapytałam.
- Nie, jakoś nie – odparł ponuro Mateusz.

wtorek, 10 lipca 2012

Trud i znój



Sezon ogórkowy trwa. Nie czytam wiadomości w gazecie, nawet horoskop zaczynam omijać, bo mnie ciągle ostatnio zawodzi (zapowiadał dużą wygraną, więc postawiłam 9 zł w totolotka, a tu nic) i (z wiadomych już tylko sobie powodów) nie zaglądam zbyt często do rubryki matrymonialnej. Nawet na NNa staram się nie denerwować (choć niełatwo mi to przychodzi). Z dużym za to zapałem czytam to, co sama napisałam przez ostatnich parę wiosen, zim i jesieni, czasem w trudzie, czasem w znoju, a znacznie rzadziej porywana przez skrzydła literackiej weny. A mianowicie dość rozwlekłą rozprawę o świętych relikwiach, świętych obrazach i rożnych innych świętych przedmiotach, które nie wiadomo do czego służą. O tym jak wyglądają, jaką miewają konsystencję, i jakie wonie wydzielają.

Kiedy się dzisiaj temu dziełu przyglądam, wydaje mi się, że ma wiele wiele stron, może ze 300. Jeśli dobrze pamiętam zajęło mi to z 5 lat. Więc, jak  to wszystko skrzętnie przeliczyć, wychodzi, że rocznie pisałam 60 stron, miesięcznie – 5 stron, a dziennie 0,2 strony, czyli jakieś 5 linijek tekstu. Jest z tego morał, którego mądrość sieje spustoszenie w mojej biednej głowie dzisiaj od samego bladego świtu: Lepiej robić małe kroczki do przodu, niż nie robić ich wcale i lepiej iść, niż nie ruszać się z miejsca. Lecz dokąd się idzie, ruszywszy z tego miejsca, to już całkiem inna historia.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Sezon ogórkowy


Świeci słońce, a nawet jest gorąco i wszyscy narzekają. A my odwrotnie – sprawiliśmy sobie leżaki i odpoczywamy na balkonie wielkości chustki do nosa, spożywając hektolitry lodów. W piątek z Ziem Odzyskanych powrócił Mateusz z królikiem. Mateusz jakby większy i królik jakby większy. Mateusz rozbrykany i pohukujący, królik – odwrotnie: jakiś wymiętolony i lekko osowiały. Mateusz – ekspansywny; królik – tylko kombinuje jakby tu wleźć pod łóżko, chowając się przed całym światem. W sobotę zobaczyliśmy w kinie Epokę lodowcową 4, potem obejrzeliśmy mecz tenisowy na Wimbledonie, jedząc – zgodnie z wimbledonowskim podobno obyczajem – truskawki z bitą śmietaną. Jak się mecz skończył odwiedziliśmy Ogród Saski, „Kafkę”, nadwiślańskie bulwary i zobaczyliśmy fontannowy pokaz „światło i dźwięk” na Podzamczu. W drodze powrotnej Mateusz śpiewał pieśni według własnych pomysłów i znane ze szkoły utwory o tematyce wakacyjnej. I bardzo byliśmy zadowoleni z tego długiego dnia, za wyjątkiem może jedynie królika, który (gdy wreszcie wróciliśmy do domu) udawał, że ma muchy w nosie. Może przeczuwał, że jego główny właściciel i opiekun go wkrótce opuści, wyjeżdżając do odległej wsi pod Hrubieszowem? Wreszcie Mateusz wyjechał i w ten sposób rozpoczął się prawdziwy sezon ogórkowy.

środa, 4 lipca 2012

Burze i niepokoje

Upały, burze, grzmoty, pioruny i gradobicia. Wszystko jednak ma nie tylko swój początek, ale ma też koniec. Choć akurat burze, pioruny i gradobicia – jak trafnie zauważył Piotr – mają miejsce nadzwyczaj cyklicznie. Zaczynają się i kończą, a potem wracają i tak w koło. Tłuką się grzmoty, błyskawice rozdzierają niebiosa i dusze, a one krwawią.

Z samego rana zadzwoniłam do Mateusza, który w dalszym ciągu przebywa w Mieście Pionierów.
- Była u ciebie wielka burza? – zapytał z wyraźnym zainteresowaniem.
- Tak i to jaka… – odparłam, z grozą wspominając poprzedni dzień.
- To się przygotuj, że dziś też taka będzie. W telewizorze widziałem – rzekł posępnie.

„No to ja dziękuję” – myślę sobie. Tymczasem mój horoskop brzmi tak: „Dzisiaj masz wielka szansę, aby znaleźć wymarzonego partnera czy partnerkę. Uważnie rozglądaj się w drodze do pracy”. Obiecujące. Jednak, jak sobie przypominam w drodze do pracy siedziałam obok zwalistego i – co tu kryć – nieprzyjemniego z wyglądu gościa, którego ręce pokryte były tatuażami wilka morskiego, naprzeciw mając osobę nieokreślonej płci o dziwnym wyrazie twarzy i mówiącą do siebie, która odziana była w gacie z dekoracją w małpki. Chyba dam sobie spokój z czytaniem horoskopów.

wtorek, 3 lipca 2012

Sen o końcu świata


Po zakończeniu piłkarskich igrzysk okolice Pałace Kultury i Nauki wyglądały jak po przetoczeniu się barbarzyńskich zastępów i wybuchu bomby wodorowej, a w pobliskim kinie grali Cosmopolis. Bardzo to było smutne i przygnębiające tak oglądać, jak urządzony jest ten świat i do czego wszystko to zmierza. Więc smutek i przygnębienie towarzyszyły mi jeszcze długo po opuszczeniu sali kinowej. Kiedyś, będąc dzieckiem, śmiałam się z babci, która nie mogła spać w nocy, z powodu zamartwienia dziećmi głodnymi w Afryce, a teraz mnie samą spotyka coś podobnego. W nocy miałam sen, którego scenerią był Wielki Kryzys i Koniec Świata, a który wypełniali różni moi koledzy z pracy rozmawiający ze mną na przedziwne tematy. Ale mimo że we śnie moim panował kryzys i wszystko przyćmiewała wizja katastrofy, a więc dotyczył ten sen spraw wielkiej wagi, głównie z niego pamiętam nagły stres związany z odkryciem, ze jestem bardzo bardzo gruba: Taki moment, że nagle patrzę na swoje nogi, ręce i korpus, a one wszystkie zaczynają przypominać wielkie balony, a ja sama jestem olbrzymim stutonowym cielskiem wierzgającym rozpaczliwie i nigdzie się nie mieszczącym. I tak to męczyłam się i męczyłam, aż wreszcie o 6 zadzwonił budzik, ratując mnie ze wszystkich zmyślonych opresji. A rano przeczytałam swój horoskop na dziś: „To ważny dzień. Dzisiaj w twoim otoczeniu zajdą istotne zmiany, które wpłyną na jakość twojego życia”. Postanowiłam więc sprawdzić w senniku, co znaczy: śnić o byciu grubym i okazało się, że wieści to bogactwo, pomyślność i szczęście.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Kino Kosmos


Zaraz po zakończeniu roku szkolnego odbyliśmy wycieczkę do Szczecina, której celem było odtransportowanie tam Mateusza i jego wiernego przyjaciela, królika. Przy okazji zapoznaliśmy się z atrakcjami miasta za Odrą, do których zaliczyć należy: wieżę kościoła św. Jakuba, na którą wjeżdża się windą, pomnik powielacza na jednym z głównych skwerów, koło Bramy Portowej oraz najstarsze – podobno – kino na świecie, w którym obejrzeliśmy dziwny film francuski pt.  Czarodziejka. Może i nie budził on zachwytu i nie oglądało się go z zapartym tchem, ale za to jak znalazł pasował do tego miejsca, bo był mocno nierzeczywisty, a do tego starodawny w formie. Mimo wielu prób przypomnienia sobie, jak to kiedyś było, nie udało mi się dociec, kiedy wcześniej i na jakim filmie byłam w kinie Pionier. A prawdziwe łzy wzruszenia mnie zalały, kiedy stanęłam przed elewacją całkiem upadłego kina Kosmos, gdzie po raz pierwszy widziałam E.T. i Imperium kontratakuje. Kiedyś pod tym kinem stała kolejka chętnych, żeby uzyskać bilet uprawniający do wejścia, dziś przed nim stoją tylko jakieś baraki, siedzą ludzie i piją piwo. A mieszkańcy Miasta Pionierów utyskują, że Kosmos wpisano na listę zabytków i teraz zburzyć go nie można. Może dlatego kolejnej nocy, miałam koszmarny sen, którego treści jednak niestety nie pamiętam.