poniedziałek, 31 grudnia 2012

Sylwester

U nas w domu trwają szaleńcze przygotowania do pożegnania roku 2012. Mamy już kilkanaście paczek zimnych ogni, a do zjedzenia miskę pierników w nieokreślonych, rustykalnych kształtach. Z tej okazji Mateusz planuje również projekcję filmu 2012 (ponieważ podczas ostatniego pokazu, 21 grudnia, zasnął), królik (od trzech dni na diecie) wścieka się na wszystkich, a ja sprzątając tu i ówdzie wołam do dziecka:

- Tylko pamiętaj, żeby się wykapać i obciąć paznokcie!

- Mamo! – odpowiada Mateusz prychając.

- No co? – pytam niewinnie.

- Czy ty sądzisz, że to moja pierwsza impreza sylwestrowa w życiu?

- Ehhm – na to ja.

- Chyba wiem dobrze, że na taką imprezę trzeba jakoś wyglądać: jak myślisz?

piątek, 28 grudnia 2012

Czapka z jenota

Wybraliśmy się – Mateusz i ja – z wizytą do weterynarza, zabierając ze sobą ukochanego królika. Michał zachowywał się przykładnie. Nasz doktor Dolittle, jak zwykle zbadał go pieczołowicie, obejrzał pazurki, które trochę przyciął, zajrzał do paszczy, posłuchał bicia jego serca:
- Piękny królik! Dobrze wygląda… - powiedział wreszcie.
Mateusz popatrzył na mnie, ja na niego. Duma nas rozpierała, że takiego wspaniałego zwierzątka się dochowaliśmy. A doktor z uśmiechem i dokończył:
-  Zbyt dobrze…
I zalecił Michałowi dietę: rano sianko, w południe sianko i sianko wieczorem.
A my, nieco tym rozbici, odprowadziliśmy Michała do domu i pojechaliśmy do optyka, żeby sprawić Mateuszowi nowe okulary, bowiem posiada jedynie wybrakowane, od czasu, kiedy zgubił jedno szkło podczas wigilii w Mieszkaniu Chopina. I kiedy już zamówiliśmy nowe okulary, zainteresowaliśmy się licznymi poświątecznymi wyprzedażami. Patrzymy, a tu czapy futrzane w przystępnych cenach. Więc ja się pytam jowalnego pana z wąsami, który nimi handlował :
- A z jakiego zwierzęcia te czapki?
Wąsaty sprzedawca popatrzył na mnie uważnie i rzekł:
- Z jenota.
- Z jenota? – powiedziałam rezolutnie – to dziękuję, nie chcę czapki z prawdziwego zwierzęcia.
Wąsaty przyjrzał mi się jeszcze uważniej:
- Z jenota, za 30 złotych? – I popukał się w czoło. Eleganckie to nie było, ale – uradowana, że czapka nie jest ze zwierzęcia – szybko ją kupiłam.
A potem wracaliśmy do domu: Mateusz w czapce królika, z wąsami i uszami, a ja w czapie z niby-jenota. I chyba dobrze wyglądaliśmy, bo wszyscy na nas patrzyli.
 
 
 

czwartek, 27 grudnia 2012

Rok

Skończyły się jedne ze świąt i zima minęła. Ptaki śpiewają i latają – to tu, to tam. I koniec roku się zbliża i to jest czas na różne owocne podsumowania. Na przykład, że płytą roku zostaje Ill Manors autorstwa Plana B, że filmem roku zostaje The Best Exotic Marigold Hotel (albo jakiś inny film, nie mam co do tego pewności), a książką… może na przykład The Casual Vacancy, napisana przez znaną pisarkę dziecięcą J. K. Rowling. Sprawiliśmy sobie ją przed samymi świętami i spędziliśmy sporą część czasu na lekturze, dość szczególnej, bo albo Piotr mi czytał, albo ja czytałam Piotrowi. Bardzo to było świąteczne, chociaż sama książka nieszczególnie, ze względu na ogólną ponurość. Ta ponurość jakoś jednak pasuje do roku, który mija, gdyż był to rok trudny do zniesienia pod kilkoma względami, i wprawiający chwilami w szczerą wściekłość lub przeciwnie – ckliwą melancholię. W tym roku odbyłam ze cztery a może i pięć rozpraw rozwodowych, w dodatku bez żadnego sensownego rezultatu, odwiedzałam komendy policji i odbywałam spotkania z kuratorami sądowymi, sprawdzającymi, czy wiem, do której klasy chodzi moje dziecko. Był to rok, w którym miał się skończyć świat, ale póki co się nie skończył i nikt już – pozostając przy zdrowych zmysłach – takiego końca nie oczekuje. Świat się nie skończył, przeszła najdłuższa noc roku i dzień Narodzin Słońca. I teraz, już po tym wszystkim, pora na podjęcie kilku postanowień noworocznych oraz mniej lub bardziej dalekosiężnych planów.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

O wyższości świąt Bożego Narodzenia


1.       Barszcz z uszkami

2.       Karp pieczony z pieczarkami

3.       Galareta rybna

4.       Ryba po grecku

5.       Śledź w occie z curry

6.       Kompot z suszu

7.       Kutia

8.       Kluski z makiem

9.       Makowiec

 

Więcej zjeść się nie dało.

sobota, 22 grudnia 2012

Wigilie i karpie

Ponieważ końca świata (jak wiadomo) nie było, a Mateusz z grubsza wyzdrowiał, dni spędzamy chodząc od wigilii do wigilii. W piątek na przykład, pojechaliśmy na Krakowskie Przedmieście. Wszyscy we troje, bo Piotr chciał zobaczyć, jak wygląda taka uroczystość u znanych z hulaszczego stylu życia historyków sztuki. Okazało się jednak, że żadnych hulactw, występków, ani bezeceństw nie było. No może z jednym małym wyjątkiem. Otóż Mateusz  większość czasu bawił się z kolegą w chowanego pod ławkami w tzw. sali ćwiczeniowej. Razem harcowali, biegali po powszechnie znanym korytarzyku, zaplątywali się w wiadomą kotarę i w ogóle dokazywali ile wlezie. Pyszna to musiała być zabawa, bo do domu Mateusz wrócił bez jednego szkła w okularach.
A w sobotę postanowiliśmy kupić kawałek karpia, aby go w niedalekiej przyszłości zjeść. I poszliśmy do jednego sklepu, ale tam karp był już wykupiony. I poszliśmy do drugiego, a tam karp był dostępny. I stanęliśmy w kolejce i tak stoimy, a jedna pani się pyta ekspedientki:
- Czy to jest, proszę pani, karp królewski?
- Ja nie wiem, kochanieńka – na to rzecze ekspedientka – ja tam mu w rodowód nie zaglądałam.
I tak staliśmy się posiadaczami karpia o niewiadomym rodowodzie.

czwartek, 20 grudnia 2012

Pożegnanie

Mateusz mówi, że koniec świata nastąpi jutro, punkt o 10. Może tak być, a nawet jak nie nastąpi, albo też zostanie nieznacznie przesunięty w czasie, warto się przygotować. Albo warto nie przygotowywać się wcale. Efekt pewno będzie podobny.
Świat ten jest zły i pełen nieszczęść. Wojny się toczą i bomby wybuchają. Ludzie się rodzą biedni i biedni umierają, a inni rodzą się bogaci i umierają bogaci. Jedni jedzą przetworzone genetycznie jedzenie, a inni nie jedzą prawie wcale. Moje życie to pełzająca katastrofa. Nic mi się nie udaje, a nawet jak się udaje to nie to, co trzeba. Dziś nie udały mi się pierniczki. Więc pewnie lepiej, że jutro o tej porze nic już nie będzie.
 
 

Dialogi

Dialog 1.

Mateusz: Agnieszka Zielińska!

ja: Kto to Agnieszka Zielińska?

Mateusz: Nie mam bladego pojęcia.


Dialog 2.

Mateusz: Mamo, zakochałem się

ja: W kim?

Mateusz: A skąd mogę wiedzieć?

środa, 19 grudnia 2012

Koniec świata (2)

W którymś tam z kolei dniu bycia chorym, z rana Mateusz obejrzał Alicję w Krainie Czarów. A kiedy skończył, zaczął się kręcić i powiada:
- To co jeszcze mógłbym zobaczyć?
Więc ja mówię na to:
- Na razie nic, już obejrzałeś film, a teraz poczytaj książkę, masz tu Alicję w Krainie Czarów. Przy okazji porównaj sobie z filmem.
Po 15 minutach spędzonych na lekturze Mateusz mówi:
- Dobrze, już poczytałem. To co mogę porobić?
- A co byś chciał porobić? – pytam się.
- A mogę coś pooglądać? – z kolei Mateusz się pyta. Więc ja znowu swoje, że już pooglądał, a on dalej:
- To co mam robić?
- Pobaw się – mówię.
- Widzisz jaka ty jesteś?! – woła z pretensją w głosie – za dwa dni koniec świata, a ty mi się każesz bawić!

wtorek, 18 grudnia 2012

Leworęczność

Moje leworęczne dziecko oznajmiło mi, że powszechnie przyjęty system pisania z lewej do prawej strony jest całkiem bez sensu.

- Barack Obama jest leworęczny, wiesz? – mówię, by go pocieszyć – I jakoś daje radę.

- A Bronisław? – pyta Mateusz przytomnie.

- Z tego co wiem ten jest najzwyczajniej praworęczny.

- Cóż – rzecze Mateusz – jednak będę się musiał wyprowadzić do Stanów.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Przytulanie

Po zjedzeniu wigilijnego barszczu z uszkami („Bo przecież, jak mamy ochotę, to możemy dziś sobie zrobić taki barszcz” – oznajmił Mateusz) i wielu innych atrakcjach, którymi wypełniony jest dzień chorego, Mateusz udał się na spoczynek. Po czytaniu Klechd domowych i tradycyjnej pogawędce o tym, co się dziś zdarzyło (choć wydarzyło się nie tak znowu wiele), Mateusz zawołał:
- Mama! Piotr! Mama! Piotr! Chodźcie się poprzytulać! Czy nie wiecie, że trzeba się przytulać co najmniej 20 minut dziennie?!
Więc się przytulaliśmy, a potem sprawdziliśmy, że rzeczywiście przytulanie się jest bardzo korzystne dla zdrowia.

Dlaczego w Ameryce

„Mamo dlaczego w Ameryce mają taki zwyczaj, że wszyscy używają broni i wszyscy chcą mieć broń? I dlaczego Barack Obama im tego nie zakaże? Ja nic z tego nie rozumiem” – nie rozumie Mateusz, spoglądając mądrze znad okularów.

Karp


Dni upływają nam spokojnie, choć nieco nudnawo, jak to wtedy, kiedy się jest chorym. Chorowania mamy dzień trzeci. A takie siedzenie w domu i odpoczywanie, spanie, siedzenie jedzenie sprzyja powstawaniu refleksji o charakterze ogólnie rzecz ujmując egzystencjalnym. Siedzimy sobie w kuchni pijąc kawę i taka jest rozmowa:

Piotr: Ale chyba nie chcesz kupić żywego karpia.

ja: A kto by go zabił? Chyba ty?

Piotr: O nie, ja na pewno nie.

Wkracza Mateusz.

Mateusz: Dobrze, dobrze, ja zabiję tego karpia.

sobota, 15 grudnia 2012

Maraton filmowy


Z powodu choroby, Mateusz postanowił obejrzeć wszystkie części Gwiezdnych wojen za jednym zamachem. W trakcie części trzeciej, w której to (jak wiadomo) dochodzi do przejścia Anakina Skywalkera na ciemną stronę mocy, powiało grozą i zrobiło się mrocznie. Za oknami ciemno i coś kapie. Kaloryfery szumią złowieszczo. I tylko królik zażywa pogodnego relaksu w swobodnej pozie leżąc pod biurkiem, z kablem od laptopa w pysku.

 

Mateusz: Koniec świata za 6 dni.

ja (z niepokojem): Jak to? Mówiłeś, że nie będzie końca świata.

Mateusz (grobowym głosem): Żartowałem.
 
 

piątek, 14 grudnia 2012

Zwolnienie lekarskie

Mateusz się rozchorował. Siedzimy więc w domu i zastanawiamy się, czy byt jest a niebytu nie ma, czy może na odwrót. W sobotni poranek królik szura tu i ówdzie, a tam, gdzie nie trzeba usiłuje kopać nory.
- Uch – odzywa się Mateusz – a ja nie pójdę w poniedziałek do szkoły?
- Nie pójdziesz, przecież jesteś chory – odpowiadam.
- Ha ha – na jego twarzy maluje się szczery wyraz radości.
- Z czego się cieszysz? – pytam więc tonem dość zasadniczym.
- No chyba wiadomo, nie? Że nie pójdę do szkoły. A ty się cieszysz, że masz zwolnienie?
- Tak sobie – mówię.
- Dziwne. Masz dzięki mnie wolne i się nie potrafisz z tego cieszyć…
 
 

wtorek, 11 grudnia 2012

Koniec świata (1)


ja: Wiesz, że jutro jest 12.12.12?

Mateusz: Pewnie, że wiem. Na lekcjach o tym rozmawialiśmy.

ja: Że będzie koniec świata?

Mateusz: Coś tam o końcu świata też, ale ja w takie rzeczy nie wierzę.

ja: W co nie wierzysz?

Mateusz: Że będzie bum i huk i stanie się koniec świata.

ja: To myślisz, że nie będzie końca świata?

Mateusz: Mamo! Daj spokój, na pewno nie będzie. Nie musisz się o nic martwić.
 
 

Stypa

Śnieg pada i pada, i pada i pada. Idziemy razem, Mateusz i ja. Ja w czapce uszatce, Mateusz w przebraniu królika. Idziemy i gawędzimy o zbliżających się świętach. I nagle, wskazując w nieokreśloną dal, Mateusz mówi:
- Ech, gdzieś tam są groby naszych zmarłych świnek.
- Tak, gdzieś tam – mówię niezbyt wesoło.
- Ale wiesz, co – odzywa się Mateusz po krótkiej chwili – kiedy umrze nasz Michał, pochowamy go na prawdziwym cmentarzu dla zwierząt i przygotujemy mu bardzo piękny pogrzeb, jakiś taki uroczysty. Może nawet zrobimy potem przyjęcie? Jak się nazywa takie przyjęcie?
- Hmm – wzdycham – Michał jest jeszcze młodym królikiem i nie wygląda na takiego, co miałby się żegnać z życiem.
- Wiesz, mamo – mówi na to – z tymi sprawami, to nigdy nie wiadomo i lepiej być przygotowanym na wszystko.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Sennik


Miałam taki sen: Siedzę w oddziale jakiegoś bliżej mi nieznanego banku. Za oknami zima, słońce świeci i śnieg pada. Siedzę tam w puchatej kurtce i czapce uszatce, a przede mną tzw. doradca kredytowy w garniturze. Obok stoi fikus. I ten doradca kredytowy mówi do mnie:

- Mamy obecnie specjalną promocję.  Ponieważ, jak stwierdziliśmy, jest pani w ciąży, otrzyma pani od banku wyjątkowy upominek: 100 zł na konto.

I wtedy zadzwonił budzik.

piątek, 7 grudnia 2012

Mikołaj



Mateusz wierzy w świętego Mikołaja. Jest to wiara niezachwiana, niezmącona najmniejszą wątpliwością. Mateusz jest gorliwym wyznawcą świętego Mikołaja. Zażyczył sobie zatem, żebym  przygotowała mu do szkoły różne materiały ikonograficzne na temat tej postaci i zabrał ze sobą reprodukcje hagiograficznych ikon świętego, ale (dla równowagi) zabrał też czerwoną czapkę Mikołaja. Po pracowicie spędzonym dniu, który w szkole polegał głównie na czczeniu Mikołaja wracamy sobie spokojnie do domu i Mateusz mi opowiada, czego to nie mówił w klasie o świętym, o faktach z jego życia oraz niezwykłych cudach.

ja: Mieliście lekcję o świętym Mikołaju, tak?

Mateusz: Tak rozmawialiśmy o nim bardzo dużo i ja dużo opowiadałem.

ja: A inne dzieci też znały historie o Mikołaju?

Mateusz: No co ty, przecież oni nie mają mamy, która pracuje w Muzeum Narodowym to skąd mogą znać takie historie?

Proces


Śnieg zaczął padać, a ja – w dzień świętej Barbary – przebyłam kolejną rozprawę w sądzie, którą trudno opisać w sposób wesoły i konstruktywny. Oprócz takiej może tylko maluteńkiej rzeczy, że NN domagał się tam wyjaśnień na temat stylu życia właściwego historykom sztuki, zwłaszcza ich kobiecej odmianie. Drodzy czytelnicy mojego skromnego pamiętnika powinni bowiem wiedzieć, że kobiety tej profesji są występne i niestałe w uczuciach, latawice są z nich bez sumienia, noszące nieskromną odzież i porzucające swoje potomstwo zanim nawet przyjdzie na ten najlepszy ze światów. Ponadto interesowało NNa, czy ja prowadzam dziecko do kawiarni Kafka na ulicy Oboźnej, która to Kafka jest mrocznym siedliskiem rozpusty w najbliższym sąsiedztwie Uniwersytetu Warszawskiego. Znanym zwłaszcza z wiodącej na pokuszenie kawy i ciastek oraz bezecnych gier planszowych i książek do czytania. Nic dziwnego, że tam tylu historyków sztuki na co dzień przesiaduje.

niedziela, 2 grudnia 2012

Przysłowia


W sobotni wieczór szliśmy rozświetlonym przedświątecznie Krakowskim Przedmieściem. Mateusz w czapce królika, a my w czapkach uszatkach. Wszystko z powodu grudniowego mrozu. I koło pałacu prezydenckiego Mateusz niespodziewanie powiada:

- O, szkoda, że Piotr nie jest prezydentem, ale może kiedyś zostanie?

- No może kiedyś… zobaczymy – mówię.

- Prezydent nie ma źle – Piotr na to – zajęć nie tak wiele, odpowiedzialność prawie żadna,

- No chyba, że wybuchnie wojna – mówię ja.

Tu Mateusz jęknął głucho.

- Ale nie martw się – dodaję więc pocieszająco – póki co, nic nie wskazuje, żeby miała wybuchnąć jakaś wojna.

- No nie wiem – powiada Mateusz ponurym głosem spod króliczych uszu – różnie to może być. Nie sądź książki po okładce.

piątek, 30 listopada 2012

Wróżby

W piątek, po zuchowej zbiórce (jak zwykle z opóźnieniem) zorganizowaliśmy sobie wieczór wróżb. Efekty są takie – mówi Mateusz: „Ja mam las i koronę. Las oznacza, że będę leśnikiem, a korona – nie wiadomo co oznacza. Michał ma jaskinię – oznacza to, że zwiedzi jaskinię. Piotr ma embrion – to znaczy, że będzie miał dziecko. A ty, mamo masz niedźwiedzia – więc to oznacza, że urodzisz niedźwiedzia”.

wtorek, 27 listopada 2012

Emerytura


„Wiesz mamo, babcia i dziadek to się dopiero nieźle urządzili. Są na emeryturze, prawda? Mają pieniądze i nie muszą pracować. Poszli sobie na  taką wcześniejszą emeryturę, kiedy ich zakład pracy został rozwalony (babcia mi kiedyś pokazywała swoją starą pracę), i teraz sobie odpoczywają, a forsa płynie… Nieźle sobie poradzili, co nie? Mamo, a ty możesz pójść na wcześniejszą emeryturę?”

niedziela, 25 listopada 2012

Leśnictwo


Mateusz: Mamo, czy na Uniwersytecie Warszawskim można się uczyć leśnictwa?

ja: Obawiam się, że nie można. Będziesz musiał się wybrać na studia do Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego.

Mateusz: Acha, trochę szkoda, bo ja bym wolał na Uniwersytecie…

ja: A wiesz, że twój dziadek, no właściwie pradziadek, Stanisław, był leśnikiem?

Mateusz: No wiem wiem, i dlatego ja też chcę być leśnikiem…

ja: A widzisz, to ciekawe.

Mateusz: A wiesz, mamo? ja jestem w klasie najlepszy z przyrody i geografii, a to są przedmioty potrzebne do leśnictwa.

ja: Cieszę się, a jaki jesteś z matematyki? Jak sądzisz, jak ci idzie?

Mateusz: Trochę gorzej, ale też nieźle.

ja: A z polskiego?

Mateusz: Z polskiego to już gleba.

ja: Gleba? Jak to?!

Mateusz: No, jestem taki dobry, że nawet Karol ode mnie zadania domowe odpisuje.

ja: Aaa… już się przestraszyłam, bo myślałam, że „gleba” znaczy trochę coś innego.

Mateusz: A co?

Życie miejskie

Same kulturalne, niedrogie, albo nawet bezpłatne atrakcje. W piątek, w kinie włoskiego ośrodka kultury zobaczyliśmy Jestem Bogiem, za jedyne 10 zł od biletu. W sobotę, za całkiem darmo, odwiedziliśmy Łazienki i pochodziliśmy po pałacach. A jak szliśmy przez Agrykolę, to znaleźliśmy na ulicy 20 zł. Więc po pałacowej wycieczce zjedliśmy po godnym polecenia falafelu na ulicy Kredytowej. I kiedy tak siedzieliśmy, jedząc libańskiego falafela z hummusem, to nieoczekiwanie wygraliśmy bilety na Strajk Eistenstaina z muzyką na żywo. Po drodze z Kredytowej do Pałacu Kultury przeszliśmy przez ulicę Próżną i tam zerknęliśmy na Hitlera w bramie. No i to akurat nie było miłe.

wtorek, 20 listopada 2012

Wiara w siebie


Przed Mateusza snem czytam mu rozdział Dzieci z Bullerbyn, a potem gawędzimy.

Mateusz (z powagą): Wiesz, mamo, rozmawialiśmy dzisiaj w szkole o tym, że trzeba wierzyć w siebie.

ja: Tak? I co to takiego ta wiara w siebie?

Mateusz: No jak było na przykład wczoraj, kiedy byłem zmęczony i zabrałem się do odrabiania matematyki. I wcale mi się nie udawały obliczenia. I jakbym bardziej wierzył w siebie, to bym wiedział, że w końcu uda mi się wszystko policzyć. A trochę nie wierzyłem, że mi się uda i się przez to się zdenerwowałem.

ja: Ale w końcu udało ci się wszystko policzyć.

Mateusz (wzdychając): Bo trochę mi pomogliście. Ale teraz już będę pamiętał, żeby wierzyć w siebie i już mi będzie łatwiej.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Partie polityczne


W sobotę oglądaliśmy wiadomości i tam mówili o zmianach u steru ludowej partii.

Mateusz: Mamo, mam do ciebie pytanie – co to są partie polityczne?

ja: Synku, to takie grupy, które walczą o władzę.

Mateusz: O jaką władzę?

ja: Oni chcą rządzić w kraju i o to walczą.

Mateusz: Chcą rządzić?

ja: Tak, właśnie tak.

Mateusz: A po co?

ja:………

Sputnik


 

Weekend spędziliśmy nad wyraz pracowicie. Szczególnie Mateusz. W sobotę pływał na basenie, a potem po raz pierwszy w życiu poszedł do pracy, to znaczy na zarobkową akcję zuchową. Mimo moich wątpliwości co do pracy nieletnich oświadczył potem, że praca mu się podobała i następnym razem też się jej chętnie podejmie. A w niedzielę pojechaliśmy do Pałacu Kultury i Nauki na Sputnik dla dzieci, gdzie obejrzeliśmy film Trzej bohaterowie i szachmańska caryca wzięliśmy udział w warsztatach animacji dla dzieci, potem obejrzeliśmy jeszcze jeden film pt. Miś Puszatek, w międzyczasie podjadając to i owo, a zwłaszcza darmową watę cukrową, którą serwowano w hallu kina. Ponadto Mateusz udzielił wywiadu rosyjskiej telewizji. W tym wywiadzie wyznał, że jego ulubionym filmem jest Wilk i zając, a lekturą Konik garbusek i Rękawica. Wziął również udział w głosowaniu na najbardziej ulubiony rosyjski film dla dzieci i kiedy wrzucił swój głos do urny westchnął: „Ach! mam nadzieję, że wygramy wycieczkę do Petersburga dla trzech osób i domowego zwierzątka”. A potem udaliśmy się na Powiśle, do Grawitacji, gdzie zobaczyliśmy pokaz slajdów z Galapagos, Boliwii i Peru.
 
 
 


niedziela, 18 listopada 2012

Alergie


Udaliśmy się z wizytą do alergologa, który stwierdził, że Mateusz jest uczulony na trawy i zboża.

- A co z królikiem? – takie właśnie pytanie zadałam pani doktor.

- Cóż… - odpowiedziała bez wahania – kiedy już go nie będzie, lepiej nie brać następnego. Proszę też zapomnieć o kotach.

A po namyśle dodała:

-  Jeśli jednak młody człowiek jest miłośnikiem zwierząt – gdy królik umrze, radzę pomyśleć o psie i to krótkowłosym.

Zaraz po wyjściu z gabinetu Mateusz zaczął podskakiwać i pohukiwać;

- Uhuhu uhuhu! Będziemy mieli psa!

- Czekaj czekaj, dziecko – na to ja – póki co Michał żyje, ma się dobrze, więc nic nie zapowiada jego rychłego zgonu.

- Ale ja wcale nie chcę jego śmierci, mamo! – zaczął się tłumaczyć Mateusz – zaraz zaraz! a pies krótkowłosy to jaki?

- Na przykład dalmatyńczyk, albo jamnik.

- Hmmm…. To ja bym wolał dalmatyńczyka, czy jamnika? – zastanawiał się.

- Nie wiem, co byś wolał, może jednak poczekamy z decyzją parę lat, dobrze?

- No dobrze – westchnął ciężko Mateusz – i poszliśmy przez mgłę między blokami Bemowa. Po chwili Mateusz rzecze:
 
- Wiesz co, to ja się zdecydowałem na jamnika...

środa, 14 listopada 2012

O szczęściu

Skończyłam czytać Rehabilitację i kiedy zamknęłam książkę przypomniał mi się wieczór autorski Wiktora Osiatyńskiego, na którym byliśmy w październiku, i z którego wynieśliśmy trzy dedykacje w trzech tomach, o takiej oto treści:
Rehab: „Oli i Piotrowi serdecznie”.
Litacja: „Piotrowi i Oli z życzeniami radości”.
Rehabilitacja: „Oli i Piotrowi z życzeniami pogody ducha”.
Na tym wieczorze autorskimi wydawca ujawnił, że ostatnia z książek miała się kończyć zdaniem: „I byłem szczęśliwy”, czy jakoś tak. Zasugerował jednak autorowi jego wykreślenie i rzecz kończy się słowami: „Teraz już niczego nie żałowałem”. I autor tak zrobił. Potem, na tym wieczorze, trochę się z tego tłumaczył i teraz ja, kiedy się nad tym zastanawiam – po lekturze wszystkich trzech książek – myślę, że to szkoda. Że byłoby to bardzo piękne zakończenie opowieści o W., który w końcu Rehabilitacji, przed obrazem Botticellego przedstawiającym Świętego Augustyna, spotkał samego siebie i stał się sobą samym.

niedziela, 11 listopada 2012

Traumatyczne dni


Traumatyczne dni. W piątek obejrzeliśmy Białą wstążkę. W sobotę poszliśmy do kina na Pokłosie. A w niedzielę wybraliśmy się, ot tak, na miasto. Niemal niczego nieświadomi, jak przysłowiowe dzieci we mgle, wpadliśmy do SKMki na stacji Ursus, która to SKMka okazała się być wypełniona patriotycznie usposobionymi młodymi ludźmi huczącymi, nie wiedzieć czemu, że „Polak Węgier dwa bratanki”. Przyjemnie to w tej kolejce nie było. I nie było przyjemnie, po godzinie 15, na Placu Defilad otoczonym kordonami policji. Pochodziliśmy jednak po Warszawie, przyłączając się dwukrotnie do malutkiego marszu pod lewicowym sztandarem. A potem wróciliśmy, natykając się tu i ówdzie na grupki patriotów, a także duże zastępy blokujących się wzajemnie demonstrantów. Piotr był nawet tak uprzejmy dla nich, że kiedy jeden z patriotów zapytał: „A Marszałkowska to gdzie?”, palcem wskazał im prawidłowy kierunek. „Trzeba było ich pokierować w stronę Wisły” – powiedziałam i poszliśmy wśród wybuchających rac i odoru siarki.

czwartek, 8 listopada 2012

Wojna i patriotyzm


- Mamo, po co właściwie były te obozy koncentracyjne? – zapytał Mateusz po powrocie ze szkoły, a ja zamarłam z przerażenia, po czym podjęłam heroiczną próbę jasnego i pozbawionego przesadnych emocji opowiedzenia dziecku o istocie kacetów. Mateusz słuchał mnie uważnie, marszcząc czoło, a wreszcie zawołał:

- A! i tam były komory gazowe!

- Niestety – powiedziałam i na tym szczęśliwie wątek się urwał, a Mateusz zaczął przeszukiwać plecak w poszukiwaniu śpiewnika szkolnego, a zaraz kiedy go znalazł odśpiewał mi uroczyście pieśń:

„Nie mają lampasów, lecz szary ich strój

Nie noszą ni srebra, ni złota”… itd.

Po jakimś czasie Mateusz znów mnie zagadnął:

- Mamo, a jak działają kule? Dlaczego one zabijają ludzi?

Zaczęłam mętnie tłumaczyć, że kule są z metalu i niszczą narządy wewnętrzne, w związku z czym zabijają.

- Straszni są ludzie – orzekł Mateusz – którzy strzelają do innych ludzi lub do zwierząt. Prawda?

- Prawda – odparłam z przekonaniem.

- A wiesz – powiedział – jednak kiedyś było lepiej, na przykład w czasach bitwy po Grunwaldem walczono na miecze i to było trochę bezpieczniejsze niż takie strzelanie.

W międzyczasie w zeszycie do języka polskiego rozwiązaliśmy rebusy: „Ludzie ludziom zgotowali ten los” oraz „Nigdy więcej wojny!”. Podejrzewam, że wszystko to z okazji lekcji patriotyzmu przed dniem 11 listopada.

wtorek, 6 listopada 2012

Wybory w Ameryce


Jechaliśmy autobusem, w którym był telewizor, a w tym telewizorze widomości.

- Aaaa dziś wybory w Ameryce – zakrzyknął nagle Mateusz – ja popieram prezydenta Obamę!

A pani w berecie, która siedziała obok jakoś dziwnie się na nas patrzyła.
 

Eksperymenty medyczne


Wybraliśmy się z wizytą kontrolną do okulisty.

- Mamo, jaka kolejka! – wykrzyknął zdumiony Mateusz, kiedy przekroczyliśmy bramy specjalistycznego szpitala na Pradze.

- Widzisz, synku – mówię na to – tak to już bywa u lekarza.

- I ci wszyscy ludzie są chorzy? – zapytał wskazując na tłum kłębiący się przy rejestracji i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- No, zdrowi na pewno nie są – odrzekłam.

Potem staliśmy w kolejce do specjalisty dziecięcego, a tłum kłębił się i wykłócał. Obok jedna pani mówiła podniesionym głosem, co myśli o lekarzu przyjmującym w sąsiednim gabinecie. Dla rozrywki wdaliśmy się więc w pogawędkę z miłą lekarką, która namawiała licznie zgromadzonych na badania służące medycznym eksperymentom. Nikt na tym korytarzu się do nich nie palił („Ja tu już wystarczająco długo czekam” powiedział tęgi jegomość, a pani w trwałej ondulacji zawtórowała: „Pewnie! Dość już czekamy. Na żadne badania nie pójdziemy!”). Więc ja (aby zaprezentować dziecku prospołeczną postawę) postanowiłam się zgodzić i wkrótce udaliśmy się do gabinetu, gdzie pobrano mi krew.

- Nie zemdleje pani? – zapytała pielęgniarka.

- Boże! – zakrzyknął Mateusz – ja zaraz zemdleję! – ale nie zemdlał.

- Ja nie mogę, mamo, jak ty to wytrzymałaś? – zapytał, gdy opuściliśmy ów gabinet.

- Jakoś wytrzymałam – odparłam.

- To niesamowite… - Mateusz na to.

- Co jest takie niesamowite?

- No bo pobrali ci tyle krwi, a ty nawet nie zemdlałaś. Nie wiedziałem, że mam taką odważną mamę.

 

 

 

poniedziałek, 5 listopada 2012

Święty Mikołaj i kryzys


W listopadowy poniedziałek.

Mateusz: To chyba już czas, żeby napisać list do Świętego Mikołaja.

ja: A nie za wcześnie na to?

Mateusz: Eeee chyba lepiej, żebym napisał trochę za wcześnie, niż za późno?

ja: No tak… może i masz rację.

Mateusz pisze pracowicie:

„Drogi Mikołaju!

Proszę o smoka czterogłowego z zielonym ninja, z więzieniem i z dużym wężem, na którym jest czteroręki garmadon. Proszę o robota samuraja z 2 wężami z wyżutnią i samuraja małego.

Ja się dobrze czuję. A Ty jak? Życzem ci wspaniałej Wigili i Bożego Narodzenia.

Mateusz”

ja: Hmm, sporo będą kosztowały Mikołaja te twoje prezenty.

Mateusz: Dlatego właśnie zwracam się do niego, bo wszystkie te zabawki są warte z 500 zł. Mikołaj mi je przyniesie i ty mi nie będziesz musiała ich kupować.

ja: Aha. Ale wiesz, Mikołajowi może też nie być lekko. Słyszałeś o kryzysie?

Mateusz: Coś tam słyszałem, ale to chyba niemożliwe, żeby kryzys dotknął Świętego Mikołaja…

 

 

piątek, 2 listopada 2012

Ile by ten obraz kosztował


Siedzimy pod obrazem Jana Matejki Bitwa pod Grunwaldem. Podziwiamy kunszt artysty i wymyślną ikonografię. Wtem Mateusz pyta:

- Mamoooo, a ile by ten obraz kosztował?

- O! na pewno sporo.

- Sporo kasy? Co?

- Ale jest pewien problem, synku. Nikt go nie zamierza sprzedawać, ani kupować.

- Ja mógłbym go sprzedać, gdybym wiedział ile za niego zażądać.

- Jak to?

- Normalnie, sprzedałbym go i mielibyśmy mnóstwo forsy! Tylko nie wiem, za ile.

wtorek, 30 października 2012

Pierożki i kobiety


Jemy na obiad pierożki, to znaczy tortellini. Mateusz obficie dodaje do nich ser żółty w plastrach.

- Weź sobie, sera – mówi do mnie – z serem są lepsze.

- Dziękuję, wolę takie – odpowiadam.

- A! – woła Mateusz stukając się dłonią w czoło – zapomniałem, że kobiety takie są!

- Jakie niby? – się pytam.

- No takie właśnie. Boją się, że staną się grubasami i dlatego nie chcą jeść!

- Wiesz co – prycham – jak możesz tak mówić?

- Mogę mogę – na to Mateusz – pamiętam, jak kiedyś jedliśmy kiełbasę i ty zjadłaś jedną, a ja aż trzy.



 

poniedziałek, 29 października 2012

Europa


Idziemy ze szkoły po śniegu i zamarzniętych kałużach.

- Mamo, ja nigdy nie chciałbym mieszkać w Azji ani w Ameryce! – mówi Mateusz z powagą.

- Czemu?

- Bo tam są straszliwe tsunami i wielkie huragany. Tam jest bardzo niebezpiecznie, naprawdę.

- Aha.

- A najbezpieczniej jest mieszkać w Europie, no jeszcze może w Afryce, albo Australii, ale z nich wszystkich Europa jest najlepsza, bo Europa jest jakby po środku kuli ziemskiej.

 

niedziela, 28 października 2012

Zmiana czasu

Ho ho nagły atak zimy nastąpił i wszystkie jego konsekwencje. Pojechaliśmy do kina i obejrzeliśmy Skyfall, czyli film o Jamesie Bondzie.
- I co? – Piotr się pyta.
- Nieźle – mówię – wiesz, ja w życiu jeszcze nie widziałam żadnego filmu o Bondzie i jestem dość zaskoczona, że on taki udany, bo myślałam, że to nudy. I poszłam do kina tylko ze względu na ciebie.
- A ja też pierwszy raz w życiu widziałem Bonda w kinie – śmieje się Piotr.
- No wiesz co – ja na to – mnie się wydawało, że to dla ciebie ważne, żeby iść na Bonda, więc poszłam, a tu się okazało, że na poprzednie wcale nie chodziłeś!
Siedzimy sobie potem w kawiarni, pijemy kawę z cynamonem, kardamonem i czym tam jeszcze, a tu nagle telefon dzwoni. Patrzę, że od NNa i odbieram (myśląc, że to Mateusz, który z nim spędza weekend), a tu kobiecy głos, podający się za narzeczoną NNa, robi mi awanturę z jakiegoś bliżej dla mnie niezrozumiałego powodu. Więc ja mówię, że to chyba nie jest rozmowa za bardzo na telefon, a narzeczona NNa jeszcze trochę się awanturuje i wreszcie wyrzuca z siebie: „Jak pani nie ma co robić, to niech pani ogląda seriale!”. No i się rozłącza.
- No i wiesz – mówię urażona do Piotra – ona mi mówi, żebym oglądała seriale!
- I co? – na to Piotr.
- Przecież ja nie oglądam seriali!
- Jak to nie oglądasz – Piotr się śmieje – oglądasz Bez tajemnic. I Homeland, chciałbym ci przypomnieć, oglądasz.
A w nocy przysłowiowej zmiany czasu przyśnił mi się sen. Mieliśmy dwa króliki: Michała i jeszcze jednego, mniejszego, w kolorze białym. I nagle pojawił się trzeci królik, wielkości doga, o futrze kasztanowym, mądrym spojrzeniu i białych uszach. I zaczęliśmy się zastanawiać, czy przyjąć tego królika, czy nie, i trochę to trwało, ale wreszcie postanowiliśmy, że trzeci królik zamieszka z nami…  

czwartek, 25 października 2012

Tysiącleć


W pochmurny i ponury poranek czwartkowy idziemy z Mateuszem do szkoły. Ja mam nos spuszczony na kwintę. Idę powoli, powłócząc nogami, a Mateusz hasa wesoło dokoła. Ja rozmyślam nad sensem, a ponadto: o dwóch parach zgubionych okularów, o znalezionych zepsutych okularach, o wszystkich wczorajszych katastrofach i nieszczęściach, i jestem smutna i zła na siebie, a Mateusz znienacka pyta:
- Mamo, a wiesz, kto to był Tysiącleć?
- Jaki Tysiącleć?
- No ten, co ma u nas Plac Tysiąclecia.
- Synku, to chodzi o Tysiąclecie Polski.
- To Polska ma tysiąc lat?
- Tak.
- No to nieźle! Ha ha. A ja myślałem, że był jakiś pan, który nazywał się Tysiącleć, jak na przykład Jan Matejko, albo ktoś inny bardzo sławny.