piątek, 30 grudnia 2011

Przedostatni dzień

W przedostatni dzień roku zjadłam coś w rodzaju śniadania i wypiłam poranną kawę z Piotrem O 11 (a właściwie o 11.11) na ulicy Brackiej spotkałam się z G., zjadłam bezowy tort i wypiłam zieloną herbatę. W międzyczasie zadzwoniła do mnie jakaś kobieta, twierdząc, że prokurator okręgowy w Ącku wyznaczył mnie do realizacji pewnego zadania. Powiedziałam, że nic nie słyszę i żeby zadzwoniła jutro lub kiedykolwiek. Potem z G. chodziłyśmy tam i z powrotem odwiedzając po kolei muzeum, Pałac Kazimierzowski i BUW. Ze zdziwieniem odkryłyśmy, że w muzeum prace remontowe posunęły się w oszałamiającym stopniu (w związku z czym nigdzie nie byłam w stanie znaleźć mojego biurka i książek), że na Nowym Świecie sprzedają ryby wędzone, a w rektoracie (z powodu święta przypadającego za 2 dni) pracowano dziś tylko do godziny 12, co sprawiło, że nie mogłam otrzymać pieczątki do legitymacji potwierdzającej fakt mojego zatrudnienia w mieszkaniu Chopina. Mimo to – stwarzając pozory, że nic nie rozumiem – nakłoniłam dyżurnego bibliotekarza w BUWie do przedłużenia mi terminu przetrzymywania Pateryku bułgarskiego o kolejny miesiąc. I poszłyśmy dalej –  na Stare Miasto. Potem na Nowym Świecie zjadłyśmy pizzę, przyszedł do nas M. i wypiliśmy kolejną zieloną herbatę. Przez ten cały czas rozmawialiśmy o świątecznych strategiach, rozmaitych tarapatach, sprzyjających i niesprzyjających okolicznościach oraz o reformie systemu edukacji. Aż zrobiło się ciemno. Do domu podróżowałam z zakonnicą przyglądającą mi się troskliwie i odmawiającą (z pewnością w mojej intencji) różaniec. Być może dzięki jej modlitwom po powrocie zrobiłam niezwykle udane ciasto z białego sera i równie udaną zupę z kurczaka, ośmiornic i krewetek oraz podobnych im stworzeń. I wreszcie nastała pora, żeby zabrać się do czegoś naprawdę konstruktywnego (ale czego, wolę nie pisać). 

czwartek, 29 grudnia 2011

2012

Trudno jest mi czynić postanowienia na nadchodzący rok, ponieważ:
- nie palę i nie piję;
- jem w sam raz;
- raczej się nigdzie nie spóźniam;
- dość regularnie czytam książki;
- zasadniczo jestem uprzejma dla współpasażerów w środkach komunikacji publicznej;
- tylko sporadycznie wpadam we wściekłość, a jeżeli to jedynie w uzasadnionych przypadkach.

Jest jednak parę rzeczy, których mogłabym sobie życzyć. Otóż i one:
- ażeby klimat w naszym kraju uległ zmianie: lata, by były gorące i ze słońcem, a zimy zimne – i ze śniegiem;
- żeby nie było już więcej żadnych reform, a te, które ostatnio wprowadzono, żeby zostały zarzucone;
- żeby był pokój na całym świecie, a ludzie, żeby żyli w dostatku i szczęściu.

Dla siebie indywidualnie mam też jedno tajne życzenie i bardzo bym była rada, gdyby stało się ono ciałem właśnie w tym apokaliptycznym roku 2012.

środa, 28 grudnia 2011

Przesadna dzielność

W mojej rodzinie kobiet zawsze były przesadnie dzielne.
W kwietniu 1945 roku prababcia, wówczas na tzw. robotach w Niemczech, podczas bombardowań Berlina ani na chwilę nie zaprzestała smażenia placków ziemniaczanych, bomby leciały z nieba, fontanny błota wystrzelały w górę, a prababcia placki smażyła. Placki te były podobno bardzo udane i wszystkim (mimo huku bomb) niezmiernie smakowały.
W tym samym roku 1945, ale w maju ta sama prababcia ze swoimi 3 córkami postanowiła wrócić do Polski pociągiem wiozącym oddziały Armii Czerwonej na wschód. Podróż zresztą przebiegała (według rozpowszechnionej legendy rodzinnej) bardzo kulturalnie i przyjemnie, a moja babcia do dziś wspomina ją jako dowód na wrodzoną uprzejmość Rosjan i słuszność systemu radzieckiego.
Ileż ja się nasłuchałam w dzieciństwie o owych przygodach! Co więcej, parę razy na własne oczy widziałam namacalne dowody tej dzielności. Kiedyś, jak miałam 7 lat przysięgam, że na moich oczach babcia zjadła osę. A to było tak: podczas spaceru w parku babcia mówi do mnie: „Zjedz jabłko” – a ja patrzę i widzę, że jabłku jest osa i mówię do niej: „Babciu, ale tam jest osa!”. Babcia na to: „No co ty opowiadasz?!”. I mówiąc te słowa, wzięła ode mnie to jabłko i zjadła je razem z osą! I nic jej nie było! 
Nasłuchawszy się zatem o bohaterskich wyczynach moich prababek i babek, ujrzawszy wiele z nich na własne oczy, jak również (prawdopodobnie) kierowana otrzymanym od nich instynktem dzielności przystąpiłam dziś do naprawy telewizora przy pomocy pilnika do paznokci. Ponieważ choinka całkowicie zasłania balkonowe drzwi, nie mogłam wyjść na balkon, gdzie (być może) są jakieś bardziej przydatne do naprawy telewizorów narzędzia. W zaistniałej sytuacji (tj. z choinką) do wyboru miałam jedynie leżący w szafie młotek, więc (jak zwykle) nie zastanawiając się wiele wybrałam przyrząd do piłowania paznokci jako bezpieczniejszy dla otoczenia (a zwłaszcza dziecka i królika, którzy wesoło kicali w pobliżu). O! Santa simplicitas! Po minucie porządnie podrapałam pilnikiem stół, po kolejnej zrobiłam sobie nim dziurę w ręce. A telewizor nic. Właściwie teraz jest jeszcze bardziej zepsuty, niż był na początku. Szczerze powiedziawszy, do niczego już sie nie nadaje. 
Do tego właśnie prowadzi przesadna dzielność. Pomaga ona zwyciężać wojny i zmieniać ustroje. I to właśnie również dzięki niej będziemy żegnać rok 2011 bez  urządzenia, którego stworzycielem jest zapewne sam Szatan. 

wtorek, 27 grudnia 2011

Grudniowe mżawki

Z nieba siąpi, kapie i mży. Mży, kapie i siąpi. Na zmianę.
Karpie, galarety, barszcze i bigosy, a także makowce i pierniki prawie pozjadane.
Korzystając z nadmiaru wolnego czasu wybraliśmy się z Mateuszem do kina – na film Artur ratuje gwiazdkę.
A jak wróciliśmy, Mateusz przypomniał sobie o innym filmie na podobny temat: Elmo ratuje Boże Narodzenie (w poprzednich 3 latach w okolicach Bożego Narodzenia oglądał go po 100 razy, więc to był naprawdę wzruszający seans ze zdartej płyty).
Potem – dla poszerzenia horyzontów – oglądaliśmy obrazki z Dziadkiem Mrozem i na koniec, już w łóżku, przyodziany w piżamę w dinozaury Mateusz postanowił poczytać królikowi Baśnie rosyjskie z rzeczonym Dziadkiem w roli głównej. Królik wyglądał na oczarowanego.
Nasza choinka ani się nie sypie, ani królik nie próbuje jej podgryzać, więc ma szansę wytrzymać jeszcze parę świąt różnych wyznań i obrządków. A z nieba może wreszcie spadnie śnieg.

poniedziałek, 26 grudnia 2011

Pijacy

Zostaliśmy dziś zaproszeni do przyjaciół zamieszkujących na PRLowskim osiedlu nieopodal Wisły. Ledwo wyszliśmy z domu, zaczepił nas osobnik w wyświechtanej kurtce i brodaty. Zwrócił się on do mnie uprzejmie takimi słowami:
- Czy mogłaby mnie pani poratować złotówką?
- Obawiam się, że nie mam złotówki – powiedziałam.
- To może być 50 groszy, albo cokolwiek – odparł uspokajająco osobnik.
- Widzisz, mamo, jak to jest, kiedy ktoś spożywa zbyt dużo alkoholu... – powiedział Mateusz, kiedy już oddaliliśmy się od osobnika.
- Oj – mówię – daj spokój, Mateusz, różnie to bywa. Skąd wiesz, że ten pan spożywa zbyt dużo alkoholu? Może jest po prostu biedny, nie ma na chleb, czy coś innego do jedzenia?
- Chyba zwariowałaś, mamo. Od razu było widać, że ten pan chciał od ciebie pieniądze na piwo.
Trochę jeszcze dyskutowałam, że może osobnikowi w wyświechtanej kurtce o co innego chodziło, ale tak czy inaczej poszliśmy. 
U wejścia do dwudziestopiętrowego bloku, który stanowił cel naszej podróży, zobaczyliśmy dla odmiany człowieka w chałacie i z reklamówkami, który próbował się dostać do środka, ale jakaś na oko trzydziestoletnia kobieta nie pozwalala mu na to i groziła, że wezwie policję. Sytuacja była dynamiczna. Kobieta w płaszczu niemal pobiła się z tym w chałacie, obydwoje rzucali w siebie nieuprzejmymi epitetami, a ja postanowiłam się nie wtrącać i jakoś udało nam się wyminąć tę parę, a wreszcie wejść do bloku. Kiedy jechaliśmy windą na samą górę Mateusz popatrzył na mnie, chrząknął znacząco i zapytał:
- Czy ta pani nie chciała wpuścić tego pana dlatego, że jest biedny?
- Nie wiem, Mateusz – powiedziałam, bo winda szybko jechała i nie było czasu na filozoficzne rozprawy.
Ale temat ten nieoczekiwanie powrócił do nas w autobusie 517, którym około godziny 20 wracaliśmy do domu, a który pełen był pijanych pasażerów. Jechaliśmy nim i jechaliśmy, pijani pasażerowie się przelewali z kąta w kąt. Mateusz siedział sobie, a ja nad nim stałam. I nagle dobiegł do mnie dziecięcy głos:
- Ale pijaków w tym autobusie! Widzisz, mama, a potem będą kręcić się koło sklepu i prosić o pieniądze jakieś panie, które idą z dzieckiem…
Na szczęście większość pasażerów miała osłabiony słuch, a silnik pracował bardzo głośno i nikt w autobusie 517 nie zwrócił na nas uwagi. W taki właśnie sposób szczęśliwie powróciliśmy do domu. 

niedziela, 25 grudnia 2011

Dzień Słońca Niezwyciężonego

Trochę wesoło, a trochę smutno. Nie wiedzieć czemu, w czasie, kiedy najdłuższa noc roku już za nami, zza szafy, kanapy, albo i spod  kołdry wyglądają stare upiory, niektóre bardzo zużyte. Żeby je okiełznać, wydaje się, że trzeba nie  lada odwagi. Ale odwaga na nic się tu nie zda. Coś innego jest potrzebne: semiotyka. Może następnym razem znajdę pod choinką specjalną tablicę, na której wypisane będą nazwy różnych uczuć i dzięki temu (kiedy poznam już ich nazwy), łatwiej mi je będzie rozpoznawać:
- Co tam w twojej głowie, Olu?
- Proszę bardzo: to i to. Właściwie to może nie w głowie: w głowie są myśli, a uczucia nie wiadomo, gdzie.
Bardzo przydałaby mi się taka tablica. Ale póki co - muszę radzić sobie bez niej.


Szopka w Lasku Bielańskim. Łyse drzewa i wszędzie liście. W żłobie leżą dwa koty, jeden czarny, drugi biały i w paski. Obok pełen chuci osioł, a w sąsiedniej zagrodzie bardzo łakoma owca. Dzieci kręcą się na karuzeli i ujeżdżają żyrafę.  I trochę poniewczasie (jak to często bywa) przypomina mi się taka opowieść:
„Ja Józef szedłem i nie zszedłem. 
I podniosłem oczy na firmament, i zobaczyłem, że stanął, i [spojrzałem] w powietrze, i ujrzałem, że jest pełne zdumienia, i ptactwo niebios zakrzepło w locie.
I skierowałem oczy na ziemię, i ujrzałem misę leżącą i robotników spoczywających przy posiłku, i ręce ich były w misie. I ci, którzy gryźli [pokarm] nie gryźli go, i ci, którzy go nabierali, nie podnosili [rąk], i ci, którzy nieśli do ust, nie donieśli, ale wszyscy mieli oblicza wzniesione i patrzyli w górę.
I ujrzałem, jak pędzono owce, i stanęły owce, i podniósł pasterz rękę, aby je uderzyć, i zamarła ręka podniesiona do góry.
I zwróciłem oczy na prąd rzeki, i ujrzałem kozły, które przytknęły pyski do wody i nie piły.
I wszystko pobudzone nagle podjęło znowu swój bieg”.




26 grudnia jest poniedziałek. Wstajemy rano, zbyt rano jak na świąteczny dzień. Muzyka z radia. Taka sama jak zwykle. W Londynie strajk metra. Pijemy kawę i tak dalej. Za oknami raczej szaro. Królik urządza galop po mieszkaniu. Z pokoju jednego do pokoju drugiego, potem do kuchni, hop na łóżko i cztery fikołki w powietrzu. I kiedy patrzę na te ewolucje i te piruety przypomina mi, jak moja babcia (zawsze przy wigilijnym stole) wypowiadała zdanie: „Na Nowy Rok, na kurzą stopkę, na barani skok”. Do dziś nie mam pewności, jaką ludową mądrość kryją te słowa, ale za Wielką księgę starodawnych przysłów pod przyszłoroczną choinką uprzejmie dziękuję.

sobota, 24 grudnia 2011

Bohaterski wyczyn

Podczas świątecznej kąpieli Mateuszowi w łazience towarzyszył królik Michał. Miał on zapewnić Mateuszowi wesołe towarzystwo (bo kto lubi siedzieć w łazience sam jak palec?). Wszystko przebiegało harmonijnie przez mniej więcej 5 minut trwania kąpieli. Ale nagle z łazienki dobiegł straszliwy rumor, harmider i krzyki. Drzwi się otworzyły z hukiem i ujrzałam w nich mojego syna z mokrym jak ścierka królikiem w garści. Mateusz utrzymuje, że królik wskoczył do ubikacji i on go bohatersko stamtąd wyciągnął ratując od śmierci w topieli. Przez następne 15 minut królik Michał dochodził do siebie pod kocykiem i w objęciach drugiego ze swych najlepszych przyjaciół - hipopotama.

piątek, 23 grudnia 2011

Pierniki

Przy wyrobie świątecznych pierników Mateusz obwieszcza:
- Ale ja lubię gotować!
- To może chciałbyś zostać kucharzem? – pytam, żeby podtrzymać pogawędkę.
- Eee nie… kucharz to ciężki zawód, wolałbym być kelnerem. Albo nie, bo kelner musi ciągle chodzić i chodzić, od stolika do stolika. Chyba by mi się nie chciało. Mamo, a ty kim chciałaś zostać, jak byłaś mała?
- Chciałam być weterynarzem – mówię – a ty nie chciałbyś zostać weterynarzem?
- Hmm – Mateusz wzdycha – to ciężka praca. Lepiej zostanę kierowcą pociągu – powiada mój syn.
- Chyba maszynistą? – podpowiadam.
- Tak, maszynistą.
- A myślisz, że to lekka praca? – pytam bezlitośnie.
- No tak, maszynista tylko sobie jeździ po szynach – mówi Mateusz.
- Ale pociągi często kursują w nocy, to wcale nie jest łatwe.
- Tak tak – Mateusz kiwa głową ze zrozumieniem – w takim razie zostanę dziennym maszynistą. No dobrze – mówi po chwili – to ty sobie tutaj rób te pierniczki, a ja pójdę posłuchać Pinokia.



czwartek, 22 grudnia 2011

Szczęśliwe zakończenia

Po pracy zamiast bez ociągania jechać po choinkę, poszliśmy do kina. Na Jeden dzień, film pokazujący decydującą rolę przypadku w życiu i magię kalendarzowych dat, a ściśle rzecz ujmując daty 15 lipca. Jest to oczywiście historia o miłości, z którą nie jest łatwo ani sobie poradzić, ani dać sobie z nią spokój. Opowieść może wydawać się nieco wymyślna, ale mnie jako bohaterce wymyślnych historii wydaje się całkiem prawdopodobna. Filmowi temu brak niestety szczęśliwego zakończenia. Dla mnie samej było sporym zaskoczeniem, że mi to przeszkadza, bo do tej pory nawet lubiłam zakończenia trudne, skomplikowane i bolesne. Najwidoczniej jednak coś mi się w głowie przestawiło i teraz wolę inaczej. Tak więc bardziej podobałoby mi się, żeby film ten miał szczęśliwe zakończenie i żeby różne inne historie kończyły się w dobry sposób, lub przynajmniej dawały nadzieję na jakieś korzystne rozwiązania w przyszłości. Wolę więc, żeby bohaterki filmów, które oglądam nie ginęły pod kołami ciężarówek, a bohaterowie, żeby nie lądowali w wyniku załamania nerwowego w rynsztoku. Pokrótce podzieliłam się moimi uwagami z Piotrem, a on mówi: „Pewnie 99 procent oglądających filmy wolałoby szczęśliwe zakończenia, ale co to by były wtedy za historie?”. No i niby racja. Film się skończył. Było ciemno i zimno. Kiedy szliśmy przez muranowskie podwórka, to ze trzy samochody próbowały nas rozjechać, ale jakoś za każdym razem uskakiwaliśmy przed nimi. A wreszcie przebiliśmy się do ulicy Grzybowskiej i pojechaliśmy po choinkę.

środa, 21 grudnia 2011

Lecą żurawie

Późnym rankiem stojąc na stacji Warszawa Włochy widzieliśmy z Piotrem klucz odlatujących lub (kto to może wiedzieć?) przylatujących żurawi. Może to zresztą były nie żurawie, ale jakieś inne duże ptaki. Z pewnością jednak wróży to rychłe nadejście zimy lub zbliżanie się wiosny.


wtorek, 20 grudnia 2011

Opowieści wigilijne

Wzięłam dziś udział w dwóch wigiliach.
Z rana w muzeum. Do jedzenia zaproponowano pierniki oraz suszone owoce i orzechy. A z głośników dobiegały skoczne dźwięki kolęd. Choinki nie było.
O godzinie 17 odbyła się wigilia nr 2. Tło tego wydarzenia stanowiły ozdobione obrazami współczesnych artystów ściany mieszkania Chopina. Na podłogach pokrytych linoleum kłębiły się wesołe tłumy młodzieży i osób starszych, a ubikacja, jak to zwykle w takich przypadkach, ciągle była przez kogoś zajęta. Przemowy były krótkie i obyło się bez toastów.




Młodzież nie przygotowała okolicznościowego przedstawienia, jak to było w latach ubiegłych, ale zaprezentowała w sali wykładowej jasełkowy film, w którym Magda Gessler, znana restauratorka, występowała jako Bogurodzica. Jezus był owinięty, tak jak trzeba, w powijaki i miał smoczek. Byli tam też górale, królowie reprezentujący różne rasy, a także krowa i świnka, mały fiat i ciągnik. Jak co roku przy podobnych okazjach wspominałam z rozrzewnieniem mój rok, z którym to (z całą pewnością) nie byłoby możliwe zorganizowanie ani jasełek, ani w ogóle niczego. I myślałam: „O, my to byliśmy słabi, homo sovieticusy jedne, do niczego. Nie to co dzisiejsza młodzież”. W kuluarach, to znaczy w sali do ćwiczeń i wąskim korytarzu, w którym ledwo zmieściłoby się dwóch Chopinów ustawionych jeden obok drugiego, nad makowcami, śledziami i tortami marchewkowymi mówiono potem o pogodzie, kolegach, którzy z różnych tajemniczych przyczyn nie dotarli na wigilię (i ciekawe, co się z nimi stało), o całkiem nieoczekiwanych ministerialnych nominacjach, samochodowych wypadkach, zaskakujących werdyktach i zaleceniach lekarskich, i o świeżo publikowanych w prasie specjalistycznej dowodach naukowych na to, że w 2012 roku wreszcie skończy się ten świat.
Kiedy stamtąd wyszłam, po raz pierwszy w tym roku zobaczyłam śnieg.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Iluminacja

B. oznajmiła: Padają ostatnio jak muchy. Najpierw umarł Hanuszkiewicz, potem Havel, a wreszcie na koniec Kim Dzong Il. Porównanie z muchami w naszej szerokości geograficznej jest, myślę sobie, całkiem nietrafione, bo w obecnej porze roku dawno ich nie ma: albo już dawno wyzdychały, albo też śpią mocnym snem zimowym, nawet mimo tego że zimy wcale nie ma.
W obecnym roku kalendarzowym czeka mnie jeszcze tylko kilka dni pracy: to są właściwie jakieś resztki pracy, różne jej lepsze i gorsze strzępy. Zaplanowano wprawdzie dla mnie jeszcze kilka zebrań i walnych posiedzeń oraz publicznych rozpraw nad europejskim systemem edukacji, ale nic się temu systemowi raczej nie stanie, jeśli przezornie o nich już dzisiaj nie będę pamiętać. Bo pora się zająć sprawami ważnymi.
Czas teraz, żeby się uściskać z osobami, których się uściskiwać wcale nie ma ochoty, to znaczy, żeby wybaczać, prosić o wybaczenie itd. Czas na podejmowanie na przyszły rok postanowień, których oczywiście lepiej nie podejmować, ale których podejmowanie jest raczej nieuniknione. Czas wreszcie na kupienie przyszłorocznego kalendarza do zapisywania tego, co się zamierza robić, a do którego będzie się zapominało zaglądać. Ponieważ jednak nie chciało mi się ostatnio ani niczego długofalowo planować, ani też prosić nikogo o wybaczenie, udałam się do dużego sklepu, a właściwie nawet do trzech. Tłoczno było w tych sklepach i dość straszliwie. Ale na pocieszenie (że nie tylko ja spędzam w taki sposób czas) spotkałam tam lub tylko z oddali zobaczyłam kilka znajomych mi osób, zajmujących się tymi samymi mniej więcej co ja czynnościami. W dodatku były to osoby, o których idealistycznie myślałam, że w takich miejscach nigdy nie bywają.
Podczas wizyty w sklepie dla zwierząt, w którym zakupiłam dość zaskakujące dla mnie samej prezenty pod choinkę dla królika, doznałam jednak iluminacji, która wynagrodziła mi wszelkie trudy robienia zakupów. Stało się to, gdy wzięłam do ręki żółtą piłeczkę ze wzorem marchewkowym, którą podobno króliki uwielbiają się bawić. Wtedy właśnie spłynęła na mnie 4 fala samoświadomości:
Tak to kończy się kolejny rok (co akurat było od dawna do przewidzenia). Mam królika, a jeszcze 12 miesięcy wcześniej nie pomyślałabym o nim jako o zwierzątku, które może zamieszkać w moim domu. Trudno do końca powiedzieć, czy to z powodu tego królika, czy z jakiejś innej przyczyny jest mi teraz lepiej na świecie niż w zeszłym roku o tej porze. Parę lat temu myślałam, że w wieku 37 lat będę już całkiem stara, siwa jak gołąbek i do niczego, albo nawet, że wcale już może nie będę żyła, a tymczasem wcale się tak nie stało. Stara nie jestem, siwych włosów nie mam i wprawdzie łupie mnie czasami w krzyżu, ale do wózka inwalidzkiego to mam jeszcze bardzo daleko, podobnie jak i do śmiertelnego łoża. Życie na tym świecie bywa zaskakujące, ale oprócz katastrof robi z nami niekiedy rzeczy dobre i słuszne. Tylko nie trzeba specjalnie tego wszystkiego rozważać. Tak właśnie myśląc, poszłam do kasy i zapłaciłam 11,90 za króliczą zabawkę.

niedziela, 18 grudnia 2011

Jaki powinien być mężczyzna

Chyba z 15 lat temu i zapewne w okolicach wigilijnego wieczoru babcia pouczyła mnie:
- Pamiętaj, jeśli chcesz być szczęśliwa w życiu i jak chcesz się związać z mężczyzną, to nie jest wszystko jedno z jakim. Różni są mężczyźni, a nie wszyscy się do czegoś nadają.
Podziękowałam babci za tę mądrość, ale poprosiłam, żeby mi wyjaśniła, co ma konkretnego na myśli. I wreszcie powiedziała:
- Mężczyzna powinien być wyższy od kobiety i nie może być od niej głupszy.
I już bez żadnych dopytywań dodała:
- Lepiej jest żyć z mężczyzną wyższym, bo jak to wygląda, kiedy jest on niższy od kobiety? I nie jest dobrze żyć z mężczyzną głupszym, bo to bardzo ciężko z takim wytrzymać. Ani z nim porozmawiać, ani nic. Szybko można się takim znudzić.

piątek, 16 grudnia 2011

Miłość

- I love you: tak się mówi po angielsku – objaśnia mi Mateusz.
- Tak? – pytam, bo to rzeczywiście dla mnie bardzo interesująca informacja.
- Tak i wtedy druga osoba musi powiedzieć: I love you too.
- Acha, no dobrze – mówię i dodaję szybko: – ubieraj się, jedz kanapkę i ubieraj się – Bo ta rozmowa odbywa się o 7.20, kiedy to już dawno powinniśmy byli wyjść z domu, a tymczasem Mateusz leży w łóżku z królikiem w objęciach.
- Poczekaj, ale coś ci jeszcze powiem –  Jak zwykle nie daje  łatwo za wygraną.
- Słucham, ale szybko mów! – zaczynam przemawiać tonem rozkazującym.
- Więc to jest tak z kochaniem. Ty najbardziej mnie kochasz, potem kochasz Piotra, potem królika Michała, a na końcu swoich rodziców. Prawda?
- Dobrze, niech będzie, że właśnie tak jest – zgadzam się, bo nie chce mi się dyskutować z rana o moich uczuciach dla królika.
- A ja kocham na równi: ciebie, tatę i królika – mówi Mateusz.
- Jak to?! królika kochasz tak samo jak rodziców?
- Oczywiście. Sama mówiłaś, że jak się dorasta, to się mniej kocha rodziców, i można znaleźć sobie kogoś innego  ukochanego. A ja już postanowiłem, że ożenię się z naszym króliczkiem.
- Jak to? – pytam w lekkim osłupieniu – chcesz się ożenić z królikiem i to z samcem?
- A co to przeszkadza? – pyta rezolutnie Mateusz.
- Właściwie niby niewiele.
- Ale słuchaj jeszcze: Króliczek najbardziej kocha mnie, potem ciebie, a na końcu hipopotama. I trochę się martwię, czy nie będzie wolał ożenić się raczej z hipopotamem niż ze mną – głos Mateusz ma przy tym dość zafrasowany. Pocieszam go więc:
- Nie martw się, pewnie wybierze ciebie. Myślę, że on woli ciebie niż tego hipopotama.
- Mam nadzieję, że tak będzie – na twarz mojego dziecka powraca wyraz optymizmu. – Ożenię się z Michałem i będziemy mieć małe króliczki, a ty wreszcie będziesz babcią!

czwartek, 15 grudnia 2011

Uwolnić karpie

Dziś przed muzeum, na trawniku widziałam stokrotki. A kiedy jechałam Alejami Jerozolimskimi  wydawało mi się, że ogólnie zrobiło się jakoś zielono.
W tym wiosennym nastroju, zanim jeszcze odebrałam Mateusza, poszłam do sklepu.
- Karta? – zapytała mnie uprzejmie kasjerka.
- Nie mam – odparłam.
- No to zakładamy – stwierdziła kasjerka,
- Nie, dziękuję – powiedziałam.
- Jak to? – zdziwiła się szczerze.
- Dziękuję – powiedziałam – nie chcę karty.
- Ale to są duże oszczędności. Zaoszczędzi sobie pani – powiedziała zachęcająco, kręcąc głową nad moim brakiem gospodarności.
- Możliwe – powiedziałam – ale nie chcę, nie chcę mieć karty i nie chcę oszczędzać.
- Dlaczego nie chce pani karty? – zapytała przytomnie.
-Nie potrzebuję jej, a poza tym i tak zaraz zgubię – zaczęłam się pokrętnie tłumaczyć.
Kasjerka popatrzyła na mnie z osłupieniem:
- Poradzi sobie pani, schowa do portfela i będzie wyciągać tylko w sklepie.
- No nie, nie chcę, dziękuję.
- Proszę panią, warto trochę pooszczędzać – powiedziała wzdychając nade mną, ale wreszcie dała za wygraną.
Zaraz jednak to, co robię z moimi pieniędzmi zeszło na dalszy plan. Za mną do kasy ustawił się zaaferowany pan z równie zaaferowaną panią, którzy w koszu mieli reklamówkę pełną karpi. Żywych i wijących się w agonalnych drgawkach. Osłupiałam całkiem. Bo sądziłam naiwnie, że nikt żywych, czy raczej umierających ryb w sklepach już nie sprzedaje. A jednak tak: karpie otwierały usta rozpaczliwie i patrzyły na mnie z wyrzutem, poczas gdy żwawi państwo przekładali je z miejsca na miejsce, żeby im nie zapaprały bombek, ciastek, kaw, herbat i tego, co tam jeszcze mieli w tym wózku. Nagle zachciało mi się te karpie im zabrać i uciec gdzieś z nimi, żeby je ratować. I nie wiem, co mnie przed tym powstrzymało – chyba tylko strach przed tą surową kasjerką.
Ale idąc z tego sklepu i słuchając śpiewu ptaków pomyślałam sobie tak: „Skoro i tak mamy wiosnę, to może damy spokój tym biednym stworzeniom, przestaniemy je więzić i dusić w reklamówkach. A podjemy z tej okazji w rodzinnym gronie po kilka jajek oraz po parę cukrowych baranków?”.


środa, 14 grudnia 2011

Colosseum

Gdy byłam dziewczynką, chodziłam oczywiście (jak to dziecko urodzone na Ziemiach Odzyskanych) do przedszkola. Mieściło się ono przy ulicy Jagiellońskiej, w starej willi, niedaleko której stoi wielki ceglany budynek, na którego elewacji do dziś widnieje napis:  „Państwowy Urząd Repatriacyjny”, mimo że akcja repatriacyjna skończyła się pewno z 60 lat temu. Z tego przedszkola na ul. Jagiellońskiej prowadzali nas ciągle do kina Colosseum, mieszczącego się przy ulicy 5 Lipca. W przedszkolu chodziliśmy na Bolka i Lolka, a potem w szkole na różne dni filmu radzieckiego i temu podobne. Ale widziałam tam też filmy amerykańskie – z tego, co pamiętam przynajmniej dwa: E.T. oraz Imperium kontratakuje. Bardzo to było przyjemne kino, a w jego foyer można było sobie kupić oranżadę w woreczku w kolorze żółtym. Ale widać po 1989 roku nikt już do niego nie chciał chodzić, więc zrobili tam sklep, a teraz podobno można tam popracować nad tężyzną fizyczną – tak zresztą, jak chyba to było w dawnych czasach, kiedy w tym mieście nie było jeszcze ani jednego pioniera zza Buga.



Przeprowadzki

Kiedy przyszłam do pracy, okazało się, że z muzealnego biura zniknęło moje krzesło i nie mam gdzie siedzieć. Sporo się natrudziłam nim znalazłam jakieś inne, ale w końcu moje wysiłki zostały wynagrodzone. Siadłam więc sobie na krześle w niemal pustym pomieszczeniu, a przede mną usiadł – niczym ptak – strojny wazon, który przyniosła tu kiedyś M. Otrzymała ów wazon od swojej służącej Ukrainki, a że się jej ów wazon (przez swoją niezwykłą strojność, którą trudno mi nawet opisać słowami) nie spodobał przywiozła go do muzeum. Koledzy szybko uznali, że skoro wazon pochodzi ze wschodniej Europy, najlepiej pasuje do mnie i postawili go na moim regale. Teraz, kiedy wszystko prawie zostało już stąd wyniesione, nie mam regału, ani właściwie niczego, został mi tylko on. Jarzeniówki mrugają smętnie, ze ścian zwisają kable, a na podłodze pysznią się wielkie czarne plamy po nie-wiadomo-czym. Gdzieś zniknęło radio. Nie da się więc posłuchać relacji z wczorajszych patriotycznych pochodów, które przemieszczały się ponoć po całym mieście. A kiedy B. nalała wodę do szklanki, żeby zrobić sobie kawę, wpadła do niej garść zwłok mrówek, które przychodziły do nas tej wiosny i gdzieś się zawieruszyły w zakamarkach elektrycznego czajnika. Pod sufitem na zużytych pajęczynach dyndają za to ciała pająków w hibernacji. Wszędzie więc dookoła ruiny i zgliszcza.


Kilka jest zapowiedzianych wyprowadzek, a kilka wprowadzek. Do tego są więc zajmujące rozmowy - kto koło kogo będzie siedzieć, gdzie które biurko będzie stać, kto gdzie będzie mieć swój komputer. I dlaczego jeden ma 50 kartonów niezbędnych mu do życia rzeczy, a drugiemu wszystko się mieści w jednej kuwecie dla średniej wielkości kota.
Piotr mówi: „I wiesz, złotą rączką to ja nie jestem”. Rozmawiamy, o co ewentualnie można się kłócić. Teoretycznie można właśnie o majsterkowanie, choć zdaje się to mało prawdopodobne. Zwłaszcza, że jest jeszcze Mateusz, który – jako dziecko leworęczne – ma podobno talent i chęć do majsterkowania: póki co ani jednego, ani drugiego u niego nie dostrzegłam, ale pozostaję – jeśli o to chodzi – dobrej myśli. Nawet jednak jeśli ta cecha się u niego ostatecznie nie ujawni, postaram się nie wzniecać z tej przyczyny awantur, w szczególności, że sama też rzadko szydełkuję i robię na drutach. Dalej: można się kłócić z powodu zazdrości i z powodu różnych starych rzeczy, można się kłócić, kto i co będzie oglądał w telewizorze, kto pierwszy wstanie, kto da królikowi jeść, albo – kto go wreszcie nauczy sikać do kuwety. Ale w ogóle lepiej się tak za bardzo nie kłócić.

wtorek, 13 grudnia 2011

Nowe porządki

Dziś rano, kiedy o godzinie 7.50 znalazłam się pod stacją metra Centrum moim oczom ukazało się kilku chłopców w mundurach milicji. Stał tam czołg, a obok czołgu koksownik. Mimo wiosennej temperatury był rozpalony. Chłopcy rozdawali jakieś ulotki, ale nikt ich nie chciał brać, bo ludzie, kiedy się śpieszą do pracy chętnie biorą tylko „Metro”, żeby przy porannej kawie przeczytać obiecujący horoskop. I ja też tak zrobiłam. Kiedy już odbyłam zajęcia i dotarłam do muzeum, gdzie przyrządziłam sobie kawę z dużą porcją fusów, przeczytałam, że „uczucia odegrają dziś u raków pierwszoplanową rolę. Nie warto jednak zatracać się w nich zbytnio, bo łatwo popaść w melancholię”. „Oho, lepiej, żebym uważała” – pomyślałam. Ledwo dopiłam kawę, a pojawili się panowie z różnej wielkości pudłami i zaczęli wiercić dziury w ścianach, czyniąc wiele hałasu, a jeszcze więcej zamieszania. B. pouczyła mnie, że uczucia wcale nie muszą być pozytywne, ani przyjemne dla mnie i prawdopodobne jest, że zacytowany powyżej horoskop dotyczy moich reakcji na wiercenie, remont i bałagan. O 11 przyszli kolejni panowie, pozabierali moje książki, papiery spakowali do kartonów i wszystko wynieśli.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Wojna

Dawno dawno temu 12 grudnia obchodziłam imieniny, ale zarzuciłam ten zwyczaj i teraz imieniny mam kiedy indziej.

Dziś na Krakowskim Przedmieściu widzieliśmy z Piotrem pochód, który kroczył w stronę Nowego Światu, a potem jeszcze gdzieś dalej. Daleko daleko, zapewne aż pod mieszkanie generała, którego jednak tam nie ma, gdyż – jak donoszą media – został wywieziony do szpitala. Pochód ten był niemrawy i nieliczny, ale bardzo prawdopodobne, że z czasem będzie nabierał animuszu i, że coraz więcej tam będzie ludzi. Zwłaszcza, że ma podobno maszerować aż do jutra.

Z 13 grudnia 1981 roku wiążą się jedne z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. To znaczy pamiętam też sierpień 1980 roku i mój spacer z babcią naszą ulicą 5 Lipca, obwieszoną biało-czerwonymi flagami. Szłyśmy i babcia mówiła do mnie mniej więcej tak: „Widzisz, dziecko, nie może być, żeby robotnicy podnosili rękę na władzę ludową”. Babcia uważała i nie omieszkała mnie o tym poinformować, a ja – o dziwo to zapamiętałam – że kapitalizm jest złym systemem dla ludu pracującego i, że robotnicy powinni bardziej szanować socjalizm. Po latach zresztą babcia mogła powiedzieć z satysfakcją: „A nie mówiłam!?”.
Natomiast 13 grudnia 1981 roku uczęszczałam już do pierwszej klasy i bardzo się początkowo cieszyłam, że nie trzeba w poniedziałek iść do szkoły. Ale do naszego mieszkania zaczęli przychodzić różni goście. Siedzieli oni przy stole i rozmawiali z moimi rodzicami, a z telewizora wciąż przemawiał wiadomy generał. Goście i  rodzice cały wieczór rozprawiali o tym, że ich zakład pracy został zmilitaryzowany i zastanawiali się, jak to dalej będzie. A ja siedziałam (jeśli dobrze pamiętam) pod stołem i bawiłam się plastikowymi zwierzętami, z trudem powstrzymując łkanie, bo już widziałam mamę i tatę w mundurach żołnierskich, na wojnie, a może i nawet w czołgu. I jedno, co mnie trochę pocieszało to nadzieja, że kiedy już kiedyś wrócą zdrowo i cało z tej wojny, to przywiozą ze sobą psa Szarika.

niedziela, 11 grudnia 2011

Życie jest wspaniałe

Kiedy się zbudziłam dziś o 7 rano, zobaczyłam nad sobą królika. Zaraz potem moim zaspanym oczom ukazał się Mateusz.
- Mamo mamo, zobacz, jak ja robię! Ale patrz, mamo! – i rusza nosem jak królik. To znaczy usiłuje ruszać nosem w ten sposób, jak króliki to robią, a jest to nie lada sztuka. – Jestem królikiem, jestem królikiem!  I patrz, jak ja kicam! – Patrzę, a mój syn kica. Za Mateuszem kica królik Michał. 
- Życie jest wspaniałe! – woła Mateusz kicając w piżamie.


Otrzymałam list od NNa. Wyraża w nim swój sprzeciw wobec mojego pisania. Uważa, że pisanie to jest niewłaściwe, nieobiektywne i nieuczciwe. Twierdzi także, że przedstawia jego osobę w nie dość korzystnym świetle. Może i tak jest, ale nic na to nie poradzę, bo zapisuję, co mi na sercu leży i co dręczy moją biedną duszę. Niekiedy dla mnie samej są to przykre historie, które i mnie stawiają w świetle mało uroczym.
Oburzony jest ponadto NN, że go nie poinformowałam, że prowadzę tu sobie taki mały pamiętnik (czego istotnie nie zrobiłam, ale nie widziałam, że mam taki obowiązek). A wreszcie domaga się publikacji swojego posłania do mnie na tych łamach. Mimo jego przekonującego tonu, nie zamierzam jednak tego uczynić, bo list ten wcale mi się nie podoba, jest smutny i w ogóle nie ma w nim (moim zdaniem, rzecz jasna - ktoś inny może uważać inaczej) nic ciekawego.   
Poradziłam mu natomiast, żeby sam zaczął pisać, bo to bardzo poprawia jakość życia. Ale nie wiem, czy skorzysta z mojej rady.

piątek, 9 grudnia 2011

Nienapisana książka

Spotkałam się wczoraj na obiedzie z autorem Pornografii. Paląc papierosa za papierosem opowiedział mi o czym pisze, o czym zamierza pisać, a o czym pisać mu się nie chce. Ja natomiast opowiedziałam o tym, jak to pisać nie mogę, a nawet jak trochę mogę, dość szybko to mija i efekt jest taki, że moja niedoszła książka o relikwiach leży przykurzona wirtualnym pyłem od paru dobrych miesięcy.
Potem jeszcze, podróżując autobusem przez wystrojone świątecznie Aleje Jerozolimskie, sporo myślałam, dlaczego tak jest. W autobusie było pięciu mężczyzn z choinkami, a także jedna kobieta, która też wiozła choinkę, a także duże pudełko, poza tym była pani, która miała ze sobą wielki domek Barbie i pan z całą rodziną kucyków Pony oraz staruszka z pieskiem w siatce. Pozostali pasażerowie spoglądali na nich  wszystkich niechętnie, więc było mi przyjemnie, że ja żadnej choinki ani pieska ze sobą nie wiozę, dzięki czemu wrogość  otoczenia chwilowo mnie nie dotyczy.


Kiedy już wróciłam do domu, zajrzałam do tej nienapisanej książki i policzyłam, że mam jej 278 stron; pomyślałam, że to sporo i, że właściwie, gdybym dorobiła jeszcze kilkanaście, to już by to było wstępnie skończone. A dlaczego tego jeszcze nie zrobiłam? Bo reforma szkolnictwa wyższego, bo muzeum, bo uczenie, bo wypełnianie różnych tabelek. Bo dziecko, bo Piotr, bo królik, sprzątanie, prasowanie, gotowanie, bo trzeszczące emocje, a wreszcie narastający stres, że nienapisana książka leży i nic się w niej od dawna nie zmienia.
Dziś rano za to, kiedy jechałam do miasta, żeby zarabiać na chleb dla dziecka i paszę dla królika przeczytałam postanowienia Virginii Woolf zapisane przez nią w dzienniku 2 stycznia 1931 rok. Są one takie: „Pierwsze: nie mieć żadnych postanowień; nie wiązać się. Drugie: być wobec siebie miłą i swobodną, nie gonić na przyjęcia; siedzieć samotnie w pokoju i czytać (…). Nie dbać o zarabianie pieniędzy. (…) Przestać się irytować, zgodnie z przekonaniem, że nic nie jest irytacji warte”. Może i Virginia Woolf – jak mówi moja koleżanka z pracy – to nie jest dla mnie najlepszy wzór do naśladowania, ale jej postanowienia w kontekście  mojej nienapisanej książki sprawiają całkiem roztropne wrażenie. No może za wyjątkiem gonienia na przyjęcia, bo prawie na przyjęciach nie bywam i tego samotnego siedzenia w pokoju, bo po pierwsze nie bardzo mam taki pokój do siedzenia i czytania, a po drugie wcale nie jestem pewna, czy chciałabym go mieć. Okropnie natomiast podoba mi się pomysł, żeby być dla siebie miłą.
Rzecz w tym, że zwykle mamy ochotę robić coś, co nas naprawdę ciekawi. Mojego kolegę zajmuje pornografia, ludobójstwo i postapokalipsa. A mnie co? Jadę autobusem i niby myślę o niedoszłej książce, a tak naprawdę gapię się na ludzi z choinkami, domkami dla lalek i kucykami; a w tyle głowy mam: co z Mateuszem, co z królikiem, i w ogóle: co to dalej będzie. Przy tym  wszystkim pocieszające jest jedynie, że relikwie są bardzo wytrzymałe, raczej nie ulegają rozkładowi i niszcząca siła czasu nie ma na nie wcale wpływu.

czwartek, 8 grudnia 2011

Zatracenie

Nad Polskę nadciąga zima. Będzie wiało i padało. Śnieg będzie padał. Już właściwie zaczął, ale na razie jest pomieszany z deszczem i zmienia się raczej w kałuże niż w malownicze bałwany. Mężczyzna wpadł pod pociąg na stacji Warszawa Zachodnia, a kobieta pod tramwaj gdzieś na Pradze. Moja koleżanka z pracy mówi, że zawsze pod metro rzucają się akurat w godzinach porannych, kiedy ona jedzie do pracy. Zastanawia się, jakie są tego przyczyny. I dlaczego rzucają się akurat pod to metro, którym ona właśnie podróżuje w kierunku centrum miasta? Podejrzewa, że robią to specjalnie, żeby zdobyć sławę, albo po prostu, żeby narobić nieco zamieszania. A przecież w Warszawie zamieszania naprawdę wystarczy. Więc lepiej, żeby rzadziej się rzucali i rzadziej wpadali pod koła przypadkowo.

A jednak pewnie będą wpadać i się rzucać, bo grudzień jest miesiącem, który – z różnych powodów – temu sprzyja. Tak właśnie było z moim dziadkiem. Urodził się w Wilnie, czy też może w Grodnie, na imię mu było Kazimierz, a na nazwisko nie wiadomo jak, ponieważ zmienił je po wojnie i może lepiej dziś nie wnikać, z jakiego powodu. Był mój dziadek człowiekiem wesołym i towarzyskim, ale strasznym ladaco i pijakiem. Do tego jeszcze w jego życiu sporo namieszała historia, pomijając to, że on sam w nim porządnie namieszał. Twierdził podobno, że był żołnierzem podziemia, że w czasie wojny przebywał w Anglii, gdzie też rzekomo świetnie sobie radził w bokserskich walkach. Nawet jednak moja mama (której zawdzięczam znajomość tych faktów) nie wierzy w nie ani trochę i mówi, że jej ojciec tylko wtedy mówił prawdę, kiedy mówił dzień dobry.

Trudno powiedzieć, jak do tego doszło, ale zaraz po wojnie na Ziemiach Odzyskanych  dziadek uwiódł moją babcię, która jest osobą bardzo dobrą, skromną i stroniącą od używek. Zadałam więc kiedyś babci takie pytanie:
- A jak to się stało, że ty, taka prawa i dobra wzięłaś sobie za męża takiego nicponia jak dziadek?
- Dziecko – powiedziała babcia – co ty myślisz? Niemal wszyscy porządni chłopcy zginęli na wojnie. Ty myślisz, że było wtedy z czego wybierać? 

Tak więc nie było z czego wybierać i w ten sposób moje geny oraz geny moich potomków zostały na zawsze wzbogacone o tajemniczy człon DNA, który będzie nas usiłował gnać na zatracenie. Tak jak na zatracenie zagnał mojego dziadka, który w pewien grudniowy dzień (chyba to było 15 grudnia) 1970 roku postanowił na stałe rozstać się życiem. Ponieważ stało się to  parę lat przed moim przyjściem na świat, to znam go jedynie z fotografii. Jedna jest taka, że dziadek sobie siedzi z butelką wódki bardzo zadowolony, z jakimś jeszcze innym towarzyszem. Na drugiej dziadek spoczywa w trumnie, a dokoła niego wszyscy stoją z ponurymi minami (w tych pięknych czasach, nie wiedzieć czemu, robiono sobie takie zdjęcia). Na koniec jednak historia do dziadka się po swojemu uśmiechnęła, bo dostał miejsce na cmentarzu obok wszystkich tych, których zabito w tych dniach na ulicach miasta pionierów. I tam sobie leży dziadek wśród bohaterów, mimo że nie zabił go żaden system, ani pociąg, czy tramwaj dziejów, tylko paskudny przymus picia. 



środa, 7 grudnia 2011

Poranek

Wstaję o 6. Robię kanapki, słucham radia, usiłuję budzić Mateusza. Pierwsza pobudka, druga pobudka, trzecia pobudka. Wreszcie się udaje. Zaspany Mateusz ściska się z królikiem w łóżku, a ja nad nim stoję i upominam, żeby jadł kanapkę i się ubierał. Mateusz zaczyna się bawić. Ja mówię:
- Jedz i ubieraj się! – Szczerze powiedziawszy powtarzam to kilka razy.
- A nie wiesz, że dzieci muszą się bawić? – pyta Mateusz.
- Wiem wiem, ale się ubieraj – zrzędzę i straszę: Jak się zaraz nie ubierzesz, to pójdę sama.
Mateusz robi miny, świadczące o tym, że uważa mnie za mało sympatyczną osobę.  Potem zaczyna szykować królikowi jedzenie. Patrzę na to, patrzę i nie powstrzymuję się:
- Może ci pomogę?
- Nie potrzebuję pomocy! Świetnie sobie radzę, nie widzisz?
- Widzę.
Zabiera jedzenie dla królika, a ja sprzątam resztki, które pozostały po tej operacji. Wreszcie, poubierani w zimowe stroje wychodzimy na dwór i sobie idziemy. Pod bramą szkoły ściskamy się kilkukrotnie. Zapewniamy się o niesłabnących względem siebie uczuciach. I Mateusz idzie do szkoły, a ja – na stację. 

Idę i myślę o jego ojcu. Jest on zdania, że alimenty, które każe mu  na dziecko płacić sąd są za wysokie. Tych pieniędzy jest teraz 500 zł, a on by wolał, żeby to było 250. Różne rzeczy na ten temat  przychodzą mi do głowy od kilku dni. Przedwczoraj i wczoraj byłam bardzo zła, aż mnie krew zalewała, ale dzisiaj (kiedy dwukrotnie przespałam się z powyższym zagadnieniem) mam już trochę inaczej. Dziś raczej empatycznie rozważam jego trudną sytuację. Ojcu Mateusza jest bez wątpienia na świecie ciężko i źle, a 250 zł piechotą nie chodzi. Można za to kupić dużo rzeczy: 25 paczek papierosów, albo 10 butelek wina i 10 paczek papierosów. Co tam jeszcze?

Biegnę do pociągu. Po co właściwie biegnę? Przyjedzie zaraz następny. Ale jednak coś mnie pcha, więc biegnę. A jak dobiegam i wsiadam, to w drzwiach wita mnie kanar:
- Bileciki do kontroli.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Byt jest, a niebytu nie ma

- Mamo, niektóre dzieci mówią, że to nie Mikołaj przynosi prezenty, tylko rodzice.
- A ty jak myślisz?
- Oj, ja już sam nie wiem, jak to jest…
- Nie wiesz?
- No bo na przykład: teraz nie ma śniegu, a wczoraj nawet padał deszcz. Gdyby to Mikołaj rozwoził prezenty saniami, to jak on by się przemieszczał?
- Może ma jakieś inne sposoby?
- Ale mamo, ja widziałem w świetlicy jakieś tam prezenty. To ten Mikołaj, który przyjdzie do szkoły pewnie będzie przebrany. Jakiś pan, albo jakaś pani to będzie, a nie Mikołaj.
- To skąd się twoim zdaniem biorą prezenty?
- Gdyby to Mikołaj przynosił prezenty, w sklepach nie byłoby tyle zabawek i dorośli, by ich tak dużo nie kupowali. Niektóre dzieci w klasie mówią, że Mikołaj bierze prezenty ze sklepu, ale to też tak być nie może, bo jeśli Mikołaj istnieje, to prezenty robi w swoim warsztacie.
- Hmm.
- Mam nadzieję, że jutro rano się okaże, czy Mikołaj istnieje.
- Jak się okaże?
- Jeśli mi przyniesie prezent, to będzie oznaczało, że istnieje. Prawda?

Tonąca Arka Noego

5 grudnia. Poniedziałek.

Od rana pada deszcz, ciemno jest i wiatr wieje. Łatwo wejść w kałużę, albo zostać ochlapanym przez rozpędzonego Ikarusa.

Remont, który miał zostać przeprowadzony w naszym dziale wcale się nie rozpoczął, ale tylko niewielka część naszej załogi się tym martwi. Przedmiotem mojego narastającego zmartwienia jest natomiast pisanie, a ściśle rzecz ujmując trudności z pisaniem. Nigdy dotąd długofalowo nie miałam podobnych i zasadniczo łatwo mi szło. A teraz, czy przez zbyt niskie krzesło, czy przez niewygodne biurko, bałagan na stole,  albo jarzeniówkę mrugającą nad głową – wcale już tak dobrze nie jest. Wypiłam jedną kawę (z fusami), jedną herbatę czarną (z liśćmi) oraz jedną herbatę zieloną (z torebki). I dalej nic.

Mając więc nadzieję, że coś to zmieni,  czytam książkę (wydaną w 1948 roku w „Czytelniku” w serii „Postępowego Bibliotekarza”), spomiędzy kartek której co jakiś czas wypadają wysuszone pancerzyki owadów jedzących papier. Ale ich widok przypomina mi z kolei wiecznie zadowolone oblicze królika, który w niedzielę nadgryzł kabel do komputera, odsyłając go tym samym do lamusa przedmiotów bezużytecznych.


W międzyczasie dostałam krótki list od kogoś, kto zawsze budził we mnie ciepłe uczucia. Ale list nie jest zbyt sympatyczny, bo główna jego treść ma mniej więcej taki sens: „Nie zamierzam ukrywać i udawać że pasuje mi co robisz i że popieram Twoje decyzje czy postępowanie”. No ale czy ja potrzebuję, żeby mnie ktoś popierał? Nawet jeśli jest to osoba budząca moją sympatię? Nie mam  przecież wielkich ambicji politycznych, do sejmu startować nie będę i nie chcę już  nigdy więcej pełnić żadnej kierowniczej funkcji.
Raczej  mam zamiar czekać aż coś – to znaczy może na przykład Melancholia – pożre ten tonący stateczek. Zgodnie z nauką pewnego sławnego Duńczyka, który myślał, że jest Żydem, dopóki nie okazało się że raczej jest Niemcem:  „Gdyby Bóg istniał – chociaż w niego nie wierzę – prawdopodobnie miałby taki sam problem: stworzył ludzi, ale oni mu się wymknęli i robią swoje. W ogóle idea stworzenia jest ryzykowna. Bo jeśli Bóg wymyślił świat, to widzi teraz, że z pięknego pomysłu pozostał tylko straszliwy bałagan. Powinna pojawić się Melancholia, która wszystko zniszczy i da szansę na nowy początek. To moja sugestia”. Do takiego oczekiwania nie trzeba żadnego poparcia, ani pochwały. Nawet mogłyby one nieco przeszkadzać w snuciu katastroficznych scenariuszy.

Moi koledzy rozmawiają o tym, że, jak ktoś umrze, to książki, które po nim zostały trzeba wyrzucać na śmietnik, bo nikt ich nie chce. Może więc to moje pisanie wcale nie jest potrzebne. I może wcale nie powinnam walczyć z niechęcią do niego.

sobota, 3 grudnia 2011

Bóg i konsumpcja

Cały czas się zastanawiam, czy Mateusz wierzy w to, że Mikołaj przynosi prezenty. Czy też myśli sobie: „Mama sądzi, że wierzę w Mikołaja, więc nie będę jej robić przykrości”, albo jeszcze lepiej: „Mama wierzy, że Mikołaj przynosi prezenty, więc byłoby jej smutno, gdybym powiedział jej, że to nie jest prawda”.
Niewykluczone jednak, że Mateusz nie ma wątpliwości. I że w ogóle istniejące dzisiaj możliwości konsumpcyjne długo utrzymują w dzieciach przekonanie o realności istnienia i działalności Mikołaja, a także wszechmocności całej sfery niewidzialnej: Boga oraz wszystkich świętych i aniołów zaludniających firmamenty niebieskie.
Kiedy byłam dziewczynką (taką dziewczynką z kitkami) to bardzo lubiłam święta. Mieszkałam wtedy z babcią i z rodzicami w starej (w mieście pionierów to się nazywało – „poniemieckiej”) kamienicy na rogu ulicy 5-ego Lipca i Strzeleckiej, na samej górze. Nad nami był tylko strych. Może to nie było ładne i wygodne mieszkanie, ale wiążą się z nim moje najprzyjemniejsze wspomnienia z dzieciństwa, choć akurat to jest dosyć mroczne. Otóż w roku (zapewne) 1981 spędzaliśmy wieczór wigilijny w czwórkę: babcia, mama, tata i ja. Miałam wtedy 7 lat, czyli tyle, co dzisiaj Mateusz. A rok 1981 był bardzo szczególny, ponieważ całą zimę w mieście pionierów leżał śnieg.
Zwykle przy podobnych okazjach w domu było dwa razy tyle osób, ale tej zimy akurat tak się zdarzyło, że byliśmy tylko we czwórkę. Trochę to było smutne, ale nic nie zapowiadało  katastrofy: była choinka i stół, jak trzeba. Potrawy może były trochę dziwaczne, ale taka już tam była tradycja. 




Prezenty u nas w domu pojawiały się bez zbędnych ceregieli, to znaczy szybko, żeby dzieci się nie męczyły. Wystarczyło zjeść łyżkę barszczu i już można było wyjść na korytarz, żeby na niebie wyszukać gwiazdkę. W dodatku, czy ta gwiazdka się zaświeciła, czy też nie, prezenty zawsze pojawiały się bardzo szybko. I tego roku też tak było. Wyglądałam przez okno, przez które niewiele było widać, ale nie zdążyłam się ani trochę zniechęcić, bo już mnie wołali, że coś tam jest pod choinką.
Pobiegłam więc z podskokach i z wypiekami na twarzy przeszukiwać, co dla mnie pod tą choinką leży. A tam – jak pamiętam – dwa prezenty z karteczkami, na których ktoś pięknie wykaligrafował imię: Ola i jeszcze narysował choinkę. Wszystko jak należy. 
Bez zbędnego ociągania się zaglądam do jednej paczuszki, a tam pół kilo pestek z dyni. Zaglądam do drugiej, a tam 3 pary majtek. Prawdziwa katastrofa!  „Czemu czemu Niebo zsyła mi paczkę pestek z dyni i 3 pary majtek?!”. „O tym aniołku, Mikołaju i Gwiazdorze to wszystko muszą być bajdy!”. „Wszyscy oni na pewno nie istnieją, i nie istnieje też na pewno Bóg!”. 

czwartek, 1 grudnia 2011

Przepowiednia Darii

Siedzę na ławce koło szatni szkolnej i czekam, że Mateusz się ubierze. A to długo trwa, bo Mateusz bawi się i gada z koleżanką. Koleżanka ma na imię Daria. Jest bardzo wesołą i miłą dziewczynką, ma blond kucyki i okulary na nosie, które dodają jej w moich oczach autorytetu.
Mateusz do Darii: A ty masz w domu zwierzątko?
Daria: Nieee mam, ale mam dwóch młodszych braci – i się śmieje.
- A ty, Mati, masz rodzeństwo? – pyta.
Na to Mateusz, że nie ma.
I wtedy Daria wystawia głowę z szatni, lustruje mnie wzrokiem i bardzo poważnym tonem oraz z wyraźną znajomością rzeczy mówi do Mateusza:
- Eeee, nie martw się, możesz mieć jeszcze rodzeństwo.

Dwa

Mam dwa życia.
W jednym wszystko przewiduję i próbuję zaplanować, a w drugim zapominam, żeby zapłacić rachunek za światło, albo co gorsza za obiady dziecka w szkole.
W jednym nastawiam budzik na szóstą rano, a w drugim nie kładę się spać przed pierwszą w nocy.
W pierwszym więc, jak przychodzę do pracy, to piję kawę z dużą porcją fusów. A w drugim nic mi to nie pomaga i mimo notorycznego przedawkowania kofeiny stale chce mi się spać.
W pierwszym życiu w nic nie wierzę, a w drugim wszystko wydaje mi się prawdopodobne i posiadające swój sens. W jednym się boję, a w tym drugim – nie. W jednym jestem stara, a za to w drugim – młoda. W jednym ciągle coś naprawiam – w drugim raczej wszystko psuję. W jednym jest mi żal, że  tyle rzeczy zepsułam, a w drugim myślę, że i tak by się w końcu samo przewróciło i połamało.
Jedno moje życie jest wesołe, a drugie – smutne.
I tak w koło.