sobota, 2 czerwca 2012

Ko ko


Idziemy sobie z Mateuszem przez osiedle robotnicze. Nagle słyszę:

- Ko ko euro spoko piłka leci hen wysoko. Wszyscy razem zaśpiewajmy naszym doping dajmy!

To śpiewa wesoło mój syn, Mateusz, uczeń szkoły powszechnej.

- Boże – mówię.

- Co? – odzywa się na to Mateusz.

- Hmm. Skąd to znasz? To znaczy tę piosenkę skąd znasz?

- Jak to skąd? Ze szkoły! – odpowiada.

- Ze szkoły? – pytam w panice.

- A tak! Śpiewamy to sobie!

- Jak to śpiewacie? W klasie? – może jestem nieco oderwana od rzeczywistości, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć.

- Tak, śpiewamy chórem: Ko ko euro spoko piłka leci hen wysoko. Wszyscy razem zaśpiewajmy naszym doping dajmy! – i śpiewa sobie dalej.

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień dziecka

Idziemy do domu, ze szkoły:
- Kiedy złożysz mi życzenia? – pyta Mateusz.
- Jak przyjdziemy do domu, kiedy dostaniesz prezent – mówię.
- Dobrze, niech będzie – zgadza się uprzejmie – A wiesz, że musisz mi kupować prezenty przez następne 10 lat.
- Przez 10? – pytam – Dlaczego przez 10?
- Bo na dzień dziecka należą się prezenty do 18 roku życia – wyjaśnia spokojnie.
- Do 18 roku jest się dzieckiem?
- Oczywiście, potem rodzice zresztą też mogą kupować prezenty, ale już z innych okazji.

środa, 30 maja 2012

Gdybym była


W kalendarzu najpierw jest dzień matki, a potem zaraz dzień dziecka. Całkiem to jest logiczne i na miejscu, bo bez matki nie ma dziecka, a bez dziecka nie ma matki. Przeczytałam ostatnio sporo tekstów o byciu matką i jej relacjach z dzieckiem, a wszystko to na tle kwestii kobiecej. Przeczytałam co Magdalena Środa napisała w „Gazecie Wyborczej” przy okazji 26 maja: Dzień matki to dobry pretekst, żeby coś wykrzyczeć i przeczytałam wywiad z Agnieszką Graff w „Kulturze liberalnej” pt. W Polsce jest się kurą, albo jest się suką. Szczerze mówiąc przeczytałam też wiele innych rzeczy, ale te najbardziej utkwiły w mojej pamięci. Kupiłam sobie ponadto książkę Joanny Woźniczko-Czeczott Macierzyństwo non-fiction, ale z braku czasu jej jeszcze nawet nie przejrzałam. Żeby było lepiej odbyłam krocie rozmów, o byciu matką z innymi matkami i nie tylko matkami, to znaczy z kobietami i mężczyznami także. W ogóle, ponieważ mam dość refleksyjną naturę, to zawsze zastanawiałam się nad moją tożsamością matki i nad moją relacją z dzieckiem. Nawet jak ono było oseskiem, czy tam niemowlakiem to się nad tym zastanawiałam. Więc tym bardziej teraz, gdy czas płynie, a mój Mateusz zyskuje kolejne centymetry wzrostu i kolejne stałe zęby - sprawa tej tożsamości i relacji staje się coraz bardziej nabrzmiała, i coraz bardziej też to jest sprawa jego tożsamości i jego relacji z matką, czyli ze mną. Nie jest to tylko kwestia dorastania, ale i tego, że żyjąc od roku w tzw. rozbitej rodzinie musieliśmy zmienić w sobie pewne rzeczy i do nich dorosnąć.
NN wielokrotnie dawał mi w tym czasie do zrozumienia, że ja jestem matką złą i, że się na matkę nie nadaję, a kiedy raz poszłam do jakiegoś psychologa (w sumie z całkiem innej okazji) i o tym opowiedziałam, a nawet się chyba poskarżyłam na to, usłyszałam pytanie: A pani, jak o sobie myśli? A ja wtedy powiedziałam: Myślę, że nie ma racji. Myślę, że jestem dobrą matką. Ale być dobrą matką może dla mnie oznacza, co innego niż dla NNa. Na przykład: niesienie proszku ze sklepu. NN napisał do mnie ostatnio w tej sprawie, w tonie rozkazująco-zakazującym: Mateusz ma nie nosić proszku do prania, rozumiem też, że ma nie nosić zakupów itd., bo mam je sobie nosić sama. Dalej są różne inne rzeczy, które mam robić, tak a nie inaczej, aż po sprawy największej wagi: NN chciał się przeprowadzić do Poznania i zabrać tam Mateusza, uznał więc, że ja też powinnam tak zrobić. Gdybym była dobrą matką – uważa NN – to bym się przeprowadziła, a skoro nie chcę tego zrobić, to widocznie jestem matką złą. Gdybym była dobrą matką, to nie miałabym czasu na pisanie tego tutaj pamiętniczka. Gdybym była…

poniedziałek, 28 maja 2012

Wypracowanie

Z okazji wiadomego święta Mateusz napisał o mnie wypracowanie takiej oto treści:


„Moja mama ma na imię Ola. Ma 38 lat, pracuje w Muzeum Narodowym i na Uniwersytecie. Zajmuje się gotowaniem. Ma brązowe włosy, ma wzrost 163 cm, ma oczy koloru zielonego, ubiera się na kolorowo. Dużo sprząta, gotuje i dużo radzi. Za to ją lubię, że mi kupiła królika. Cenię ją za przytulanie i całowanie”.


Na moje oko mam parę centymetrów więcej, ale reszta pasuje jak ulał.

niedziela, 27 maja 2012

Matka królika (2)


Sobotę i niedzielę Mateusz spędził u NNa. P. poszedł do pracy (swoją drogą – co za pomysł, żeby pracować w sobotę?), a ja zostałam z głębokim postanowieniem sprzątania, za jedyne towarzystwo mając pląsającego wokół mnie i bardzo zalotnego królika. Taki to miałam dzień matki. Sprzątałam i sprzątałam, królik kręcił się koło mnie jak fryga, a po mojej biednej głowie snuły się myśli mniej lub bardziej ponure na temat roli kobiet na tym świecie. Do czego są one potrzebne sobie samym, mężczyznom oraz swoim ewentualnym dzieciom. Jak się stają matkami, jak dzieci są ich częścią, a potem odchodzą i znikają za zakrętem itd. A przy okazji, krótko rzecz ujmując, było mi przykro, że Mateusz do mnie nie dzwoni z okazji tego dnia. Rozumiejąc, że pewnie zapomniał, a może nie ma jak, a w końcu tracąc nadzieję, że się odezwie. Aż w końcu około godziny 21, gdy z P. szliśmy koło pięknego kościoła Sakramentek…
- Dryń dryń – zadzwonił telefon.
- Słucham – powiedziałam.
- Cześć mamo – powiedział Mateusz – na dzień matki chciałbym ci pożyczyć dużo szczęścia i, żebyś dostała dużo prezentów, i żebyś miała wielu dobrych uczniów.
- Dziękuję ci – powiedziałam szczerze wzruszona – Dużo prezentów chyba muszę z tej okazji dostać od ciebie?
- Tak, dostaniesz je ode mnie – odparł mój syn.

sobota, 26 maja 2012

Odra, port, dźwigozaurów rząd

Trafiłam wczoraj na koncert Hey. Nie było to całkiem przypadkowe, ale coś tam z przypadku w sobie miało. Bo najpierw parę dobrych godzin chodziłam po mieście tu i tam, z T. i jej różowym rowerem. Odwiedziłyśmy Powiśle, gdzie wcześniej jakoś nigdy chyba nie byłam i Tel-Aviv, gdzie byłam raz, Pocztę Główną, gdzie byłam ze sto razy itd. A w końcu dotarłyśmy na Agrykolę. Przed kłębiącym się i częściowo trzeźwym tłumem studentów i nie-studentów występował tam jakiś zespół. Być może był to Happysad, a być może nie. Wreszcie godzinę przed północą wystąpił Hey, i bardzo to było urodziwe i poruszające i fajne, choć nie do końca rozumiałam, czemu tłum reagował dzikim entuzjazmem w pewnych miejscach, a w innych nie. Ale nie o tym myślałam potem, tylko raczej o tym, czemu Kasia Nosowska tak uporczywie wspomina  Szczecin i, że to co zupełnie innego być ze Szczecina, niż z Warszawy. Pewnie chodzi o tę odległość, przez którą ten Szczecin jest jakiś oderwany od reszty. Z centrum Polski jedzie się długo i najpierw są miasta, wsie, ludzkie siedliska, a potem to już tylko lasy i puszcze, a potem dopiero Szczecin. A za Szczecinem kiedyś była granica, której raczej się nie przekraczało. I jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to był prawdziwy koniec świata, z którego tak naprawdę można było pojechać tylko w jedną stronę. I jak już się pojechało, to trudno było wrócić. I może chodzi o to, że będąc tak daleko na zachodzie, jest też równocześnie na wschodzie, albo nie wiadomo gdzie. Więc ze Szczecina to jest jakby z końca świata, który jest nigdzie. I jak to jest być kimś z końca świata, który nie wiadomo, w której jego stronie jest położony. No jak?

piątek, 25 maja 2012

Niespodzianka


ja: Masz tu 21 zł na kino.
Mateusz: Dziękuję, poproszę jeszcze 3 zł i 20 gr na obrazek
ja: Jaki obrazek?
Mateusz: Na dzień matki…. Ojej, wygadałem się..., a to miała być niespodzianka!
ja: Dobrze, nic nie słyszałam, masz tu 3 zł i 20 gr.
Mateusz: Uff. To będziesz jednak miała niespodziankę.