środa, 9 stycznia 2013

Babuleńka

Zima wróciła, a ja siedzę wieczorami pod lampką i – jak stara babuleńka z rosyjskich baśni przy pykającym samowarze – łatam spodnie Mateusza. Bo Mateusz, obok innych talentów, ma jeszcze taką umiejętność, że raz dwa mu się przecierają spodnie – zawsze na lewym kolanie. I mam tych spodni do załatania jeszcze pięć par. Ale dzisiaj (pod nieobecność Mateusza, który poszedł odwiedzić NNa) postanowiłam spędzić czas inaczej.
- To może pójdziemy do kina? – zaproponowałam Piotrowi, a on na to:
- To może na Amour? Chyba że uważasz, że to film dla ciebie zbyt ponury.
Trochę tak uważałam, ale postanowiłam się przemóc i poszliśmy, do ulubionego kina Muranów. Na sali widać było paru starców, ale i parę osób w wieku średnim i młodym oraz odsetek pijaków w wieku nieokreślonym. Film – bardzo ładnie i plastycznie nakręcony, a nawet, można rzec, że estetycznie wyrafinowany – okazał się rzeczywiście dość ponury i skłaniający do niewesołych przemyśleń na temat małżeństwa oraz śmierci. U mnie są one z grubsza takie, że gdyby się zdarzyło za 40 albo i 50 lat, że nie byłabym wcale wesołą babuleńką łatającą dziecięcą odzież przy samowarze, ale przeciwnie, przez głupie zrządzenie losu stałabym się babuleńką – rośliną, to uprzejmie proszę o zaduszenie mnie poduszką, lub pozbycie się jakąś inną równie powszechnie dostępną metodą. A dla zaduszającego, Wysoki Sądzie, proszę o odpust zupełny.
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz