Zima wróciła, a ja siedzę wieczorami pod lampką i – jak stara
babuleńka z rosyjskich baśni przy pykającym samowarze – łatam spodnie Mateusza.
Bo Mateusz, obok innych talentów, ma jeszcze taką umiejętność, że raz dwa mu
się przecierają spodnie – zawsze na lewym kolanie. I mam tych spodni do
załatania jeszcze pięć par. Ale dzisiaj (pod nieobecność Mateusza, który
poszedł odwiedzić NNa) postanowiłam spędzić czas inaczej.
- To może pójdziemy do kina? – zaproponowałam Piotrowi, a on
na to:
- To może na Amour?
Chyba że uważasz, że to film dla ciebie zbyt ponury.
Trochę tak uważałam, ale postanowiłam się przemóc i
poszliśmy, do ulubionego kina Muranów. Na sali widać było paru starców, ale i
parę osób w wieku średnim i młodym oraz odsetek pijaków w wieku nieokreślonym.
Film – bardzo ładnie i plastycznie nakręcony, a nawet, można rzec, że estetycznie
wyrafinowany – okazał się rzeczywiście dość ponury i skłaniający do niewesołych
przemyśleń na temat małżeństwa oraz śmierci. U mnie są one z grubsza takie, że
gdyby się zdarzyło za 40 albo i 50 lat, że nie byłabym wcale wesołą
babuleńką łatającą dziecięcą odzież przy samowarze, ale przeciwnie, przez głupie
zrządzenie losu stałabym się babuleńką – rośliną, to uprzejmie proszę o
zaduszenie mnie poduszką, lub pozbycie się jakąś inną równie powszechnie dostępną
metodą. A dla zaduszającego, Wysoki Sądzie, proszę o odpust zupełny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz