środa, 13 lutego 2013

Rozwód, czyli ostatki


Tydzień doniosłych wiadomości. A są one takie: po pierwsze – dostałam pieniądze na książkę o relikwiach; po drugie – Benedykt XVI zapowiedział abdykację ze swego dostojnego stolca; po trzecie – rozwiodłam się z NNem. Pieniądze mnie uradowały, odejście papieża nie zmartwiło, a nawet wiele nie obeszło, za to kolejny proces w sądzie, to było wydarzenie! to były emocje! Niemal z tego wszystkiego dostałam zawału serca, ale jednak (o dziwo) mój organizm okazał się nadzwyczaj wytrzymały i zdrowy, i jakoś to wszystko przetrzymał, a ja razem z nim.
We wtorkowy piękny poranek, o godzinie 10.45 stanęliśmy w sądzie przed sobą z NNem twarzą w twarz i się zaczęło, kto komu jaką krzywdę zrobił i czyja krzywda była większa. NN żalił się, że w trakcie trwania naszego małżeństwa chodziłam z byłym chłopakiem na kawę. Żalił się na Piotra, że za wysoki (a ciekawe, że podawał dokładnie jego wzrost 194 cm) i za ciężki (i wagę podawał, ale zbyt dużą, bo Piotr waży nieco mniej niż 100 kg). Wspominał o króliku (jako rzekomo jedynej istocie u nas w domu, którą kocha Mateusz). Ale też twierdził, co mnie mile zaskoczyło, że nasze pożycie było bardzo udane: nie wiadomo więc, skąd to całe rozstanie i związane z nim zamieszanie. Na zwyczajową wspólną porozwodową kawę oraz ostatkowe ciastko z kremem się nie udaliśmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz