wtorek, 31 stycznia 2012

Zwykły dzień

Dzisiejszy dzień, po wczorajszym (koszmarnym) był nadzwyczaj zwykły.
Pod muzeum postawili koksownik. A w moim dziale tymczasem zakończył się remont, przynajmniej z grubsza. Już nie siedzę więc pod tabliczką „Wyjście ewakuacyjne”, ale pod rzędem świetlówek, a biurko moje jest tak ustawione, że jak zadrę głowę do góry, to mogę zobaczyć kawał błękitnego nieba. Jak się trochę wychylić można też popatrzeć na Most Poniatowskiego, ale ja się staram nie wychylać. Tyle tylko, że nie zważając na mróz, poszłam do BUWu, gdzie stwierdziłam zaskakującą (jak na czas sesji) nieobecność studentów. „Są pewnie chorzy” pomyślałam ze współczuciem. A potem musiałam (po raz pierwszy w życiu) zapłacić 50 groszy kary za przetrzymanie książek.
Obiecałam Mateuszowi, że odbiorę go wcześniej, zaraz po balu karnawałowym. Ale kiedy weszłam do szkoły, bal jeszcze trwał. Skakano tam i tańczono przy rytmach przypominających legendarną Lambadę. Wszyscy wyglądali na niezmiernie zadowolonych, nawet czwórka wodzirejów (ci to dopiero mają robotę!). Wśród dziewczynek przeważały stroje księżniczek, wśród chłopców – rycerzy, żołnierzy i katów. Strój pirata, w który był odziany Mateusz wyglądał na tym tle dość niewinnie.
- Mamo, wiesz, w następnym roku chcę się przebrać za Lorda Vadera – powiedział kategorycznym tonem, kiedy wyszliśmy ze szkoły – ale koniecznie muszę mieć czarną maskę i płaszcz, i taki czerwony świecący miecz. Da się to zrobić? – zapytał.
- Pewnie tak – westchnęłam bez entuzjazmu – a nie wolałbyś być przebrany za rycerza Jedi? – Zasugerowałam, zwracając mu łagodnie uwagę, że rycerze Jedi są dobrzy i walczą o sprawiedliwość oraz republikę, czego nie da się powiedzieć o Darthu Vaderze.
- E nie, mamo, już wolę być tym Lordem – zawołał kopiąc z rozmachem grudy lodu walające się po chodnikach.
- Mamo, a czy ty wiesz, że ludzie dzielą się na cztery kategorie? – zagaił podnosząc się z ziemi po dość gwałtownej wywrotce na pięciocentymetrowym skrawku starego śniegu.
- Tak? A na jakie kategorie? – zapytałam z lekką trwogą.
- Więc tak. Pierwsza kategoria: to są dzieci. Druga kategoria: rodzice. Trzecia: dziadkowie. I czwarta kategoria: pradziadkowie. Tak to już jest.
- W szkole pani ci to powiedziała, czy sam wymyśliłeś? – zapytałam dość podejrzliwie.
- Ech, pewnie, że sam – odparł, wywijając piruet na lodzie – a co to dla mnie, coś takiego wykombinować? Łatwizna!
Przyszliśmy do domu, Mateusz, zapominając na chwilę o postawie twardziela wyściskał królika. Potem przybył jego ojciec, a zabierając oprócz dziecka, kilka starych numerów czasopisma o budowaniu i urządzaniu domu dał mi do zrozumienia, że teraz tym się interesuje, a nie polityką. Wreszcie poszli, a ja ugotowałam (również po raz pierwszy w życiu) zupę szpinakową, zastanawiając się mało odkrywczo nad tym, że życie bywa przewrotne.

Rezenzja

Mój skromny pamiętniczek doczekał się recenzji, na razie krótkiej i niezbyt sprawnie napisanej, ale od czegoś trzeba zacząć. Oto ona: „Na blogu powódka opisuje relacje z dzieckiem, partnerem jak również relacje z powodem. Pisze na nim, że miała zawsze skłonności do konfabulacji, jak również o tym, że nie może odzyskać równowagi emocjonalnej”.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Proces




Mam nadzieję, że gorszy dzień w życiu już mi się nie zdarzy. Na rozprawę czekaliśmy ze dwie godziny. Nie do końca jest tak, jak piszą w poradnikach o sądach. W korytarzach osobie o przeciętnej inteligencji nie jest łatwo się pogubić, ale warto za to z takiej okazji ubrać się ciepło, bo raczej oszczędzają na ogrzewaniu. Te dwie godziny w zimnie i przedwieczornym  półmroku na sądowym korytarzu minęły na kłótniach, wypominaniu sobie różności, niepotrzebnym puszczaniu nerwów i tak dalej. Ważnym zagadnieniem okazało się istnienie tego tutaj pamiętniczka, o którym NN myśli, że mu uwłacza i go obraża, a także parę innych rzeczy, o których nie chce mi się już nawet myśleć. Co się działo na sali rozpraw jest być może tajemnicą, więc daruję sobie szczegółowy opis przebiegu zdarzeń. Ale nie mogę się powstrzymać przed zapisaniem tego, że NN wystąpił w trakcie rozprawy o przyznanie mu opieki nad dzieckiem, a jako dowód w tej sprawie zaproponował zdjęcia świadczące, że słaba ze mnie opiekunka dla dziecka – miały być to fotografie brudnego kombinezonu i przetartych na kolanie spodenek Mateusza oraz źle odrobionego przez niego zadania. W końcu jednak ich nie pokazał, ale nie mam pojęcia dlaczego. 

Labirynt


Minus 20 stopni, albo może nawet więcej. Słońce i niebieskie niebo. W poradnikach piszą, że korytarze sądowe są długie i kręte, i że trzeba mieć się na baczności, żeby się w nich nie zagubić. Mam chyba – co mi się niesłychanie rzadko przytrafia – atak adrenaliny na mózg. Obudziłam się nieco zbyt wcześnie i nie miałam żadnej chęci, żeby obrócić się na drugi bok i spać dalej. Podjęłam błyskawiczną interwencję w bójce Mateusza z królikiem. Wypiłam dwie kawy. I czuję teraz, że włosy na głowie stoją mi dęba. Mam podwyższoną tolerancję na zimno oraz na kofeinę. 


Łatwo to dziś na pewno nie będzie, ani przyjemnie, ani miło. G. powiedziała mi parę tygodni temu, żebym nie bała się rozprawy rozwodowej, bo mam praktykę w występach publicznych i z pewnością sobie poradzę. Teraz przychodzi mi jednak do głowy, że z całą pewnością rozwód jest gorszy niż obrona doktoratu, a w dodatku przy tej okazji nie ma co liczyć na to, że się od kogoś dostanie kwiatki.

sobota, 28 stycznia 2012

Telewizor

Może ze dwa tygodnie temu Piotr i ja wynieśliśmy stary i zepsuty telewizor (ten sam, który swego czasu usiłowałam naprawić przy pomocy pilnika do paznokci) do garażu podziemnego. To znaczy Piotr wyniósł telewizor, a ja wskazałam dla niego miejsce – miejsce garażowe, gdzie  nie stoi samochód, ale za to mają postój rowery, drabina, łopata i jeszcze coś, co znajduje się w worku, do którego boję się zajrzeć. Telewizor miał się tam znajdować do czasu, kiedy się go pojedzie gdzieś zutylizować. Piotr umieścił go jednak w dobrze widocznym miejscu, tak, by dostrzegł go bez trudu potencjalny złodziej telewizorów, dzięki czemu – jak ustaliliśmy – byłby kłopot z głowy. Potem kilka razy zaglądaliśmy do garażu, żeby sprawdzić, czy już się jakiś amator na ten sprzęt znalazł. Niestety jednak przez dwa tygodnie pies z kulawą nogą się nim nie zainteresował. Powoli zaczęłam dochodzić do przekonania, że te wszystkie plotki o złodziejstwie rodaków są to wstrętne pomówienia i potwarze. Aż do dziś... W sobotnie popołudnie zajrzałam tam dla formalności, raczej, żeby utrwalić w sobie przekonanie o uczciwości i prawości Polaków, niż po cokolwiek innego. Otworzyłam drzwi, weszłam do garażu i stanęłam jak wryta. Telewizora nie było! 


piątek, 27 stycznia 2012

Pudełko

„Zaczyna mi to przypominać komisję Macierewicza do badania katastrofy smoleńskiej” tak wyraził się o tym, co do niego pisałam NN. A ja się wprawdzie na polityce nie znam i generalnie nie do końca wiem, o co w tym wszystkim chodzi, ale na tyle mam oleju w głowie, żeby rozumieć, że nie należy tych słów traktować jako pochwały. Z biegiem czasu zaczęłam rozumieć, a kilka osób utwierdziło mnie w moich (początkowo dość mglistych) przypuszczeniach, że to, z czym się spotykam od jakiegoś czasu prowadząc intensywną ostatnio korespondencję z NNem jest rodzajem przemocy: próbą pokazania mi, że jestem istotą głupią, lekkomyślną, niezdolną do podejmowania inicjatywy, która zwyczajnie nie nadaje się do tego, by wychowywać dziecko. Ze smutkiem odkryłam, że podobnym zabiegom byłam wielokrotnie poddawana wcześniej, ale wtedy nie chodziło o umiejętności wychowawcze, ale o prezencję (że wyglądam nie tak jak powinnam), możliwości umysłowe (że „tobie to wszystko spada z nieba”), dokładność (że nie tak sprzątam, jak należy, na przykład podłóg nie wymywam), umiejętności kulinarne („bo kto tu lepiej gotuje!?) i temu podobne. Zastanawiam się więc teraz, jak to jest, że uważając się za osobę o postępowych poglądach i równościowych przekonaniach można działać w taki sposób. I świta mi w głowie, że pewne zachowania są poza nami: jeżeli ktoś był poddawany przemocy – cielesnej lub psychicznej jako dziecko, będzie miał zapewne skłonność, by taką przemoc stosować. Wydaje się oczywiście, że mógłby się zatrzymać, przypatrzyć się samemu sobie i podjąć próbę zmiany swoich skłonności, ale to chyba nie takie łatwe. Znam się na malarstwie ikonowym, a nie na psychologii, ale intuicja podpowiada mi, że jest czymś bardzo dotkliwym dla człowieka, gdy ma w sobie rozdarcie: z jednej strony w jego głowie mieszkają przekonania postępowe i równościowe, a z drugiej – być może w innej części głowy – nosi ciągle pamięć dziecięcych opresji, którym go poddawano. Na szczęście jednak, nie ma takiego człowieka, którego nie dałoby się jakoś naprawić. I nawet ja, jak widać, będąc gapą i osobą nieudaczną, zdołałam pewnego dnia zrozumieć, że wprawdzie pozwoliłam się zamknąć w niewygodnym pudełku, ale jeśli zechcę, to mogę z niego po prostu wyjść. 

czwartek, 26 stycznia 2012

Chemikalia

Wiedziały gały, co brały. Jaka się w tym stwierdzeniu kryje mądrość! a może nie kryje się wcale? Może żadnej w tym mądrości nie ma? Znam wiele osób, które łączyły się w pary z trudno wytłumaczalnego powodu i jakoś tam im razem dobrze się wiedzie, a i pary na oko bardzo do siebie pasujące, których pożycie zakończyło się szybko, z wielkim hukiem, albo nawet po jakimś czasie, ale w niezbyt miłej atmosferze.
Decydując się na związek z kimś nigdy nie można wiedzieć, co z tego wyniknie, a często niestety lekceważy się tak zwane ostrzegawcze sygnały, ale bywa i tak, że ich znaczenie da się zrozumieć dopiero jak jest już po wszystkim. Kiedyś byłam w pewnej organizacji pozarządowej, żeby porozmawiać z psychologiem o różnych sprawach związanych z sytuacją Mateusza. Przy okazji opowiadałam też sporo o sobie i różnych moich historiach (których było całkiem sporo), i wówczas usłyszałam pytanie: „A dlaczego pani tak długo była w tym związku”?  Osłupiałam wtedy i mowę mi odjęło, bo dotarło do mnie, że nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Do teraz zresztą, raz na półtora tygodnia (choć może przesadzam: niech będzie, że raz na miesiąc) to pytanie powraca, niemal za każdym razem przywodząc mnie do dość ponurych refleksji na własny temat. Ale dziś, w styczniowe, pełne słońca południe, siedząc w oparach pasty do muzealnych podłóg, które wyżerają niewielkie otwory w mózgu, właściwe odpowiedzi same przychodzą mi do głowy:
- Bo może nie chciałam być sama (jakby w tym rzeczywiście było coś strasznego…)
- Bo jak już byłam w tym związku, to tak to jakoś leciało i nie było jak – ot, tak sobie tego przerwać.
- Bo urodził się Mateusz i wtedy to już naprawdę wydawało się, że trudno z tym wszystkim skończyć.
- I może myślałam wtedy: „O już mam tyle-a-tyle lat, stara jestem, nie ma co zaczynać wszystkiego na nowo”.
Taki jest oto zbawienny wpływ wdychania chemikaliów, że do głowy przychodzą same najprostsze odpowiedzi na najbardziej kłopotliwe pytania.

środa, 25 stycznia 2012

Wściekłość

NN pisze do mnie i daje mi do zrozumienia, że jestem złą matką. To znaczy on jest lepszym ojcem niż ja matką. Pisze, że Mateusz nie chce mieszkać ze mną, że mnie nie potrzebuje. Że nawet gdy do niego dzwonię (kiedy Mateusz jest u ojca), to nie chce rozmawiać ze mną, tylko z królikiem, że z ojcem jest szczęśliwy. Że okłamuję się, sądząc, że jest szczęśliwy ze mną. A ja czuję wściekłość, kiedy to wszystko czytam.

wtorek, 24 stycznia 2012

Podróż

Wczoraj w telewizorze pokazywali zdjęcia wiadomego samolotu, który rozbił się swego czasu w Smoleńsku. Zobaczył to Mateusz:
- O nie… - jęknął głośno.
Spojrzałam na niego pytająco, a on powiedział:
- Oj, myślałem, że już uprzątnęli resztki tego samolotu, a on tam dalej leży…
Pocieszyłam Mateusza, że to tylko stare zdjęcia, ale nie wyglądał na przekonanego. Przypomniało mi się, jak w te wakacje mój syn oświadczył:
- Mamo, ja nie chcę nigdy lecieć na wakacje samolotem!
- Dlaczego – zapytałam dość zdziwiona taką deklaracją.
- No wiesz – powiedział Mateusz – po katastrofie smoleńskiej nie mam ochoty na latanie.
I ja dziś także nie lecę samolotem, ale dość rozklekotanym i zimnym jadę pociągiem, któremu – nie wiedzieć czemu – nadano nazwisko „Gałczyński”. Tak podróżuję z powrotem do Warszawy. Mateuszowi było smutno, kiedy wyjeżdżałam. I mnie było szkoda go zostawiać. Ale też dobrze mi było wyjechać ze Szczecina, który – szczególnie w bezśnieżnym styczniu – jest miastem melancholii i ponurych skojarzeń. Im daje się jedzie na wschód, tym bardziej jest biało, potem zielono, potem znowu trochę biało. W pociągu pewien pan bardzo się ekscytuje podróżą, bo nie jechał pociągiem już ze 30 lat. Ale musi mieć w sobie bardzo duże pokłady dobrej woli, bo po prawdzie, niczego ciekawego w takiej podróży nie ma.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Życie rodzinne

Moja mama dziwi się, dlaczego nie wiedziała o moich problemach rodzinnych, emocjonalnych i różnych innych. Tłumaczę, że jej o nich nie informowałam, a i ona sama specjalnie się nimi nie interesowała. Myślę, że lepiej nam wszystkim z tym było: mnie, bo nie musiałam wyznawać różnych rzeczy, a jej – bo nie musiała o nich wiedzieć. Nie jest łatwo wieść życie rodzinne. Każdy ma inne oczekiwania wobec każdego i każdy każdego sobie wyobraża nie tak jak jest w rzeczywistości. 
Dziadek mówi do królika, który zajął jego miejsce na pufie:
- Mnie się nie podoba twoje zachowanie, arystokrato francuski!
- A mnie się nie podoba twoje zachowanie, dziadek – woła Mateusz z łazienki, gdzie zażywa kąpieli.

niedziela, 22 stycznia 2012

Niedziela

W niedzielny  poranek w mieście pionierów obudziły mnie krople deszczu uderzające w parapet, potem przekształciło się to w szumienie i kapanie, a na koniec wszystkie te szmery przemieniły się w dźwięki kościelnego dzwonu zapraszające wszystkich na nabożeństwo niedzielne. Życie tutaj ma sobie coś nieco przygnębiającego i trudno powiedzieć,  dokładnie co to jest. W każdym razie, czy to dlatego, że są w tym mieście ledwie dwa kina, czy dlatego, że to wszystko dokoła wygląda jak scenografia z osiedla w upadłej republice radzieckiej, mam tu wrażenie bycia na końcu świata.


W okolicach obiadu wybuchła kłótnia o jedzenie, o pierogi, które Mateuszowi nie smakowały:
- Ty nie umiesz robić pierogów – zawołał Mateusz do babci.
- Ja nie umiem? Nic ci już nie zrobię, nic nie będziesz jadł! – krzyczy babcia.
- Gdybyś zaznał głodu – komentuje prababcia – to by było inaczej... Jak dzieci w Afryce, albo nawet w Polsce, kiedy kobieta ma 4 dzieci i 500 zł na jedzenie, albo jak było przed wojną. Jak u nas, co niektórzy tylko cebulę jedli, ciągle tylko cebulę i cebulę. 
- Ale te pierogi niedobre, nie smakują mi – kwiczy Mateusz.
- Bo nie znasz uczucia głodu – tłumaczy cierpliwie prababcia. Tymczasem Mateusz z babcią się kłócą, wypominając sobie kolejne niezjedzone (to babcia) lub nie dość smaczne (to Mateusz) posiłki. Wreszcie obrażają się na siebie. Potem przychodzi zakała rodziny i dopiero wtedy, nad kotletami mielonymi, babcia i prababcia rozkręcają się. Z zapałem zaczynają doradzać zakale, mówić mu, co ma robić, a czego nie, ile pracować, a co czynić w czasie wolnym, jakim autobusem jeździć i czy w ogóle jeździć (bo może lepiej tramwajem), aż wreszcie wszyscy zaczynają kłócić się na całego, krzycząc jeden przez drugiego.

sobota, 21 stycznia 2012

Kartka z podróży

Stuku puku stuku puku. Jedziemy z Mateuszem i z Michałem przez polskie miasta i wsie, a głównie przez pola, łąki, lasy i bagna. Mamy pociąg piętrowy i udało nam się (oczywiście dzięki sprytowi Mateusza) wywalczyć miejsce na pięterku. Właściwie to cztery miejsca, żeby nam się mogły pomieścić wszystkie tobołki oraz pudełko, w którym podróżuje królik. Ostatnio takim piętrowym pociągiem jechałam chyba z babcią ze Szczecina do Stargardu w 1987, albo w 1988 roku. W drodze do Poznania obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i rozegraliśmy partyjkę szachów, w której poniosłam sromotną klęskę. Potem czytaliśmy książki – Mateusz: Dzieci z Bullerbyn, natomiast ja: Jeden dzień, a potem jeszcze dwa artykuły o Lanie del Rey, dowodzące, że jest ona artystką wykreowaną przez koncern muzyczny, a nie przez samą siebie. Za Poznaniem w wagonie wyłączyli ogrzewanie i wtedy też wyszło na jaw, że kibel pociągowy przypomina najbardziej roztkliwiające chwile w PKP z czasów Polski Ludowej. Za oknami zniknęły resztki śniegu, zaczęło padać i wiać. I tak znaleźliśmy się na zachodnim krańcu naszego kraju, gdzie wszystko wygląda jakoś inaczej.

piątek, 20 stycznia 2012

Medal

Mateusz wrócił z odległej miejscowości. Chwali się, że babcia i dziadek dostali srebrny medal za 50 lat pożycia małżeńskiego. Mówi do mnie:
- A widzisz, jakbyś się nie rozstała z tatą, to też może byś taki medal dostała!
Patrzę na niego, oczy wytrzeszczam, bo nie wiem, co powiedzieć, ale on mówi dalej:
- I lepiej, żebyś teraz się postarała, to może razem z Piotrem dostaniecie ten medal.

czwartek, 19 stycznia 2012

Rozwody

Śnieg topnieje, a ja – jak alter ego Woodego Allena – mam ataki paniki. Jutro Mateusz wraca ze wsi, a w sobotę jedziemy: on, ja i królik Michał na Ziemie Odzyskane, gdzie niektórzy z nas dawno bardzo nie byli, a inni nie byli nigdy. Po powrocie nie wiadomo, co będzie. W muzeum biurko będę mieć stare i odrapane, ale ustawione w nowym miejscu (mam nadzieję, że nie na żadnej żyle wodnej). W mieszkaniu Chopina w dalszym ciągu niczego nie będę mieć, poza przejściowym miejscem na zielonej kanapie, na której ktoś (podejrzewam profesora Jana Białostockiego) wypalił dawno dawno temu papierosem dziurę. No i czeka mnie po powrocie wizyta w sądzie, bo będę mieć prawdziwą rozprawę, i się okaże, czy wreszcie się rozwiodę, czy też wcale nie. I niby tylu już ludzi na świecie się rozwiodło. I księżna Diana, poseł Palikot, Madonna (pewnie ze trzy razy) i Woody Allen, i podobno nawet Johnny Depp, i mnożyć by można, i przypominać. Niby nic takiego wielkiego. A mimo to jakoś mi nieswojo i jakby trochę słabo. 

wtorek, 17 stycznia 2012

Nienawiści

W moim muzealnym biurze trwa malowanie. Siedzę więc pod tabliczką „Wyjście ewakuacyjne” w wyziewach grzybobójczej farby oraz rozpuszczalnika i od wczoraj czytam dzieła Piotra Skargi przeciwko prawosławnym oraz paru tam jeszcze innych: prawosławnych przeciwko łacinnikom, łacinników przeciwko unitom itd. Jaka to budująca lektura! W mózgu się lasuje mi. Tu nienawiść między wyznaniami, wzajemne obrzucanie się nazwami „odszczepieniec”, albo inny „kacerz”. Tu nawracanie się wzajemne. Tu plwanie na siebie, nóg sobie podstawianie, a także uśmiercanie się z niezbyt wyrafinowanym okrucieństwem. Pewien autor pochodzący z Antiochii, i ta myśl od paru dni mi towarzyszy, napisał: „Nienawiść do wrogów religii jest najsilniejsza”. Jest w tym oczywiście coś na rzeczy. Ale w dzisiejszych czasach są i inne nienawiści, nawet prawdopodobnie gorsze. I pewnie każdy tam jakieś swoje ma, nawet jak z pozoru wygląda na anioła. Ja na przykład nie znoszę:
1)      wielogodzinnych zebrań, podczas których rozważa się i się nie rozważa, mówi się i się nie mówi;
2)      pełnych zapału urzędników, wykonujących przesadnie sumiennie swoją pracę;
3)      wypełniania formularzy (papierowych i takich w komputerze – wszystkich na równi);
4)      pełnienia  oficjalnych funkcji, a w tym (w szczególności) słuchania długich przemówień.
I gdybym miała powiedzieć jak wygląda raj (choć, prawdę powiedziawszy, zanadto w istnienie czegoś podobnego nie wierzę), myślę, że byłoby to miejsce, w którym nie ma oficjalnych funkcji i zebrań, ani europejskich przepisów i zaangażowanych w nie urzędników, i można sobie czytać i pisać, co się chce. Poza tym byłoby tam pełno dzieci (ale sympatycznych, wesołych i uprzejmych) oraz zwierząt (które nie kąsają i ładnie wyglądają). Za to osoby, które są dla mnie nieuprzejme lub niedobre miałyby w tym moim raju jako obowiązek przez 3 dni w tygodniu wypełniać PITy, od czasu do czasu dostawałyby niezasłużenie mandat za przebieganie na czerwonym świetle, a do jedzenia miałyby jedynie niezdrowe jedzenie z fast foodów. Tak by to wyglądało.
A napisałam to wszystko w wyniku spędzenia trzech godzin pod wpływem bezpośredniego oddziaływania na mój biedny i dość słaby mózg farby o numerze seryjnym: SS-666, która oprócz tego, że zabija grzyby, nieźle radzi sobie z innymi organizmami żywymi i, zdaje się, że dodatkowo podnosi mocno poziom agresji.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

W ciemności

Napisałam wczoraj do A. smsa, że nie mogę przeczytać jego długiego listu napisanego w sprawach służbowych, bo jestem w kinie, a po powrocie odpisałam na ten jego długi i złożony list, że nie mogę pisać, bo późno już i idę spać.
„Jasne, kino męczy [mam nadzieję, że to nie ten film o zagładzie]” – taką dostałam odpowiedź.
Więc ja z kolei napisałam, że w kinie byłam na Dziewczynie z tatuażem i było mroczno, ale pewnie nie aż tak jak W ciemności. I wtedy A. napisał do mnie tak:
„A mnie w święta żona kazała oglądać na video to Millenium w wersji szwedzkiej i wystarczy mi wrażeń na rok. Kanały lwowskie jakoś mnie nie ciągną”.
Mnie jednak trochę ciągnęły te kanały i ciągnęły (choć nie wiem do jakiego stopnia) Piotra  I rzeczywiście film okazał się mroczny. Okazał się też straszny. W ten sposób w ciągu dwóch dni obejrzeliśmy dwa mroczne i straszne filmy, z których jednak ten drugi był bardziej przejmujący, jako że dotyczył wydarzeń, które działy się naprawdę, a także dlatego, że oglądając go nie mogłam się opędzić od myśli o kimś bardzo mi bliskim, kto – ciekawa jestem – czy już W ciemności zobaczył. A teraz siedząc pod kołdrą w zaśnieżonym bloku pod plakatem z przedstawieniem palmy, koziołków i morza, i z napisem „Come to Palestine” zastanawiam się, czy będę miała odwagę z tym kimś porozmawiać o filmie Holland, czy tez jak zwykle nie. A jutro już na pewno do żadnego kina nie pójdę. W ogóle uważam, że tych trosk na dziś wystarczy. 

Millennium

W niedzielę śnieg padał i pruszył, a dzisiaj – w poniedziałek pada dalej. Zadzwoniłam do Mateusza, który jest na wsi. Wczoraj powiedział mi, że tam, między Zamościem a Hrubieszowem, śniegu jest po kolana. A dzisiaj, jak przyznał, siedzi w domu i nie może wyjść, bo zasypało drzwi wejściowe do domku babci. Jest zimno i wszędzie góry śniegu. Ogląda na przemian dwa kanały telewizyjne, które są na tym skaju świata dostępne.



Tymczasem Piotr i ja prowadzimy niemal prawdziwie wielkomiejskie życie. Wczoraj poszliśmy na Dziewczynę z tatuażem, czy właściwie – bo tak się powinien raczej nazywać ten film: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet. Po krótkich rozważaniach, czy zostawić to na poniedziałek, czy też lepiej zrealizować możliwie szybko (choć zrezygnowaliśmy z pokazów organizowanych w nocy z czwartku na piątek), wybraliśmy się najpierw do kina w Pałacu Kultury, ale tam okazało się, że dla chętnych widzów wolny jest tylko drugi rząd. Szybko więc podjęliśmy decyzję, że przestronniej będzie z pewnością w kinie na ulicy Chmielnej. Kiedy tam już jednak dotarliśmy, wyszło na jaw, że zostały miejsca jedynie w pierwszym rzędzie. Podjęliśmy więc szybką decyzję, żeby nie chodzić dalej i nie jeździć po zimnym i śnieżnym mieście. Kino byłe pełne ludzi i szczerze mówiąc, to dawno czegoś podobnego nie widziałam. Ci, którzy przyszli na film reprezentowali chyba wszystkie grupy, klasy i warstwy społeczne. Niektórzy wyglądali nawet na przesadnie podekscytowanych, że w ogóle znaleźli się w takim miejscu. I potem (już wracając do domu) miałam refleksję, że to ciekawe i dziwne, że książki tak zaangażowana ideologicznie jak Milennium (których zresztą – ani jednej – nigdy nie czytałam, ale na ten temat wiem co nieco skądinąd, a jak nie wiem, to się domyślam) zdobyły taką niewytłumaczalną popularność. Film Finchera jest oczywiście amerykański, ale dość szwedzki i, jak mi powiedział Piotr, wszyscy tam mówili po angielsku ze szwedzkim akcentem. Różne rzeczy mi się w tym filmie – oglądanym z pierwszego rzędu z zadartą głową – podobały i myślę, że wszystko w nim było w sam raz i na swoim miejscu. Ponury i budzący grozę, ale trudno, żeby było inaczej, z zatrważającą muzyką – z najbardziej nieoczekiwaną arkadyjską pieśnią Enyi wykorzystaną w scenie straszliwej nienawiści i okrucieństwa. No tak i okrucieństwa było tam co niemiara.

piątek, 13 stycznia 2012

Zima (1)

Ferie się zaczęły i Mateusz wyjeżdża. Na cały tydzień do swojej rodziny pod Zamościem, a właściwie między Zamościem a Hrubieszowem (dokąd zapewne ja już nigdy nie pojadę, czego jednak specjalnie nie żałuję). Wpadł tu jeszcze na chwilę po lekcjach (jego tato w tym czasie siedział chyba w windzie i nie wychodził), pokręcił się parę minut, wyściskał królika, a przy okazji także mnie. Zostawił tornister. Zabrał plecak z ubraniami, pięć pluszowych zwierzaków, Dzieci z Bullerbyn. I już go nie było. Jest mi z tego powodu trochę smutno i nieco źle. Na pocieszenie mam Piotra i oczywiście towarzystwo królika.
Korzystając z braku innych spraw na głowie, albo inaczej: uciekając przed zajęciami, którym powinnam była się w tym czasie poświęcić, pomalowałam dwie ściany w jego pokoju (w miejsce zdartej swego czasu tapety). Szybko wyszło na jaw, że farba przez nas kupiona (a wybrana w sklepie przez Mateusza) ma kolor ukraińskiej chałupy, której to błękitnej barwy ponoć boją się muchy (żadne insekty nam więc nie straszne, kiedy już przyjdzie na nie pora). Zrobiło się bardzo ładnie i porządnie, a także dość wesoło. I tylko królik był nieco zdezorientowany, ponieważ przeniosłam go do kuchni, żeby się przypadkiem nie zatruł wyziewami schnącej farby. A potem przyszedł Piotr i zabrał królika do pokoju. W wiadomościach radiowych podali, że teraz już będzie prawdziwa zima.
Po tym wszystkim, patrząc na wymalowany przeze mnie własnoręcznie pokój pomyślałam: „A co powiedziałaby na to mama i babcia, że tak sama malujesz i remontujesz, Olu? Podobałoby im się?” i szybko odpowiedziałam sobie:  „Ej, na pewno by nie były zadowolone, bo ich zdaniem (z pewnością) po to są mężczyźni, żeby malowali i remontowali”. Ale może właśnie wcale nie po to są? Bo czy kobiety są, żeby gotować, prasować, łatać spodnie i cerować skarpety? No nie po to, nie po to (o! jakie by to było okropne!). Gdy tak rozmyślalam, królik Michał patrzył na mnie swym głębokim spojrzeniem, dając w ten sposób do zrozumienia, że i króliki nie są po to, żeby je zjadać, ani też wykorzystywać jako zwierzątka pociągowe. I wtedy pojęłam istotę relacji międzyludzkich i międzygatunkowych: spędzamy czas z kobietami, mężczyznami, królikami, no i oczywiście dziećmi nie po to, żeby na nas pracowali, a zwłaszcza wykonywali to, czego nam się zrobić nie chce, tylko po to, żeby mieć na kogo popatrzeć i z kim porozmawiać. Obiecałam więc królikowi, że nigdy nie poślę go do sklepu po zakupy, ani nie każę odkurzać, chyba że sam będzie miał na to ochotę. 

środa, 11 stycznia 2012

Dzień Prymusa

Złość mnie dziś ogarnęła wielka. Jak uderzenie młotem pneumatycznym w tył głowy. Miałam kilka powodów, ale też i kilku nie miałam, no i to, zdaje się, jeszcze moją złość spotęgowało. Już więc wracając do domu pomyślałam, że muszę zrobić ze sobą coś radykalnego, więc postanowiłam, że porąbię i wyrzucę zepsute łóżko Mateusza, i jeszcze, że zedrę ze ściany i tak już obdartą tapetę w jego i królika pokoju. Wszystko to rzeczywiście robiłam, przez większość wieczoru – z przesadnym może nawet zapałem, dokonując rzeczy, o które bym samą siebie nie podejrzewała.
Mniej więcej około godziny 19, kiedy stałam z siekierką w dłoni nad trupem łóżka, Mateusz powiedział mi, ze dostał same czwórki i piątki ze sprawdzianów, a na semestr ocenę B (co oznacza: bardzo dobrze): „Jaki mądry ten mój synek” pomyślałam, pochwaliłam go dziesięć razy i nawet nieco lepiej mi się zrobiło. Wtedy Mateusz zapytał, czy może w nagrodę pograć na komputerze, więc – przechodząc do zrywania tapety – zgodziłam się na wszystko. I tak zrywałam ją i zrywałam, aż nagle dobiegł mnie z sąsiedniego pokoju dźwięk fortepianu. I że akurat robiłam sobie przerwę podreptałam tam ze szmatą w ręce i ujrzałam mojego bardzo grzecznego, choć może nieco podrapanego synka, który słuchając Chopina, grał w szachy z komputerem. Uśmiechnął się on do mnie uprzejmie i kulturalnie, i powiedział: „Gram w szachy, nie wiesz, że to moja ulubiona zabawa?”. Oto jest właśnie dowód na to, że dzieci trzeba chwalić ile wlezie.

wtorek, 10 stycznia 2012

Szkodniki

Dzieci i zwierzęta mają kilka cech wspólnych, ale głównie przychodzi mi do głowy, że są to szkodniki i tylko się zastanawiam, które z nich mają większe osiągnięcia na tym polu. W ostatnich tygodniach mój synek połamał łóżko, oblał komputer napojem chłodzącym (amerykańskim), udając gryzonia zdarł wielki kawał tapety ze ściany, bezpowrotnie zgubił kostkę do gry w piranie, wytarł sobie kilka dziur na kolanach i tak by można wymieniać bez końca. W tym czasie królik jedynie przegryzł kilka kabli (choć należy podkreślić, że  jeden z nich kosztował chyba z 50 zł), zdarł malutki kawałek tapety ze ściany, kilka razy nasikał na (i tak już zepsute) łóżko i jeszcze parę innych rzeczy (powiedzmy, że mniej istotnych) ponadgryzał.
Mało który dorosły zniesie pogodnie wyczyny tego rodzaju. Przychodzi bowiem dorosły z pracy (zmęczony, lekko poirytowany, choć lepiej pomińmy z jakiego powodu), zagląda do zeszytu dziecka, a tam zamiast pięknie wykaligrafowanych strof, jakieś bazgroły i kulfony, a kiedy mówi dziecku „Pisz ładnie, a nie jak kura pazurem”, dziecko na to: „Przecież to jest bardzo ładnie” i „Sama jesteś kura pazurem”. I zamiast piątek z wykrzyknikiem w zeszycie dorosły znajduje tróje, a w najlepszym razie czwórki. Patrzy na dziecko, a ono zamiast schludne i czyste, jest poczochrane, oko ma podbite, a ręce uwalane plasteliną. Dorosły mówi: „Weź ty się wykąp”, a dziecko na to, że nie ma zamiaru, bo się kąpało 4 dni temu. Nielekko być rodzicem, oj nielekko!
A przecież każdy z nas był kiedyś niecnotą i szkodnikiem. Ja – dla przykładu – jako dziecko schowałam pod dywanem bony oszczędnościowe moich rodziców i, z nieznanych mi przyczyn, oddałam im je dopiero po 5 dniach, kiedy w panice i popłochu po raz dziesiąty przeszukiwali całe mieszkanie wzdłuż i wszerz. Innym razem wrzuciłam im do mielącego się mięsa (bodaj na tatara) spory kawał białej plasteliny i obserwowałam rozwój wydarzeń, a rozpłakałam się i wyznałam mój czyn dopiero, kiedy już zaczęli jeść (ale przyznałam się  tylko dlatego, że obawiałam się ich śmierci po takim posiłku, a przecież nie miałam zamiaru otruć własnych rodziców, tylko ot tak chciałam zobaczyć, co się będzie działo, jak wrzucę tę plastelinę).
Oczywiście – dzieci i zwierzęta mają też pewne zalety. Przyjemnie jest, bez wątpienia, w zimny deszczowy dzień usiąść z królikiem u stóp, gawędząc z siedmiolatkiem o tym, jak zbudowany jest wszechświat lub – co jest istotą pracy górnika. Przyjemnie też z takim niekiedy pograć w grę planszową (o ile nie trzeba ciągle przegrywać) lub w karty (o ile nie oszukuje). Zawsze też można mieć nadzieję, że kiedy to dziecko i zwierzątko dorosną, porzucą mniej lub bardziej uciążliwe psoty, a potem, kiedy dziecko będzie już całkiem duże, to ono (jako dorosły) zacznie się denerwować, że mu jakiś siedmiolatek, albo inny chomik, czy też kot wygryzł dziurę w ścianie. Przyjemne jest w szczególności to, że prawdopodobieństwo takiego obrotu rzeczy wynosi przynajmniej 80%.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Szklanka napoju chłodzącego

Dzień wczorajszy był pasmem udręk. Najpierw (choć to się może zdawać dziwne przy niedzieli, a jednak) trochę wszyscy zaspaliśmy. Potem Piotr poszedł, a my (Mateusz, królik i ja) niemrawo kręciliśmy się po domu. I jeszcze nic wtedy nie zwiastowało ciągu zbliżających się katastrof, oprócz drobnych kłótni o odrabianie lekcji. Aż weszłam do Mateuszowego pokoju i zobaczyłam płat tapety zdartej ze ściany w rogu. Na moje pytanie, zadane dość surowym tonem:
- Co to jest? – Mateusz tylko po króliczemu poruszał nosem i próbował powachlować się uszami. Ostrzegłam go, żeby więcej tapety nie zdzierał, bo będzie miał kłopoty, a on popatrzył na mnie jednym zielonym okiem i oddalił się na czworakach do układania klocków.
Jakiś czas potem zasiadł do netbooka, żeby dwusetny raz obejrzeć Ratatouille’a (dla niezorientowanych: jest to film o szczurze, który okazuje się wyśmienitym kucharzem). Po kilkunastu minutach usłyszałam rumor i krzyki, po czym ujrzałam mojego syna biegnącego ku mnie i wołającego:
- Mama, mama, ratuj!
Kierowana instynktem macierzyńskim rzuciłam się, aby pomóc, ale zaraz się zorientowałam, że to nie Mateusza trzeba ratować, tylko jego biurko ze stojącym na nim netbookiem, które jakoś przypadkowo zalały się zawartością szklanki znanego amerykańskiego napoju chłodzącego.
Stoczyłam więc walkę z biurkiem i wszystkim tym co na nim było pozalewane napojem. No i wreszcie zabrałam się za tego nieszczęsnego netbooka. Wytarłam go, trochę rozmontowałam (klnąc i bluźniąc pod nosem, choć przecież nie mam tego w zwyczaju). Ale nic, żadnego tchnienia, cisza i czarny ekran. Były to straszne chwile: ja wściekła, Mateusz przybity, królik chlipiący. I tak dalej. Awantura przeplatana parkosyzmami żalu nad martwym komputerem. Ale wreszcie (dalej klnąc – jednak raczej w myślach) wzięłam się w garść, w drugą garść zaś chwyciłam suszarkę i dalej go suszyć od przodu oraz od tyłu. Pewnie to wszystko było niezbyt mądre (podobnie jak swego czasu naprawianie telewizora pilnikiem do paznokci), jednak tym razem moje słynne szczęście zadziałało i netbook cudownie ożył. Ku uciesze skaczącego Mateusza i wobec całkowitej obojętności naszego arystokratycznego królika francuskiego. Mimo radości i wdzięczności za uratowanie komputera Mateusz nie omieszkał mi potem 3, a może nawet 4 razy wypomnieć, że w ferworze walki z biurkiem i netbookiem nazwałam go w sposób niewłaściwy, czemu zresztą musiałam przyznać rację, a jeszcze się tłumaczyć, że byłam zdenerwowana, sfrustrowana, i że rodzicom dzieci oblewających napojami komputery i zrywających tapetę ze ścian czasem po prostu puszczają nerwy.
Na szczęście jednak, jak to w baśniach, wszystko się mniej więcej dobrze skończyło i dziś rano w drodze do szkoły, przeskakując kałuże i usiłując w nie wpaść Mateusz wyznał:
-Mamo, ale okropny był ten dzień wczoraj! Mam nadzieję, że już nigdy nic takiego mnie nie spotka.
A ja przyznałam mu rację.

niedziela, 8 stycznia 2012

Nauka i praca (2)

- Przepisz to dyktando – mówię do Mateusza w niedzielny poranek. Wchodzę do jego pokoju, a on leży wśród pluszowych zwierząt z królikiem na piersiach i czyta na głos wiadomości o tundrze z encyklopedii dla dzieci. Królik słucha z zainteresowaniem.
-Gdy będę kierowcą metra, będę pracował 12 godzin: od szóstej do szóstej – powiada Mateusz ściskając królika.
- Tak? Acha – mówię.
- Ale czy metro jeździ w nocy? – patrzą na mnie uważnie – Mateusz i królik.
- Chyba, tak – odpowiadam z wahaniem, bo kiedy ja jeździłam nocnym metrem (?) – w soboty, w niedziele pewnie są nocne kursy.
- Oj, niedobrze – syn mój wyraźnie jest strapiony.
- Taka praca – mówię – jeśli będziesz motorniczym w metrze, będziesz musiał czasem pracować w nocy.
- Ale co na to moja żona? – pyta zafrasowany Mateusz.
- Jaka żona? – ja pytam.
- No przyszła żona; Gabrysia, albo Ala, albo … no może jakaś tam inna. Co ona na to?
- Nie wiem – odpowiadam zgodnie z prawdą.
- Hmm, to lepiej poszukam sobie jakiejś innej pracy – wzdycha.
- A na razie przepisz dyktando – poganiam go.
- Ale to trzeba całe przepisać i jeszcze te trzy słowa po 10 razy. To bardzo dużo, razem 30 słów. Uff . Pfff. A wiesz, że A. nie może się nawet zbliżać do laptopa i komputera?
- Jak to? Czemu? – pytam ze szczerą ciekawością.
- Bo dostał trzy zera z matematyki! – oznajmia Mateusz triumfalnie.
- To uważaj, żebyś ty nie dostał jutro trzech zer z polskiego – gderam – do roboty, do roboty.
- Nie ma takiej obawy, mamusiu – Mateusz się śmieje – moja pani nie stawia zer! – A królik leżący w jego ramionach spogląda na mnie z wyższością.

piątek, 6 stycznia 2012

Hipopotamy

Wracaliśmy z kina, gdzie obejrzeliśmy Kota w butach, w dodatku trójwymiarowego. Mnie kręciło się w głowie, a Mateusz był bardzo podekscytowany. Deszcz siąpił z nieba, autobus 517 sunął wolno przez warszawskie skrzyżowania, a ja myślałam o różnych ważnych sprawach, aż nagle z tych rozmyślań i gapienia się w okno wyrwał mnie monolog mojego syna: 
Jak to możliwe, że ten.... no…. ten hipopotam Hugo, który ma 5 lat pokochał hipopotamicę…. w zoo, no wiesz, którą widzieliśmy ostatnio, która ma – no ile ona ma lat…? acha 25 albo 26 lat. 26 lat! I jak ona się nazywa? Chyba Pelagia… No jak to możliwe? Ona ma 26 lat, a on ma tylko 5. To bardzo ciekawe, prawda, mamo? Jak to się mogło stać, że się tak polubili? No ale tak się przecież czasami zdarza, prawda? Że można pokochać kogoś, kto ma zupełnie inną liczbę lat… Ja bym wolał jednak pokochać kogoś w swoim wieku, kiedy już będę szukał jakiejś żony. Ale przecież teraz pokochałem Michała, a jestem od niego starszy o… zaraz… no…. O 7 lat i 3 miesiące, nie – 7 lat i 4 miesiące. I ja ważę 28,3 kilograma, a Michał waży 1,7 kilograma, a jednak się pokochaliśmy. To prawie tak jak te hipopotamy z zoo. Prawda, mamo?” 


czwartek, 5 stycznia 2012

Pieśń

Słowa pieśni zanotowane z pamięci: jej wykonanie miało miejsce 5 stycznia 2012, około godziny 20.30, podczas łóżkowych harców Mateusza z królikiem:


Ja na imię mam Mateusz, a ty jesteś Michał.
Mam siedem lat, a ty tylko pięć miesięcy.
Mnie urodziła moja mama, a ty zostałeś kupiony w sklepie.
Na początku miałem świnkę, ale ona  umarła
I teraz mam ciebie.
Tańczmy hop hop hop i całujmy się.
I całujemy się i przytulamy,
I ruszamy noskami, a ja ci czytam bajki
Polskie i rosyjskie.
Bo ty jesteś moim kochanym króliczkiem.
I tak bardzo cię kocham kooocham,
A ty kochasz mnie.
A ty kochasz mnie.

środa, 4 stycznia 2012

W Krakowie

Chłopcy protestują przeciwko „obecności w murach Muzeum Narodowego w Krakowie haniebnych wytworów Katarzyny Kozyry – zwanej w mediach artystką”. Haniebna dla nich jest zwłaszcza nagość, te wszystkie golasy, które zapełniają twórczość Kozyry. Chłopcy mają przy tym bardzo smutne miny, nosy na kwintę zwieszone, i radości w nich nie ma żadnej. Trudno też się temu dziwić. Bo jak ktoś konsekwentnie (czego spodziewam się po wrogach golizny) całe dnie i noce siedzi, leży, śpi w ubraniu (w dodatku szarym, sądząc po fotografiach spod MNK), szczelnie osłaniającym jego części wstydliwe, to życie jego zapewne wesołe nie jest. Ciekawe przy tym, że na zdjęciach z Alei 3 Maja w mieście Smoka Wawelskiego nie widać jakoś protestujących dziewczyn. Oznacza to moim zdaniem, że przedstawicielki płci żeńskiej wolą goliznę, nie chcą chodzić ciągle w ubraniu, a nawet więcej: pragną sztuki pełnej rozebranych chłopców i dziewczyn. Osobiście również mam takie upodobania. Najbardziej na świecie lubię obrazy z osobami pozbawionymi odzieży, a także filmy, w których takie postaci się przewijają. Takie dzieła mnie cieszą albo wzruszają, podczas gdy podobizna pana w dresie, albo pani w fartuchu wydaje mi się nudna i do niczego się nie nadająca. Sztuka, konkludując, jest dla golasów.



poniedziałek, 2 stycznia 2012

Nauka i praca (1)

- Ojej! Czemu ja zawsze muszę mieć tyle lekcji do odrobienia… – wzdycha ciężko Mateusz – I czemu Ty nie dostajesz żadnych prac domowych? – patrzy mi prosto w oczy, wyraźnie rozżalony.
- Jak to! – mówię – no może rzeczywiście lekcji mi nie zadają, ale przecież nie siedzę z założonymi rękami... I książkę muszę napisać... – zaczynam się tłumaczyć.
- Phi – wzrusza ramionami Mateusz – co to dla ciebie napisać książkę!? Dwa lata i napisane.
- O widzisz, dwa lata, to bardzo długo…
- Tfu tfu! Co ja gadam?! – woła mój rezolutny syn – nie dwa lata, tylko dwa miesiące. I książka gotowa! A ja będę odrabiał te lekcje, odrabiał, najpierw w podstawówce, potem w gimnazjum, potem w liceum i jeszcze może na studiach. Oj, mama, może ja już lepiej nie pójdę na te studia...

Wyjście ewakuacyjne


Przyszłam dziś do muzeum dość późno. Z trudem odnalazłam moje biurko ustawione w absydzie galerii pod tabliczką „Wyjście ewakuacyjne”. Potem udałam się do drugiego skrzydła gmachu na poszukiwanie mojego kubka w żyrafy, paczki kawy i herbaty zielonej. Nie było łatwo, ale po przepchnięciu się między obrazami Siemiradzkiego i Boznańskiej jakoś udało mi się dotrzeć tam, gdzie moje rzeczy zostały wyniesione i stały sobie całkiem bezpańskie. Przyniosłam je z powrotem. Posiedziałam chwilę w piwnicy, poszłam do wyjścia ewakuacyjnego. Przyszedł jeden pan i się pyta czemu tu siedzę, a ja mówię, że tak wolę i nie ma w tym żadnych podtekstów. To, że tu siedzę nie oznacza, że kogoś nie lubię, albo, że inne części gmachu mi się nie podobają. Siedzę tu ot tak, bo jest mi dobrze w tym miejscu. Potem zeszłam do niemal pustego biura, żeby sobie pooglądać internet w komputerze i wtedy zadzwonił telefon:
- Dzień dobry, czy jest T.?– zapytał jakiś męski głos.
- Właśnie wyszedł – odpowiedziałam zgodnie z prawdą – i wróci chyba za godzinę.
- Niemożliwe – powiedział głos – dzwoniłem pół godziny temu i go nie było.
- Może go wtedy nie było, ale i teraz go nie ma, bo wyszedł właśnie, jak już powiedziałam – kontynuowałam bardzo uprzejmie.
- Ale czy jest pani pewna? – dopytywał głos.
- Owszem, całkiem pewna. Przed chwilą widziałam, jak wychodził.
- Ale proszę to sprawdzić – naciskał głos – kiedy dzwoniłem ostatnio też go nie było i jakiś mężczyzna powiedział, że wyszedł, więc jak to możliwe, że pani mi teraz mówi, że znowu właśnie wyszedł?
- Nie wiem – powiedziałam dość bezradnie.
- Czy sprawdziła pani, że go nie ma? – dopytywał zaniepokojony głos.
- Tak sprawdziłam – powiedziałam uspokajająco, ale niezgodnie z prawdą, bo niczego nie da się sprawdzić w pomieszczeniu, w którym nic nie ma. Nie da się zajrzeć za szafę, pod szafę, za biurko itd.
„Nie będę więcej odbierać telefonów” pomyślałam i poszłam do mojego wyjścia ewakuacyjnego.

niedziela, 1 stycznia 2012

1 stycznia

Jak wiadomo końcówce roku towarzyszy społeczny przymus zabawy, który dla wielu osób (w tym również dla mnie) jest dość deprymujący. Tym razem jednak udało mi się szczęśliwie ominąć wszystkie wiry i zasadzki czyhające na uczestników sylwestrowych bali. Wcześnie (jak na taką okazję) udałam się na spoczynek, ale za to późno (bardzo późno) wstałam. A tu, 1 stycznia 2012, słońce świeci przez okna. Nie widać żadnych znaków Apokalipsy, kawa z Indii paruje, choinka stała jak stoi (choć tak naprawdę mogłaby się już posypać), francuski królik wachluje się swymi arystokratycznymi uszami, w przerwach obgryzając wiklinowy fotel z Ikei (który, między nami mówiąc, od dawna już nadaje się tylko na śmietnik).


Wiele się nasłuchałam o cierpieniach zwierząt w czasie nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Zwierzęta się boją wybuchów i fajerwerków. Martwiłam się więc trochę o naszego arystokratę wśród króliczego rodu – Michała i jego zdrowie, tak fizyczne, jak i psychiczne. Jednak słowa dziewczyny ze sklepu ze zwierzętami: „O! proszę mi wierzyć, króliki są bardzo wytrzymałe” po raz kolejny wydają się trafione w sedno. Królik okazał się stworzeniem mężnym, któremu kule śmigające nad głową nie są straszne. Od rana wygląda na wyspanego i zrelaksowanego. 

Ładnie jest, ale nie ma Mateusza. I myślę ze smutkiem o tych wszystkich dniach w tym roku, kiedy go nie będzie, o tych pustkach i ciszach bez niego. Jego zabawkach, płytach z audiobookami i filmami, kredkach, książkach, zeszytach i skarpetach, które będą porozrzucane leżały gdzie popadnie, podczas gdy on będzie w jakimś innym mieszkaniu, na jakiejś innej ulicy, a tak naprawdę nie wiadomo gdzie. To jest z pewnością najtrudniejsza rzecz w rozstaniu z kimś z kim się ma dziecko: że trzeba się tym dzieckiem podzielić, a przecież zrobić się tego nie da, ani na pół, ani zostawiając sobie 2/3, czy tam jakieś inne 3/4.

Kiedy byliśmy ostatnio w ZOO widzieliśmy kilka małych zwierząt z ich matkami. Mateusza bardzo te urocze widoki radowały, ale i skłoniły do pewnej refleksji:
- Dla takiego zwierzątka to chyba mama jest najważniejsza – powiedział.
- A u ludzi jak jest? Co myślisz? –zapytałam ja.
- U ludzi, u ludzi…. też chyba mama jest najważniejsza, i tata jest najważniejszy, i mama i tata – powiedział nieco zafrasowany Mateusz i zaczął przyglądać się godowym zabawom 26-letniej hipopotamicy Pelagii i niespełna 5-letniego hipopotama Hugona.
- A widzisz – powiadam wówczas do mojego syna, żeby go pocieszyć – mama, tata, mama, tata, a jak przychodzi co do czego, to i tak każdy w końcu dorasta i chce mieć swojego ukochanego, czy ukochaną, nim (nią) się zajmuje i przestaje myśleć o rodzicach.
Mateusz wyraźnie wtedy poweselał:
- Acha! Pewnie, że tak jest! I bardzo dobrze, bo całe życie z rodzicami, to można byłoby po prostu zwariować!