środa, 27 czerwca 2012

Lekarz od gryzoni

Nadciągający koniec roku szkolnego sprzyja refleksjom nad przyszłością.
- To ile mi tej nauki jeszcze zostało? – zastanawia się Mateusz.
- Chyba sporo – mówię tonem ostrożnym.
- Dobrze, to policzmy. Jeszcze cztery lata szkoły podstawowej… a potem co?
- Potem to raczej gimnazjum – odpowiadam.
- A ile to lat? – pyta.
- Chyba trzy. No a potem może być liceum i następne trzy.
- To zaraz zaraz – Mateusz liczy te kolejne lata – zostało mi jeszcze 10 lat chodzenia do szkoły! Ale zobacz, że podstawowa jest najdłuższa! A ile trwają studia? – dopytuje.
- Większość trzy, a potem jeszcze dwa lata.
- To razem pięć?
- No tak.
- A na jakie studia mam iść? Bo już mi się odechciało był leśniczym – powiada Mateusz.
- Na takie – mówię – na jakie będziesz chciał, jak ci serce będzie podpowiadało. I co będziesz lubił najbardziej.
- Ja najbardziej lubię zwierzęta.
- To może zostaniesz weterynarzem!
- Jak nasz doktor Dolittle! – cieszy się Mateusz, ale zaraz posępnieje – Jak mogę być weterynarzem, kiedy się boję psów?
- Za tych kilkanaście lat – mówię uspokajająco – to może się już ich nie będziesz bał.
- Hmm – marszczy brwi Mateusz – wiesz co, mam lepszy pomysł. Zostanę lekarzem od gryzoni.
- Od gryzoni?
- Tak, będę leczył tylko gryzonie: chomiki, świnki morskie, szczury i króliki. Dobry pomysł co?
- Niezły, wcale niezły – mówię.
- Piotr! Piotr! a wiesz, że ja zostanę lekarzem od gryzoni?! – woła optymistycznie Mateusz – Będę leczył chomiki, świnki, szczury i króliki!

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Energia

Weekend minął nam na wycieczkach rowerowych, krótszych i dłuższych, które jednak wszystkie się kończyły w świętym kręgu kamiennym, który swego czasu władze naszej dzielnicy ustawiły obok jednego z placów zabaw przy ulicy Dzieci Warszawy. To że przy placu zabaw i jeszcze przy kościele niedalekim wzbudziło swego czasu protesty bardziej tradycyjnych mieszkańców. Mimo to jednak nie udało się im znieść kamiennego kręgu, który już od kilku dobrych lat dobroczynnie energetyzuje tych, którzy doń przychodzą, a i tych co niechcący w pobliżu niego staną, nic nawet nie wiedząc, że jest w okolicy jakiś krąg.

Kosmiczna energia płynąca z owych narzutowych głazów bardzo mi się przydała wobec nerwowej atmosfery wytworzonej przez NNa, który od czwartku uparcie telefonicznie domagał się, żeby Mateusz mu przyniósł obrazek, który kilka dni temu wykonał w szkole. Piaskowy i bardzo kolorowy obrazek przedstawia serce i motylka oraz kwiatek. Stoi u mnie na półce, zasłaniając zestaw ponurych płyt Interpolu.
- Dobrze, przyniosę – powiedział NN Mateusz siedząc po uszy w pianie wypełniającej wannę, podczas gdy ja trzymałam nad głową telefon, by mógł rozmawiać i zwrócił się do mnie – mamo, muszę ten obrazek zanieść tacie.
- Jak to? – zapytałam nie bez urazy – przecież mi go dałeś!
- Ale tata mówi, że mam jemu go dać – odparł rezolutnie Mateusz po wyjściu z kąpieli, co stanowiło zaczyn do niewielkiej kłótni między nami W trakcie tej kłótni ja powiedziałam, może nazbyt pochopnie, że nie potrzebuję żadnego obrazka i jeśli chce może go zabrać, a Mateusz, że jednak woli, żebym go zatrzymała i nigdzie go nie zabiera, tylko czy aby na pewno pozwolę mu obejrzeć wieczorem mecz. Kłóciliśmy się tak z wdziękiem, aż wreszcie Piotr z właściwą sobie pogodą ducha oznajmił, że w takim razie to on przyjmie sporny obrazek. No i tak od słowa do słowa wreszcie jakoś się pogodziliśmy, a obrazek został na swoim miejscu.
Jednak następnego dnia napisał do mnie NN:
„Mateusz miał dla mnie jakiś prezent, który sam wykonał, ale podobno nie chcesz go wydać, przykre....”
Odpisałam NNowi niezwłocznie: „Na obrazku, który jest przedmiotem tego sporu napisane jest: „Kochana Mamo dziękujem za Twoją miłość. Mateusz” (żebyś nie miał wątpliwości wysyłam Ci zdjęcie). Czy chcesz, żeby Mateusz skreślił „Kochana Mamo” i napisał „Kochany Tato”, a następnie przyniósł Ci obrazek?”. Ta korespondencja miała jeszcze dalszy swój, równie błyskotliwy ciąg. Mimo jednak jej dynamiki Ziemia jak kręciła się wokół Słońca, tak się kręci, Księżyc jak wędrował po nieboskłonie, tak wędruje, a święty kamienny krąg na Dzieci Warszawy – jak stał, tak i stoi.

piątek, 22 czerwca 2012

Zakupy

Poszliśmy z Mateuszem do dentysty, a potem do sklepu. Zrobiliśmy zakupy, poszliśmy do kasy, pakujemy.

Mateusz (niewinnym głosem): To ja już może pójdę? Poczekam na ciebie przed sklepem…

ja (lekko zirytowana): Hola! Gdzie? To są też chyba twoje zakupy.

Mateusz (uspokajająco): Dasz radę, mamo. Trzeba wierzyć w siebie.

środa, 20 czerwca 2012

Angielski dzień


Pomijając wizytę w wietnamskim barze umiejscowionym w baraczku na tyłach ulicy Nowy Świat, wtorek to był prawdziwie angielski dzień.  Po pierwsze poranek zaczęłam w autobusie od lektury raczej ponurych opowiadań kupionych na uniwersyteckim straganie za jedyne 8 zł pt. Mężczyzna i dwie kobiety autorstwa Doris Lessing. Po drugie (Piotr i ja) w kinie w Pałacu Kultury obejrzeliśmy film pod tytułem The Best Exotic Marigold Hotel. Sam ten postkolonialny film o (między innymi) hotelu w Indiach i mieszkających w nim angielskich emerytach, jak i jego tytuł (w polskiej wersji zresztą jakoś bez polotu skrócony) był uroczy i mądry. Potem zaś, czyli po trzecie obejrzeliśmy mecz. To znaczy ja go obejrzałam jednym okiem, a Piotr chyba bardziej dokładnie i nawet reagował pohukiwaniem w bardziej nerwowych momentach.
- Ja powinnam kibicować braciom Słowianom – powiedziałam (choć przecież nigdy nikomu nie kibicuję, bo jest mi całkiem wszystko jedno, kto wygra, jaki mecz).
- Trudno, ja będę kibicował Anglikom – rzekł Piotr.
- No i co my z tym fantem zrobimy? – zasępiłam się teatralnie (bowiem w skrytości ducha wiedziałam, że wynik meczu jest mi obojętny).
- Możemy chyba sprawy rywalizacji sportowej oddzielić od życia osobistego? – zaproponował Piotr.
I rzeczywiście, to było dobre rozwiązanie. Anglicy wygrali. Więc Piotr, jako znany miłośnik angielskości – mimo gwałtownych ataków alergii tego dnia, sprawiał wrażenie bardzo zadowolonego. A mnie właściwie było wszystko jedno. Bardziej bowiem niż sprawa piłki i dwóch grup spoconych facetów latających za nią to w jedną, to w drugą stronę, zajmowały mnie w ten czerwcowy upalny wtorek kwestie uczuć, związków i relacji udanych oraz nieudanych.
W opowiadaniu pt. Zaliczona (z tomu Lessing) wyczytałam taką oto mądrość, która potem mnie prześladowała przez cały dzień, a która jakoś się i ma do filmu o hotelu w Indiach: „Jego małżeństwu stuknęła dwudziestka” – napisane tam było o pewnym panu, który pierwszą młodość miał już za sobą i z racji osamotnienia w małżeństwie swoim, podjął trud uwiedzenia pewnej scenografki: „Z początku było burzliwe, bolesne, tragiczne – seria rozstań, zdrad i czułych powrotów. Musiała upłynąć co najmniej dekada nim (…) zdał sobie sprawę, że związek w którym żył w ciągłym zdziwieniu, zarówno umysłu, jak i zmysłów, nie wyróżnia się niczym szczególnym”. I dalej: „Przeciwnie, inne znane mu małżeństwa – bez względu na to, czy chodziło o pierwsze, drugie, czy trzecie podejście – były identyczne”. Mało to wesołe i w pewnym sensie niestety (jak patrzę na ten świat) trafione. Choć lepiej założyć, że wcale niekoniecznie tak musi właśnie być, i zdrowiej przyjąć, że – jak głosiła myśl przewodnia The Best Exotic Marigold Hotel – wszystko się dobrze kończy, a jeśli nie jest dobrze, znaczy, że to jeszcze nie koniec.   

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Na ulicy Chmielnej

Mateusz chciał iść do restauracji Magdy Gessler. Więc poszliśmy do jej lokalu na ulicy Chmielnej. Kupiliśmy kawę, czekoladę z bitą śmietaną i dwa ciastka – florentynkę i ciastko owsiane.  
Po zajęciu stolika rozejrzeliśmy się dokoła, a Mateusz pokręcił nosem:
- Za zielono tu – powiedział – Jak twoja kawa? – zapytał uprzejmie.
- Niezła – odrzekłam – a twoja czekolada?
- Bita śmietana jest zbyt kwaśna – stwierdził i napił się z kubeczka – a czekolada zbyt… czekoladowa – dodał.
- Zbyt czekoladowa? – zapytałam.
- Tak – pokiwał głową i sięgnął po ciastko – Zbyt twarde i coś w nim jest w środku – powiedział, po czym zaczął z uwagą przyglądać się ciastku.
- Spróbuj tej florentynki – powiedziałam zachęcająco.
- Nie nie, już dziękuję – popatrzył znad okularów – i wiesz co? – zapytał.
- No co? To znaczy słucham? – zapytałam ja.
- Tu ktoś powinien przyjść do tej restauracji i zrobić z tym wszystkim porządek. A na razie, to my idziemy – zakomenderował. I poszliśmy.

sobota, 16 czerwca 2012

Czesi

Mateusz: Mamo, a po której stronie byli Czesi  w II wojnie światowej?
ja: Jak to po której?
Mateusz:  Po naszej stronie z Rosją i Ameryką, czy po stronie Niemiec?
ja: Niemcy okupowali Czechy i Czesi nie mogli za bardzo walczyć...
Mateusz: Hmm. A w bitwie pod Grunwaldem? Po której stronie – po naszej, czy po stronie Niemiec?
ja: Po naszej.
Mateusz: Uff… całe szczęście.

Wróżbita

Nasz królik, podobnie jak wiele innych zwierząt w Polsce, usiłuje wytypować wynik meczu Polska – Czechy. Niestety za każdym razem wychodzi mu, że to Czechy, choć z niewielką przewagą, odniosą zwycięstwo. Podejrzewaliśmy więc, że może coś z nim jest nie w porządku i poszliśmy do zwierzęcego lekarza. Nasz dr Dolittle przyjął nas, jak zwykle, w uśmiechach. Zajrzał Michałowi w oczy, uszy i do nosa, posłuchał jak bije jego serce i orzekł, że królik jest wręcz wzorowo zdrowy, że jest piękny i okazały, a my jako jego hodowcy zasługujemy na gratulacje.
- My też jesteśmy z niego bardzo zadowoleni – powiedziałam – jest bardzo sympatycznym i towarzyskim zwierzątkiem, tylko…
- Dużo sra – dopowiedział rezolutnie Mateusz.
- No cóż – rzekł dr Dolittle rozpływając się w uśmiechach – właściciel królika musi się do tego przyzwyczaić.
I wszyscy pokiwaliśmy głowami.
Po stwierdzeniu, że królik znajduje się w pełni sił witalnych, w piątkowy wieczór i sobotni poranek Mateusz dwukrotnie poddał Michała próbie wróżenia i za każdym razem wyrażał on poparcie dla czeskiego zwycięstwa. Wreszcie Mateusz stwierdził, że w tej sytuacji on też będzie kibicował Czechom:
- Jak to? – zapytałam nieco skonfundowana, wyobrażając już  sobie, jak mój synek będzie chodził wieczorem po mieście skandując: „Czechy! Czechy!” i co może z tego dla nas wszystkich wyniknąć.
- Sama mówiłaś mi wczoraj, że trzeba słuchać swojego serca! Mówiłaś? – i zajrzał mi głęboko w oczy.
- Mówiłam, mówiłam – odparłam (choć gdy to mówiłam, miałam na myśli sprawy nieco innej wagi niż mecz polskiej reprezentacji).
- A ja Michała kocham i jeśli on popiera Czechy, to serce mówi mi, że też mam im kibicować!

czwartek, 14 czerwca 2012

Ofiary instynktu

Kupiłam książkę: Macierzyństwo non-fiction i czytam ją w autobusach, a kiedy już się zmęczę, to rozmyślam o moim byciu matką oraz o moim „przewrocie domowym” (bo w podtytule jest: Relacja z przewrotu domowego). Mnie samej trudno jest przypomnieć sobie dokładnie, jak było ze mną, bo w końcu to już tyle lat minęło: 8 lat, całe 8 długich lat, wiosen i zim. Ale kiedy z głębin czasu wyciągam wspomnienia dotyczące niemowlęctwa Mateusza i konfrontuję je z opisami różnego rodzaju walk zawartymi w rzeczonej książce, to trudno mi przypomnieć sobie, żeby mi było ciężko i źle, czy żebym się czuła uwięziona przez niemowlaka. Raczej miałam jakiś odwrotny proces, co może tym było spowodowane, że w czasach niemowlęctwa Mateusz był dzidziusiem wzorowym i prawie całkiem niekłopotliwym (myślę dziś, że mniej kłopotliwym niż mieszkający z nami od paru miesięcy królik Michał). Jednak i mnie oczywiście nie ominęły kłopoty.

Prawie zaraz jak się Mateusz urodził, moja Mistrzyni, namówiwszy się z drugą Mistrzynią, powiedziała: „No dobra kochana, teraz to pora do roboty” i zorganizowała mi intratną posadę w mieszkaniu Chopina. Ile mnie kosztowało wykręcanie się od tego! Jak mi się nie chciało pracować! I nie tylko to było zwykłe niechcenie, ale coś gorszego, bowiem – w wyniku narodzin Mateusza – cała uczoność wyparowała z mojej głowy, która stała się w maju 2004 roku pusta i całkiem dziewicza. Pewnego więc dnia, powiedziawszy sobie „Raz kozie śmierć” z czteromiesięcznym dzieckiem na ręku, udałam się na audiencję do drugiej Mistrzyni i wyznałam jej, że praca to dla mnie zbyt duże wyzwanie, że mam dzidziusia, którego karmię i przewijam i jak pójdę do pracy, to ani chybi umrę. „Nie umrzesz” – rzekła na to druga Mistrzyni – „Musisz pracować i już”. Jeszcze trochę próbowałam się wykręcać, ale potem już nie było wyjścia i poszłam do roboty. Szczerze mówiąc, to nawet jestem dziś z tego powodu wdzięczna im obu, bo wiedziały, co czynią przymuszając mnie do powrotu do świata.

Macierzyństwo w kraju nad Wisłą jest trudne i jest tak (jak sądzę) nie dlatego, że dzieci rodzące się pod tą szerokością geograficzną są jakieś szczególnie dokuczliwe, ale z tego powodu, że nie ma tu  żłobków, nie ma przedszkoli, i albo cię wyrzucają z pracy, bo urodziłaś dziecko, albo każą szybko wracać, a kiedy wracasz, to zaczynasz robić na kilka etatów i – tak jak pisze autorka Macierzyństwa non-fiction – masz szanse na życie z poczuciem winy do samego końca: że zamiast siedzieć z dzieckiem, siedzisz w pracy, że za wolno wracasz do domu, że w domu zamiast je zabawiać, sprawdzasz klasówki, że potem próbujesz je szybko wcisnąć do łóżka, żeby jeszcze coś napisać, że nie możesz się powstrzymać, żeby nie zjeść jego batonika i tak dalej, bez końca. Wiele razy rozmawiałam z koleżankami, szczęśliwymi posiadaczkami dzieci mniejszych i większych, i słyszałam od nich o dokładnie takich samych rozterkach. Nigdy natomiast nie słyszałam, żeby podobne mieli mężczyźni, to znaczy ojcowie dzieci, żeby zastanawiali się, czy po urodzeniu potomka wrócić do pracy, czy nie i czy ta praca przeszkadza im w chowie potomstwa.

Ale to jeszcze nic. Są rzeczy groźniejsze. Czytałam kiedyś artykuł (chyba) Ewy Woydyłło, w którym była opisana sytuacja kobiet – ofiar instynktu macierzyńskiego. Krótko mówiąc o to szło, że istnieje duża grupa kobiet, które w pewnym momencie swojego życia czują, że już muszą zostać matkami i zostają nimi, czasami (podobno nawet często) nie bacząc, kim właściwie jest potencjalny ojciec dziecka. Prowadzi to niekiedy (jak wiemy) do katastrof, kiedy już taka kobieta uwolni się z hormonalnego otumanienia, spowodowanego ciągiem ku posiadaniu potomstwa, chodzeniem w ciąży, rodzeniem, przewijaniem i paroma jeszcze etapami życia dziecka. Być może tylko dzięki temu w naszym kraju utrzymuje się jeszcze jako taki przyrost naturalny. W pewnym sensie jest jednak i tak, że dopóki nie dokona się „przewrót domowy” i dopóki ten przewrót nie okrzepnie na dobre, to nikt właściwie wiele nie wie, ani o sobie, ani o swoim partnerze, tak więc – choć znam sporo ofiar macierzyńskiego instynktu, a może i sama taką ofiarą trochę jestem, to nie mam pojęcia – jak można byłoby czegoś podobnego uniknąć.

W książce, o której się tu rozpisuję pojawia się sprawa posiadania i nieposiadania potomstwa, który rozumiem jako kwestię tego, czy jest dobrze żyć bez dzieci, i czy to ma jakiś sens: jest to wątek jakiegoś sporu na style życia pomiędzy ludźmi, którzy mają dzieci i takimi, którzy ich nie mają, chcą i nie chcą mieć. I kiedy o tym myślę przypomina mi się rozmowa, którą przeprowadziłam może rok tego z byłym chłopakiem, takim, co mi dawno dawno temu napsuł wiele krwi, a teraz jest już nieco podstarzałym, dość statecznym mężem i ojcem kilkorga dzieci. I on mówi, że dla niego życie bez dzieci nie ma sensu, że bez sensu byłoby dla niego także jego małżeństwo, gdyby tych dzieci nie posiadał. Straszne i smutne wydały mi się jego słowa wtedy. I smutne wydają mi się one teraz. Bo przecież te wszystkie dzieci, które się z nas rodzą, które karmimy i wychowujemy, z którymi rozmawiamy i jeździmy na rowerach, w końcu – prędzej, czy później – odchodzą gdzieś, odjeżdżają, często na koniec świata i przestają potrzebować rodziców na co dzień, a wtedy dobrze byłoby mieć z kim zostać, nie dlatego, że jest biologicznym współrodzicem tych dzieci, ale z jakichś innych powodów. Najlepiej – zupełnie innych.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

W gardzieli


Stara mądrość ludowa przekazuje, że przeciwieństwa się przyciągają. Zatem przyciąganie występować może, gdy jedna osoba lubi psy, a druga koty. Jednej osobie podoba się Warszawa, a drugiej osobie – Kraków. Jedna lubi jeść befsztyki, a druga wcina szpinak. Jedna słucha death metalu, a druga klasyków disco, albo nawet disco polo. Jednej osobie wiecznie zimno, a drugiej wciąż gorąco. Tak jest ten świat urządzony. Zgodnie z tym modelem, kiedy siedzieliśmy sobie – Piotr i ja – na Nowym Świecie pijąc jak gdyby nigdy nic kawę Piotr wyciągnął zza pazuchy bilety na występy Ms. Lauryn Hill i zespołu Prodigy. Wbrew zatem mojej wrodzonej skłonności do życia wedle reguł i planów, zamiast – zgodnie z zamierzeniem – sprawdzać wieczorem egzaminy ze sztuki bizantyjskiej siedząc po kocem z królikiem na kolanach, trafiłam do samej gardzieli Szatana. Na biletach był znaczek, że na stadion przy Łazienkowskiej nie wolno wnosić parasoli, więc zabraliśmy z domu kurtki przeciwdeszczowe i pojechaliśmy na to spotkanie z samym diabłem rogatym, pomylonymi kapłanami voodoo i zespołem szpitala psychiatrycznego w Tworkach, albo gdzieś. A w gardzieli Szatana padał deszcz i siąpił. Kiedy zaczęła występ Ms. Lauryn Hill nieco się poprawiło, ale przy Prodigy to już się zaczęła prawdziwa i straszna, wielka Apokalipsa.
I siedzimy w tej gardzieli Szatana, Apokalipsa dookoła, i w przerwie koncertów dzwonię do Mateusza. On się pyta: Gdzie jesteś?, Na koncercie - mówię, a Mateusz na to: A Jerzy Połomski już występował?”.

piątek, 8 czerwca 2012

Mecz

Pierwszy raz w życiu oglądałam mecz w knajpie, dokładnie rzecz ujmując na Powiślu w „Grawitacji” (i tu jest próba reklamy, bo „Grawitacja” to bardzo fajne miejsce i warto tam chodzić, dzieci moje) – może właściwie to był pierwszy mecz w życiu, jaki obejrzałam w całości od początku do końca, nawet (wyjątkowo) nie przysypiając.
W ciągu 90 minut, bo tak długo, wyobraźcie sobie, trwa taki mecz (a do tego w środku jest przerwa) wypiliśmy ze trzy yerby i jeszcze coca-colę, zjedliśmy też trochę orzeszków i innych tam rzeczy. Wszyscy dokoła kibicowali polskiej drużynie, nawet Piotr obok mnie na kanapie siedzący (choć może dość słabo na tle innych). A ja odwrotnie, po cichutku dobrze życzyłam Grekom: trochę z gościnnego usposobienia (że „czym chata bogata, tym rada” oraz „gość w dom, Bóg w dom”), ale głównie z następujących powodów: za Atlantydę, za Platona, Dionizego Areopagitę, za Michała Psellosa, za Annę Komnenę i za Teofana Greka, i za Dionizego z Furny, za musakę i za grecką sałatkę z jajkiem (po kreteńsku) i bez. A jak grali Polacy to mówiłam w myślach: „skuś baba na dzida skuś baba na dziada”. No i jakoś tak się stało, że Grecja, ojczyzna naszej pięknej cywilizacji, wyszła w miarę obronną ręką z potyczki z barbarzyńskimi Słowianami, wytwórcami kiszonej kapusty i kaszanki.
Jak się mecz skończył, Warszawa się wypełniła po brzegi poubieranymi w biało-czerwone stroje kibicami z nosami spuszczonymi na kwintę. Przeszliśmy się więc wraz z tym smutnawym tłumem Alejami Jerozolimskimi, a na samym środku skrzyżowania z ulicą Marszałkowską postanowiliśmy wykonać kilka unikalnych fotografii. I wtedy podbiegł do nas jakiś chłopak i się pyta: „Skąd jesteście?”, a ja na to (nie wiedzieć czemu): „Ze Szczecina”, na co on: „Witamy w Warszawie!”, i dawaj nas witać i ręce ściskać. Domyślam się, że na tym własnie polega sportowa atmosfera...

Pora

Czy to przez tę pełnię księżyca, czy to przez dziwaczną ostatnio atmosferę miasta, męczą mnie przez ostatnie dni hordy i zastępy czarnych jak smoła demonów. Miewam przez nie zaskakujące i traumatyczne sny, gubię się w rzeczywistości widzialnej, a do tego jestem kłótliwa. Tyle dobrze, że nie kłócę się z Mateuszem, ale to chyba tylko dlatego, że został wywieziony przez NNa do jego narzeczonej mieszkającej w okolicach Poznania. Za to już z samym NNem nie obyło się bez małej smsowej kłótni o to, że znowu obcięłam dziecku włosy maszynką. Szkoda gadać.

Za to w środę poszliśmy (Piotr i ja) na koncert, na plażę pod Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Ten koncert się odbywał z okazji wywrotki demokracji ludowej w Polsce, co miało miejsce – jak mówią kroniki – 6 czerwca 1989 roku (akurat jak kończyłam z wyróżnieniem szkołę podstawową w Mieście Pionierów nad rzeką Odrą). I tu, jak tam u nas w tym mieście zagubionym na dalekim Zachodzie, była rzeka i był most. Występował Tymon z Kurami oraz Brygada z Kryzysem, i to było fajne. Jednak do samego wyłączenia systemu nie dotrwaliśmy, bo mnie się już spać chciało, a po Kryzysie już tam tak atrakcyjnie być nie miało. A dnia następnego, trochę w związku z tym (bo to mniej więcej w 1989 roku odkryłam tajemne uroki muzyki Joy Division),  obejrzeliśmy film o Ianie Curtisie pt. Control, który z dawien dawna spoczywał na naszym domowym Cmentarzysku Filmów. A spoczywał tam, bo mnie się zdawało, że trudno mi go będzie oglądać i dołująco, ale okazało się, że wcale tak nie było.

Potem za to już było naprawdę piłkarsko. Piotr mnie wywiózł aż nad Wisłę, bo chciał zobaczyć wystawiony tam pomnik Deyny (takiego piłkarza, jakbyście, Drodzy Czytelnicy, nie wiedzieli). Jak dla mnie wykonany z brązu zawodnik kopiący piłkę jest nieudany, bo w ogóle wolę od pomników fontanny. Ale jak podeszłam do niego, żeby przyjrzeć się strukturze betonu, na którym go postawili, to jakiś łysy facet w koszulce z napisem „Polska” kazał mi się odsunąć, bo zdjęcie pomnikowi chciał zrobić (i najwyraźniej wolał, żeby mnie na tym zdjęciu nie było). I generalnie dało się wyczuć, że innym pomnik się podoba, a jeden pan z wąsami do swojego syna brykającego ryknął nawet: „Cicho, zachowuj się, to nie cyrk jest!”. No, nie cyrk.

I potem znowu wzdłuż Wisły chodziliśmy, ciągle mając na widoku stadion narodowy, a ja narzekałam, że wolałabym, aby był on ze stali i ze szkła, a nie z tej biało-czerwonej plecionki. I tak chodziliśmy i chodziliśmy, dziwiąc się napotykanym po drodze syrenkom poprzebieranym w barwy różnych państw europejskich. Aż trafiliśmy do strefy kibica, gdzie nie można ponoć wnosić parasolek, a ja jakoś wniosłam. I nie chcę wiele o tym mówić, to znaczy narzekać nie chcę, ale czuję, że naprawdę muszę. Dla mnie główną wadą tej całej strefy kibica nie jest nawet to, że spoceni faceci w koszulkach organizacyjnych z piwami i bez piw chodzą tam i ryczą (zresztą chodzą i ryczą też po ulicach wte i wewte), ale że tojtojami obstawili Pałac Kultury i Nauki i już nawet nie wiadomo, gdzie jest jego główne i najbardziej reprezentacyjne wejście. To jest dla mnie problem. Choć szczerze mówiąc ci ryczący i spoceni po całym mieście się przetaczający to też nie jest zbyt miły widok. Pora mi umierać, ot co.

wtorek, 5 czerwca 2012

Papierosy

Idąc ze szkoły spotkaliśmy rodziców jednej z koleżanek Mateusza. Szli, paląc papierosy.

- O rany – jęknął Mateusz – kiedy ich minęliśmy – Asia mówiła prawdę. Jej mama pali!

- A papierosy to nic dobrego, prawda – zagaiłam w związku z tym dydaktycznie.

- Papierosy są bardzo niedobre – pokręcił głową Mateusz – jak ktoś je pali może zachorować na raka… na różne choroby serca… choroby płuc… I na dodatek dużo kosztują.

- Masz rację synku – powiedziałam.

- Dobrze, że ty nie palisz – rzekł na to Mateusz, a ja pokiwałam głową: „Tak tak, pewnie, że dobrze” – Ale szkoda – powiedział – że kiedyś paliłaś.

- No co ty opowiadasz? – odparłam obłudnie.

- Przecież pamiętam! Jak jeszcze byłaś z tatą, to czasami paliłaś – rzekł tonem oskarżycielskim.

- Ojej, ale rzadko, bardzo rzadko – powiedziałam.

- Może i rzadko – odparł Mateusz – ale nawet kiedy się papierosy pali rzadko, to można na te wszystkie choroby zachorować.

Melancholia


We wczorajszym horoskopie było napisane, że pełnia mi dokuczy. Znajdowało się tam jakieś zalecenie, którego nie wzięłam sobie niestety do serca, że powinnam uważać i nie podejmować żadnych inicjatyw, a zwłaszcza towarzyskich, bo mam szansę na awanturę.
Dzisiejszy mój horoskop przestrzega przed transakcjami i wizytami w centrach handlowych, więc już na pewno do żadnego nie pójdę. Wyglądam przez moje muzealne okno i nieco zamglonym z niewyspania wzrokiem spoglądam na rzędy przenośnych kibli u wlotu na Most Poniatowskiego, gotowych na przyjęcie rzesz kibiców piłki nożnej.

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Dwa koncerty pana Jerzego


Jak to mówią – od przybytku głowa nie boli. Pogoda nie jest przesadnie czerwcowa, ale mimo to udało nam się zrealizować pewne projekty plenerowe.

W sobotę w robotniczym Ursusie, to znaczy ściśle rzecz ujmując w amfiteatrze Czechowickiego parku między namiotami z kiełbasą, karkówką i watą cukrową odbyły się występy artystów. Trochę padało i wiało, ale też świeciło słońce. I właśnie kiedy przybyliśmy na miejsce występował jak zwykle elegancki pan Jerzy Połomski. Przed sporą i rozbawioną publicznością występował, do której i my żwawo dołączyliśmy. Potem, kiedy siedzieliśmy sobie rekreacyjnie na ławkach konferansjer wytypował Piotra do udziału w konkursie motoryzacyjnym i – w wielkich naszych emocjach – Piotr zdobył szereg atrakcyjnych nagród o charakterze motoryzacyjnym. I wtedy, przed mocno przerzedzoną i mało skoczną publicznością wystąpił zespół muzyczny Kobranocka, a potem już się zrobiło zimno, więc dalszego ciągu w amfiteatrze nie było (mimo kuszącej tam obecności Maleńczuka Macieja). I tak dobiegła końca sobota.

A w niedzielę już było ładniej i słoneczniej, i pojechaliśmy – za specjalnym zaproszeniem – na święto Uniwersytetu Trzeciego Wieku, zorganizowane na Torze Służewieckim. Jakaż była nasza radość, gdy na scenie ukazał się zgromadzonym seniorom (z przewagą pań w fantazyjnych kapeluszach) ponownie pan Jerzy! Brawurowo wykonywał on największe szlagiery ze swego bogatego repertuaru, ubarwiając je uroczą konferansjerką i ostatecznie zdobywając serce Mateusza, który do końca dnia (a potem także w nocy) nucił w skocznym rytmie: „Cała sala śpiewa z nami…” itd. Następnie miał miejsce konkurs na najbardziej udany kapelusz i Mateusz głośno żałował, że nie wzięłam w nim udziału, bo wtedy bez wątpienia zdobyłabym główną nagrodę – tj. pobyt w pięciogwiazdkowym hotelu w Kołobrzegu. A potem odbyły się wyścigi. Postawiliśmy na jednego konia, Mateuszowego faworyta, i wygraliśmy 6 zł 50 gr. I dalej toczył się dzień, a atrakcjom jego nie było końca…

sobota, 2 czerwca 2012

Ko ko


Idziemy sobie z Mateuszem przez osiedle robotnicze. Nagle słyszę:

- Ko ko euro spoko piłka leci hen wysoko. Wszyscy razem zaśpiewajmy naszym doping dajmy!

To śpiewa wesoło mój syn, Mateusz, uczeń szkoły powszechnej.

- Boże – mówię.

- Co? – odzywa się na to Mateusz.

- Hmm. Skąd to znasz? To znaczy tę piosenkę skąd znasz?

- Jak to skąd? Ze szkoły! – odpowiada.

- Ze szkoły? – pytam w panice.

- A tak! Śpiewamy to sobie!

- Jak to śpiewacie? W klasie? – może jestem nieco oderwana od rzeczywistości, ale naprawdę trudno mi w to uwierzyć.

- Tak, śpiewamy chórem: Ko ko euro spoko piłka leci hen wysoko. Wszyscy razem zaśpiewajmy naszym doping dajmy! – i śpiewa sobie dalej.

piątek, 1 czerwca 2012

Dzień dziecka

Idziemy do domu, ze szkoły:
- Kiedy złożysz mi życzenia? – pyta Mateusz.
- Jak przyjdziemy do domu, kiedy dostaniesz prezent – mówię.
- Dobrze, niech będzie – zgadza się uprzejmie – A wiesz, że musisz mi kupować prezenty przez następne 10 lat.
- Przez 10? – pytam – Dlaczego przez 10?
- Bo na dzień dziecka należą się prezenty do 18 roku życia – wyjaśnia spokojnie.
- Do 18 roku jest się dzieckiem?
- Oczywiście, potem rodzice zresztą też mogą kupować prezenty, ale już z innych okazji.