Wracamy z Mateuszem ze szkoły do domu brnąc przez zwały
śniegu. Ja niosę dziesięć toreb i pakunków, a Mateusz dzierży miecz, który był
jego rekwizytem na szkolnym balu przebierańców. Brniemy przez te zwały i zaspy,
a Mateusz drewnianym mieczem szoruje po płotkach, tłukąc nim i stukając, że
uszy pękają, więc mu mówię, żeby przestał. A on nic, dalej swoje robi, i dochodzimy wreszcie
przed naszym domem do jakichś krzaków. Patrzę, a Mateusz tym mieczem szuru buru
po krzakach. Więc mówię:
- O nie, mój drogi, teraz to już przesadziłeś. Zniszczysz te
krzaki. Przestań wreszcie.
Mateusz przestał, ale zaczyna się wymądrzać, że krzewom
takie tłuczenie nie szkodzi, bo nic nie czują i nic im nie będzie. Objaśniam
mu, że wręcz przeciwnie, że krzewy można w ten sposób połamać i że rośliny czują,
a wreszcie – chwytając się w tej potyczce słownej ostatniej deski ratunku –
mówię:
- A poza tym, chyba wiesz, że przyrodę trzeba szanować.
A Mateusz w bek.
- Bo ty bardziej szanujesz przyrodę niż mnie! – krzyczy z wyrzutem.
- Wcale nie, tak samo szanuję ciebie, jak przyrodę! – wołam.
- Właśnie, że nie!
- Właśnie, że tak.
I na tym nasza wymina zdań się zakończyła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz