środa, 30 listopada 2011

Wróżby

- Mamo mamo! Zróbmy sobie andrzejkowe wróżby! – zawołał Mateusz 30 listopada, około godziny 18.
- Andrzejkowe wróżby trzeba było wczoraj zrobić – powiedziałam tonem pouczającym.
- No ale proszę, proszę! Muszę wiedzieć, z kim się ożenię! – kwękał Mateusz. „Dobra, niech ci będzie” – pomyślałam, zwłaszcza że zaciekawiła mnie perspektywa poznania przyszłości mojego syna. Kontrolnie jednak zapytałam:
- To po to są andrzejkowe wróżby? 
- Tak – powiedział Mateusz – i ty sobie powróż, to będziesz wiedziała, za kogo wyjdziesz za mąż! A jak się  okaże, że nie za Piotra, tylko za jakiegoś obcego pana. To dopiero będzie! – Mateusz złapał się za głowę. – I  powróżmy Michałowi, on też musi wiedzieć, jaką będzie miał żonkę. „Tak” pomyślałam, „niczego tak nie trzeba królikowi, jak matrymonialnej obietnicy”.

Zabraliśmy się do rzeczy ze sporym znawstwem. Udało nam się znaleźć starą świeczkę, jakoś ją  stopiliśmy nie ponosząc żadnych urazów na ciele, a wreszcie po kolei nalaliśmy po porcji wosku do miski z wodą (to znaczy wosk w imieniu królika ja nalałam). I oto, jakie są efekty:

Wróżba Mateusza: jakiś pan jadący na zwierzątku; być może lajkonik, ale wcale niekoniecznie.
Moja wróżba: początkowo myśleliśmy, że myszka Miki, ale po odwróceniu do góry nogami wyszło na jaw, że to mózg.
Wróżba królika: okazała królica ze sterczącymi uszami.

Mateusz ma wątpliwości:
- Jak to? – pyta – czy ja się ożenię z lajkonikiem? Czy to możliwe?
-Niestety synku, tak z wróżby wynika – („A skąd mogę wiedzieć, czy za kilkanaście lat małżeństwa z lajkonikami nie będą możliwe, a nawet dobrze widziane?”)
Jeśli chodzi o moją wróżbę, to jestem ją skłonna traktować jako dość wymyślną metaforę.
Królik ze swojego wyniku jest zadowolony.

Listy o Majakowskim

NN: „Chciałbym  także abyś mi oddała Majakowskiego, którego kiedyś wyszperałem w antykwariacie”.
ja: „Ty mi zabrałeś sporo książek, które ja kupowałam, więc Majakowskiego, którego kupiliśmy razem Ci nie oddam, w szczególności, że i tak go nie będziesz czytał”.
NN: „Czy będę czytał czy tez nie będę to już nie Twoja sprawa”.
ja: „A jeżeli uważasz, że książki nie służą do czytania, tylko do czegoś innego, to trudno mi z Tobą polemizować”.
NN: „A Majakowski Ci do tej pory służył jako zbieracz kurzu nie widziałem go nigdy w Twojej ręce”.
ja: „I nie bądź taki surowy i zasadniczy, jestem przekonana, że bardziej mi potrzebny Majakowski niż Tobie, bo to ja się zajmuję kulturą rosyjską, a tak samo Ty go kupiłeś, jak i ja, ponieważ kupiliśmy go razem, mogę Ci go spłacić, bo kosztował 9 zł. Koniec i kropka”.



poniedziałek, 28 listopada 2011

Panny mądre i panny głupie

Dlaczego mam kłopot ze zrozumieniem treści zadania domowego drugoklasisty?
Przyglądam się temu, przyglądam i nie mam pojęcia, o co w nim chodzi. Jakieś ciągi cyfr, liczby wpisane w kwadraty, tu się musi zgadzać i tu, no i nic z tego nie rozumiem. A przecież tyle lat się uczyłam, w dodatku usiłuję uczyć innych. Teoretycznie mój umysł powinien być wyćwiczony i zdolny do różnych ewolucji, ale nic z tych rzeczy, a przynajmniej nie tym razem.

Raz w życiu postępujemy mądrze, a raz głupio. W sumie efekty i tak nie zawsze od nas zależą. Rzeczy dzieją się w dużej mierze same z siebie, a my na nie mamy tylko maleńki wpływ. Czasami wręcz większy pożytek wynika z głupiego postępowania, niż z mądrego [właściwie to tak było zawsze: kiedy myślałam, że postępuję rozsądnie, wychodziło słabo, a kiedy byłam nieroztropna, sprawy obracały się na moją korzyść] .

U mnie w pracy, w muzeum następują przeprowadzki: mamy się przenieść z miejsca na miejsce i to, zdaje się, kilka razy pod rząd. Chodzi więc po dziale ekipa przenośna, pakuje różne rzeczy w kartony, wynosi i przynosi, a tych rzeczy wcale nie ubywa. Wszystko to wytwarza nastrój schyłkowy i wydaje się potwierdzać pogłoski o zbliżającym się końcu świata. Tymczasem w domu zepsuły mi się dwie kanapy, drzwi od szafy i telewizor. Tego ostatniego najmniej szkoda, ale jaki byłby to kłopot, żeby go gdzieś wynieść, kiedy już całkiem odmówi posłuszeństwa… Kanapy zresztą mogę od biedy naprawić, drzwi od szafy też. Tu podstawić klocek lego, albo inne pudełko, tu przesunąć i będą prawie jak nowe. 

niedziela, 27 listopada 2011

Uśmiech królika

- Mamo! Ja nie chcę spać w chlewiku! – krzyczy Mateusz i wygląda na bardzo zdenerwowanego. Wchodzę do jego pokoju i niestety rzeczywiście, łóżko upstrzone jest tu i ówdzie króliczymi bobkami, a na środku kołdry leży winowajca i wachluje się uszami.
- To go nie bierz do łóżka – mówię do Mateusza i zaczynam sprzątać.
- Ale jak mam go nie brać?
- Niech siedzi w klatce, skoro nie potrafi się zachować.
- Ale to mój przyjaciel – powiada Mateusz i zaczyna jęczeć. Więc mu mówię:
- Nie jęcz, dziecko, tylko coś z tym zrób.
- No ale co? – pyta, a ja już nic nie mówię, bo mi się nie chce dyskutować o króliczych bobkach. Więc Mateusz zostaje na chwilę sam z tym problemem (bo ja sprzątam i się alienuję) i wreszcie mówi:
- To ja mu wytłumaczę, żeby tego nie robił. Przecież dzieciom trzeba wszystko tłumaczyć, a on jest jeszcze dzieckiem. Kiedy ja coś zrobię niemądrego, to mi tłumaczysz i potem już wiem wszystko i nie robię głupot, więc Michał też na pewno zrozumie. Bo on jest taki mądry i kochany – tu Mateusz cmoka i kontynuuje rozsławianie jego  zalet.
Patrzę na królika, a ten łapy przednie wyciągnął do przodu, łapy tylne do tyłu. Patrzy na nas, jak sobie rozmawiamy o jego wychowaniu i uprzejmie się do nas uśmiecha.

sobota, 26 listopada 2011

Żółty szalik

Może jutro będę myśleć inaczej. Ale dzisiaj wydaje mi się, że moje życie jest bardzo dziwne, skomplikowane i nie da się ułożyć, tak tak. Jest 27 listopada, grubo po północy. Cały dzień przyjmowałam gości i zrobiłam dla tych gości furę jedzenia, odbyłam z nimi 20 mądrych rozmów i 7 głupich pogawędek o niczym. A teraz siedzę tutaj, godz. 00.49 z bałaganem dookoła i z bałaganem w głowie, do czego  powoli powinnam się przyzwyczajać. Niewiele pamiętam tak naprawdę sprzed dziesięciu lat, ale pamiętam, że siedzieliśmy z Piotrem przy stoliku w jakimś miejscu, diabli wiedzą, jak to się nazywało. Może w barze naprzeciwko muzeum i być może, że wchodziło się tam schodkami w dół, że było to w piwnicy. A Piotr mówi, że to było U Artystów na Mazowieckiej (więc w tym wariancie wchodziłoby się tam schodami w górę, albo nawet jechało windą). Tak czy inaczej pełno tam było papierosowego dymu, bo były to czasy, że można było palić, gdzie popadnie, a my wtedy ciągle paliliśmy. I wtedy on powiedział, choć pójdziemy  zobaczyć Żółty szalik. I poszliśmy. I tak myślę, że to może było 27 listopada. A może bliżej świąt Bożego Narodzenia. Zimno było i zaraz potem pojechałam na święta do Szczecina i z tych świąt to już naprawdę prawie nic nie pamiętam, za wyjątkiem tego, że odbyłam wtedy z moim ojcem bardzo przełomowę rozmowę. Podjęłam kilka ważnych postanowień, lub może to była tylko jedna decyzja. A wreszcie wróciłam do Warszawy i wszystko potoczyło się po staremu.

piątek, 25 listopada 2011

Gdy rozum śpi

- A ty pewnie chcesz już spać. Pociechy  to masz ze mnie niewiele – mówię, bo  dzień taki, że nie jestem z siebie szczególnie zadowolona, choć nie wiadomo dokładnie z jakiegoś powodu.
- Kompoty robisz wyśmienite.  Jutro się zobaczymy – pocieszająco mówi Piotr
Ale kto dziś robi kompoty? Cóż to za pomysły, żeby robić kompoty, wypiekać chleby, albo lepić pierogi? I czy to wystarczy, żeby być szczęśliwym? No właśnie, bo byłoby dobrze być szczęśliwym. Mam znajomą, która za parę miesięcy wychodzi za mąż, z całym możliwym tego przepychem, a ja czasem słucham o różnych jej ślubnych i weselnych planach i staraniach. I mam wtedy czarne koła przed oczami, a moja wyobraźnia podpowiada wszelkie możliwie straszne scenariusze, co dalej może się stać w tej historii. Rozmawiamy o tym z Piotrem i ja mówię:

- Boję się wielu rzeczy. To jest właśnie ten problem, którego nie mają młodzi ludzie, więc mogą myśleć o sukniach, fryzurach – tłumaczę, jak mi się zdaje całkiem roztropnie.
A on na to:
- No tak, bardzo są nierozsądni i z pewnością kiedyś swojej lekkomyślności pożałują – raczej sarkastycznie to mówi.
- Niekoniecznie, nie wszyscy. Niektórzy będą szczęśliwi – mówię.
- No właśnie.
- I ja też bym chciała – na to ja.
- A u ciebie juz wszystko stracone? Bo tak bardzo boisz się popełnić błąd? – pyta.
- Jeśli będę rozsadzać wszystko od środka, to niewiele mi wyjdzie ze szczęścia i pewnie, jeśli będę się wszystkiego bać: także – tak odpowiadam i sama nawet dokładnie już nie rozumiem, co mam na myśli.

I tak to właśnie jest. Nie bałam się zostawić wszystkiego w mieście pionierów i wyjechać do Warszawy. Nie bałam się potem jeszcze stu rzeczy, których właśnie należało się obawiać. Odważnie odprawiłam pewnego dnia męża, choć on podejrzewał, że nie dam rady pociągnąć bez niego tygodnia, bo się pogubię w rachunkach, nie będę potrafiła odetkać zlewu i będę się bała pójść do urzędu. Nie wspominając nawet o tym, że będąc jeszcze w szkole podstawowej udzieliłam jednej koleżance całkiem sprawnie pierwszej pomocy (choć robić tego nie potrafiłam, bo nas pierwszej pomocy nie uczono, tylko jak założyć maskę gazową), a także o tym, że kilka razy w życiu zdarzyło mi się zabić kapciem karalucha długości co najmniej 4 cm (a było to w pewnym mieszkaniu przy Broniewskiego, kiedy wymieniali rury i karaluchy latały po kuchni i pokojach jak jamniki z sennego marzenia Waldorffa). 

Taka jestem więc odważna i niczego się nie lękam, a paraliżują mnie strachy wygenerowane przez własny umysł.  
Wszystko jednak w życiu ma swoją przyczynę. I to jest może taka przyczyna: Kiedy byłam małą dziewczynką moja babcia lekkomyślnie pozwoliła mi obejrzeć w telewizji film, czy też spektakl teatralny o wampirach. Całą noc i wszystkie kolejne noce przez następnych parę lat spędziłam z głową pod kołdrą, w paraliżującym lęku, oczekując na nadejście chmary wampirów, które mnie załatwią. Wypiją ze mnie całą krew, a resztę mnie wyrzucą na śmieci. Ale w końcu mnie nie załatwiły, nigdy się nie zjawiły, nie spożyły ani kropli mojej krwi i wreszcie jakoś do nich przywykłam. 

Co ty piszesz?

- Co ty piszesz, mamo?
- A nic, tak sobie piszę.
- Do pracy? 
- Nie, nie do pracy.
- To co? O mnie?
- A wiesz, że o tobie.
- O, to bardzo dobrze. Napisz, że chodzę do drugiej klasy, że się przyjaźnię z Kacprem, że ja mam królika, a Kacper tylko siostrę niestety.
- I co jeszcze?
- Eee,  możesz napisać, jak byłem mały i jaki wtedy byłem fajny.
- A teraz nie jesteś fajny?
- Jestem, ale z takim dorastającym  dzieckiem, które chodzi do szkoły, to wiesz, coraz więcej kłopotów.
- Mateusz, ja z tobą nie mam żadnych kłopotów.
- Bo ty jesteś bardzo dobrą matką.

środa, 23 listopada 2011

Matka królika (1)

- Teraz masz dwóch synów – powiedział do mnie niedawno Mateusz. A na moje lekkie zdziwienie zareagował wskazując palcem na królika.
Trudno powiedzieć dlaczego, pewnie z powodu świnkowej śmierci, a może z jakiegoś innego powodu, ale bardzo się martwię o tego królika. Martwię się, że zachoruje i umrze; niepokoję się więc, kiedy je zbyt wiele i czuję obawę, gdy nie chce jeść. Boję się o niego, kiedy za dużo czasu przeznacza na sen i wtedy, kiedy pędzi galopem po całym mieszkaniu i skacze na półtora metra w górę.  Kiedy obgryza przewody elektryczne i gdy nie ma na to ochoty. Rano kiedy wstaję, najpierw idę więc zobaczyć, czy królik jeszcze żyje, a potem dopiero – dla przyzwoitości – sprawdzam, czy żyje Mateusz. No bo tak: o Mateusza z biegiem czasu już się prawie wcale nie martwię. Coraz rzadziej zaglądam do jego zeszytów, każę mu samemu pakować książki, zeszyty; ołówki i kredki temperować, a jak nie chce jeść kolacji, to go do tego nie namawiam.- niech nie je. Za to zachęcam i namawiam, żeby przyzwyczajał się do myśli, że za jakiś czas sam zacznie chodzić do szkoły i wracać z niej do domu. A za to martwię się i niepokoję o królika. Nie przewiduję też, żeby miał wychodzić sam na spacery itp.

wtorek, 22 listopada 2011

List do Mikołaja

Listopad jest miesiącem w naszej strefie klimatycznej dość ponurym. I być może teraz właśnie nastały najbardziej ponure dni roku. Ale Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście już są przygotowane do świąt. Na Marszałkowskiej też są dekoracje, ale jednak trochę ich mniej.
- Bo przecież święta są wcale niedługo – objaśnił mi Piotr, a ja przyznałam mu rację, bo rzeczywiście są niedługo. I właściwie nie mam nic przeciwko tym dekoracjom i piosenkom świątecznym. Jedyna rzecz, której się sprzeciwiam to ciasto świąteczne, które widziałam w pewnym sklepie. Zapakowane w pudełko, wyglądało ono jakby pochodziło z zeszłego Bożego Narodzenia, albo nawet sprzed paru lat.


- Mamo, najwyższa pora napisać list do Mikołaja – powiedział Mateusz, zaraz kiedy wróciliśmy ze szkoły do domu – Przecież on musi mieć jeszcze czas na zakupy...  – objaśnił mi na wypadek wątpliwości. „Ciekawe jak długo ty będziesz jeszcze wierzył w tego Mikołaja?” – pomyślałam, ale zadałam zupełnie inne pytanie:
- A jak dostarczysz ten list?
- Może wrzucę do skrzynki, albo zostawię na biurku i Mikołaj go sobie zabierze… Jak to zrobić? Jak to zrobić? – zastanawiał się i nagle mówi do mnie – Mamo, a ty napiszesz list do Mikołaja?
- Nie, no co ty?
- Nie chcesz dostać prezentu? – Mateusz popatrzył na mnie badawczo, a w jego oczach pojawiła się nieufność.
- Chcę, ale pewnie i tak nie dostanę – powiedziałam dość niepewnie.
- Ale ty wierzysz w św. Mikołaja? – zapytał troskliwie.
-  Ależ oczywiście, że wierzę! – No i tu dawaj pogadankę o bydlęcym patronie: darowałam sobie chyba jedynie wątek kradzieży ciała Mikołaja przez Baryjczyków, żeby nie mnożyć zagadnień w tej i tak niełatwej rozmowie.
- Dobrze dobrze – przerwał mi Mateusz – a jak on się przemieszcza? To było jedno z tych rzeczowych pytań, które rodzicom na całym świecie spędzają sen z powiek.
- Chyba wiadomo ci, że ma zaprzęg z reniferami?
- No tak – westchnął Mateusz – ale to bajki, że renifery latają. Przecież niemożliwe, żeby latały. Nawet skrzydeł nie mają! 
- To wierzysz w Mikołaja, a nie wierzysz w latające renifery? – zapytałam nieco prowokacyjnie.
I wtedy Mateusz powiedział:
- Tak! A ty wierzysz w Mikołaja, a nie wierzysz, że ci przyniesie prezenty – i pokiwał ze współczuciem głową.




poniedziałek, 21 listopada 2011

Między słowami, albo zagubione w tłumaczeniu

Przyjaciółka wyjaśniła mi, że kiedy się ma tyle lat, co my, zwłaszcza kiedy ma się dziecko, a tym bardziej dzieci, to nic niej jest już proste. Sama to wiedziałam, albo przynajmniej przeczuwałam, ale byłam jej wdzięczna, że to powiedziała. Powiedziała mi też: „Zobacz - przecież to, że się jest z kimś mało komu daje szczęście. Większość ludzi jest z tym nieszczęśliwych”. I przyznałam jej rację.  Lepiej się nie rzucać na głęboką wodę – tak mówi – bo przecież nie uciekniesz przed tym, że masz dzieci i one wciąż z tobą będą. „Święte słowa” – tak właśnie pomyślałam. To jest spora ulga, kiedy się jest samemu dojść do przekonania, że ci, którzy sami nie są też mają z tego trochę zmartwień. Nie zawsze jest im dobrze, a czasem nawet jest im całkiem źle.



Wiele lat temu spędzałyśmy długie wieczory w różnych kuchniach i klitkach. Najlepiej pamiętam dwa takie miejsca - w bloku na ulicy Mała, w obecnie modnej okolicy, która wtedy była taka sobie i w innym bloku na Sadach Żoliborskich. Oba zresztą miejsca odegrały w moim życiu bardzo zasadniczą rolę, o czym może kiedyś napiszę, a może nie. W tych właśnie mieszkaniach sobie siedziałyśmy, paliłyśmy tony papierosów i byłyśmy kosmicznie nieszczęśliwe – albo jedna, albo druga, a najczęściej równocześnie, choć z różnych powodów. Od czasu do czasu kręciły się w okolicy różne inne dziewczyny, a także chłopcy. Wydawało się nam wtedy, że zawsze będziemy siedzieć w wynajmowanych mieszkaniach, w dymie i w szumie muzyki z kaset Nico i Marianne Faithfull. A oczywiście tak się nie stało. Już nawet papierosów nie palimy, jeśli o mnie chodzi, to słucham też raczej weselszej muzyki. I ci wszyscy wspaniali chłopcy, którzy przyczyniali nam wtedy zmartwień i komplikowali życie: Wydawało się, że nigdy się od nich nie uwolnimy, a nawet gorzej. Bo przecież wcale nie chciałyśmy się od nich uwalniać. To wszystko miało się nigdy nie skończyć. A potem wszyscy oni się postarzeli i popadli w zapomnienie. 

niedziela, 20 listopada 2011

Wycieczka

- Jak było na wycieczce?
- Fajnie, wiesz zgubiłem rękawiczkę w autokarze
- A to nic. Zapomniałam ci dołożyć 5 zł, bo tak się śpieszyliśmy na autobus…
- Autokar, nie autobus!
- No tak, autokar.
- Ale to nic, bo mi starczyło 5 zł. Kupiłem bączka i łyżkę do miodu, i pan mi wydał  2 zł.
- O widzisz, to możesz sobie jeszcze coś za to kupić.
- Nie, bo oddałem Maksowi.
- Oddałeś?
- Tak.
- A co on kupił?
- Nic.
- Nic? To po co mu dałeś?
- A bo jestem dobrym kolegą. Maks chciał, to mu dałem.

sobota, 19 listopada 2011

Wojna płci

Poszliśmy do kina. A w kinie obejrzeliśmy film. Baby są jakieś inne. Już to pewnie każdy widział, a my nie – odwrotnie. W dodatku to ja bardziej chciałam iść, bo Piotr był głodny i nie miał chyba zbyt wielkiej, ochoty, co ja szybko zauważyłam, więc mówię:
- Może nie idźmy – a on na to:
- Ale idźmy.
- Ale widzę, że nie chcesz – mówię.
- Ale chcę – on na to.

Tak sobie konwersowaliśmy, no wreszcie  i poszliśmy. Do mojego ulubionego kina w Pałacu Kultury i Nauki. Od wielu osób słyszałam, że film ten jest zabawny. A dla mnie nie; był ponury, smutny i w dodatku trochę za długi. W ogóle nie sądzę, że mężczyźni w taki sposób myślą o kobietach, ani że tak mówią. A nawet jeśli się mylę, to wolę sobie żyć w moim zmyleniu, niż przyjąć do wiadomości, że tak właśnie jest.

Potem w domu obejrzeliśmy jeszcze jeden film pt. Ćma barowa (Barfly), będący awanturniczą autobiografią Bukowskiego. Przez większość czasu bohater, bardzo zmyślnie nazwany Henrym Chinaskim zajmuje się piciem, a w międzyczasie przeżywa perypetie miłosne, bo jego świeża ukochana za flaszkę wódki, czy czegoś podobnego oddaje się jego największemu wrogowi i każdemu, kto zechce. Chinaski stawia, albo jemu stawiają, ponadto bierze udział w paru bijatykach, nie zawsze zakończonych jego triumfem. I chodzi niedomyty, a do tego w powalanym krwią ubraniu. 
Jest tam mniej więcej taki dialog:
- Każdy może pić.
- Każdy może nie pić. Potrzeba talentu, żeby być pijakiem. Wytrzymałości.
No i główny bohater pije przez cały czas i wygląda na bardzo zadowolonego z tego powodu. Pije sam, albo w towarzystwie kobiet, albo w towarzystwie kogokolwiek. Rzeczywiście jest wytrzymały.


Te dwa filmy miały coś ze sobą wspólnego, ale ten drugi – pomimo paru wad – wydał mi się weselszy. Panowie z filmu Baby są jakieś inne cały czas narzekają na kobiety, że to, że tamto. Przy tym wszystkim jednak oni by chcieli być z kobietami, a kobiety z nimi niekoniecznie. A Chinaski, mimo że ma powody, nie narzeka i kobiety jakoś chętnie do niego przystają. A dzieje się tak być może dlatego, że choć spity i poobijany, wydaje się znacznie bardziej sympatyczny niż ci dwaj od Koterskiego. I ma pozytywne nastawienie.

A po tym wszystkim (i może z jeszcze innych powodów) w nocy nie mogliśmy spać. Ale jak jedno się budziło, to drugie spało i na odwrót. Tak że do ranka dotrwaliśmy z przekonaniem, że to drugie spało, podczas gdy pierwsze cierpiało na bezsenność – i odwrotnie. 

czwartek, 17 listopada 2011

Podział majątku

Najpierw była bardzo uprzejma wymiana korespondencji:
„W przyszłym tygodniu, chciałbym odebrać wszystkie moje rzeczy, więc musimy umówić się na jakiś dzień”.
„Na szczęście dla mnie nie mam tak, że się muszę z Tobą umówić, ale z przyjemnością Ci oddam resztkę Twoich rzeczy, zwłaszcza książek, bo mi tu nieco zawadzają”.

I wreszcie nastąpił ten dzień. Przybył w towarzystwie kolegi, zresztą bardzo sympatycznego. Rozbawiło mnie to jednak trochę, ponieważ w dawnych czasach nie zostawiał na nim suchej nitki, a to że taki, a to, że nie-taki. A teraz się nagle okazało, że tylko na jego pomoc może liczyć. Tak to niestety w życiu bywa, więc w sumie należy uważać, co się opowiada o innych, a nawet co się o nich myśli (to pierwszy morał, jaki wynika z tej historii). Niestety to była ostatnia rzecz zabawna podczas tej wizyty.

Najpierw zaczął zbierać stosy książek. Sprawdził, czy oddałam mu wszystkie płyty Kultu (w tym czasie ja wyrażałam zdziwienie, dlaczego miałabym oddać wszystkie). Zażądał jakichś papierów, bodajże z ZUSu. Potem powiedział, że chce jeszcze inne książki. I zabrał biografię Ciołkosza, książkę o latach trzydziestych Garlickiego i „Onych” Torańskiej. „Wprawdzie to ja je kupiłam, no ale niech ci będzie” pomyślałam . Potem zażyczył sobie ceramicznych garnków i japońskich filiżanek.
- To mój prezent ślubny od Czesia!
- Twój? – zapytałam. Słaba była ta rozmowa.




Garnki i filiżanki rzucił na górę pudła z rozmaitymi rzeczami i trochę było mi ich szkoda, bo już oczami wyobraźni widziałam, jak się będą tłukły. Przy okazji nie omieszkałam powiedzieć:
- Buddę też zabrałeś, a mówiłeś, że to prezent (głowa Buddy była przywieziona z Indii).
- Prezent? Prezent? Mało prezentów ode mnie dostałaś? Zegarek! Perfumy! – coś jeszcze wymieniał, ale nie pamiętam tych dóbr.
- Oddaj mi obrączkę.
Znalazłam i oddałam (bardzo sprawnie, bo już wcześniej myślałam, żeby oddać, więc wiedziałam, gdzie jest).
 – Będę miał na pierścionek zaręczynowy – powiedział do kolegi, a ja pomyślałam z ulgą, że bardzo dobrze się stało, że ja od niego takiego pierścionka nigdy nie dostałam.
- Daj mi sprzęt kempingowy, bo przecież nie będziesz go używać. I zaczął zabierać, a to krzesełka, a to stolik, wreszcie namiot. Jak szukał namiotu, znalazł hantle. Wyraził podejrzenie, że komuś oddałam ich elementy, ale jakoś poodnajdywał wszystkie.  I wreszcie mówi: 
- Ty nie jesteś normalna. Ludzie się kulturalnie rozstają, a ty nie potrafisz. Ludzie po rozstaniu żyją w przyjaźni, a z tobą się nie da (i to jest drugi morał, jaki wynika z tej historii). Zabrał stosy rzeczy, kolegę (który biedny, tak się nasłuchał, że siedem razy zastanowi się, zanim podejmie decyzję o zalegalizowaniu swojego związku) i poszedł. A w domu zrobiło się wreszcie więcej miejsca. I zrobiło się weselej. Zwłaszcza wesoło było królikowi, któremu podczas tej wizyty udało się kilkukrotnie (niemal cudem) uniknąć rozdeptania przez zimowe męskie obuwie.    

środa, 16 listopada 2011

Polityka

Polityka kilka razy wkraczała w nasze życie – jak to się mówi – z butami i nie mając w zanadrzu niczego dobrego.
Zaczęło się to (o ile sięgam pamięcią) co najmniej od mojej prababci, która związała się z żonatym mężczyzną, a nawet urodziła mu dziecko (to znaczy moją babcię), a on, jako  że na przeszkodzie stało mu przedwojenne prawo, nie mógł się rozwieść ze swoją legalną żoną. Może zresztą nie dość się starał w tej sprawie, no i wreszcie umarł na chorobę, którą zwano w tych czasach „galopującymi suchotami”, zostawiając prababcię w pewnym kłopocie (i z nieślubnym dzieckiem). Od tego czasu zresztą trwa w mojej rodzinie dość konsekwentny antyklerykalizm, ponieważ ksiądz proboszcz nie chciał pochować mojego pradziadka na cmentarzu parafialnym jako grzesznika (i oczywiście też babcia miała z tym niemały kłopot).  
Szkoda tu miejsca na mnożenie przykładów potwierdzających zgubny wpływ polityki na życie mojej rodziny. Był on jednak z niezaprzeczalny. Co gorsza, nawet kiedy połowa społeczeństwa zaczęła ją ignorować i pogrążyła się w rozkosznych odmętach konsumpcjonizmu, w moim życiu polityka ciągle coś mieszała (o czym w pewnym sensie traktował blog nr 1, którego nie mogę wykasować, bo zapomniałam do niego hasła). Były z nią same kłopoty. Niemal  przez to osiwiałam i prawie że dostałam ciężkiej nerwicy. Aż w końcu przestałam czytać gazety (tylko je kartkuję w poszukiwaniu co bardziej udanych ogłoszeń matrymonialnych), w wiadomościach telewizyjnych oglądam z reguły tylko pogodę (i to głównie na Syberii i Tajwanie), a przeglądając portale internetowe poprzestaję na informacjach dotyczących rury, która pękła w Alejach Jerozolimskich. 

I właśnie dzisiaj z tego eskapistycznego stanu wyrwała mnie euforia Mateusza:
- Mamo! Mamo! Mamo! Ja zostanę wybrany do trójki klasowej! – Mateusz podskakiwał i pohukiwał. „Ocho, jest się z czego cieszyć….” – pomyślałam, ale głośno starałam się wyrazić pozytywne zaskoczenie:
- Jak to? – zapytałam, oddając się wyciszającej czynności prasowania.
- A tak! A tak! Taaak! U nas było głosowanie, wszyscy głosowali i ja mam  bardzo bardzo dużo głosów! Najwięcej ze wszystkich! – pohukiwał mój bardzo rozentuzjazmowany synek.
- To dużo, czy najwięcej? – starałam się pytać rzeczowo, żeby stłumić nieco jego samozadowolenie.
- Oj chyba najwięcej. Najwięcej! Najwięcej!
Przez moją głowę przeleciały obrazki z ostatnich wyborów, czy właściwie z wieczoru wyborczego. Te wszystkie małe i duże triumfy, porażki, katastrofy i rozpacze. Dziś po stronie Mateusza był prawdziwy triumf, niespodziewanie bowiem okazało się, że wyborcy go kochają i obdarzają zaufaniem. „Mógłbyś im teraz podnieść VAT i odebrać odpis za prace autorskie, o becikowym nie wspominając” – pomyślałam jeszcze, ale nic nie powiedziałam, żeby mu nie psuć charakteru. Okazało się jednak, że na to już jest za późno.
- A wiesz mamo, że na Natalkę to nikt prawie nie zagłosował! Miała na pewno najmniej głosów – triumfował mój syn.
- Zaraz zaraz – wyraziłam w ten sposób niepokój – Skąd możesz to wiedzieć? I dlaczego myślisz, że nikt na nią nie głosował – czułam się w jego towarzystwie coraz mniej pewnie.
- No jak skąd? Jak to skąd?! Bo ona nie chodzi na obiady. Wiesz, bo nie ma pieniędzy i nie jest ładna, nikt jej nie lubi. Tylko Ala na nią głosowała – objaśnił mi nadspodziewanie rzeczowo. 
Głos mi odjęło na trzy sekundy, ale wreszcie powiedziałam:
- Mateusz, słuchaj, to że ktoś nie ma pieniędzy, to nie jest jego wina. Tak jak nie jego zasługa, że ma pieniądze. Jeden jest bogaty, a inny biedny. Ale ktoś taki też może być dobrym gospodarzem klasy – a Mateusz niby mnie słucha, ale jakby wcale nie, otumaniony swoim wyborczym sukcesem. Więc wreszcie powiadam do niego (już trochę nerwowo):
- Posłuchaj, a zastanów się, co by było jakby mnie zwolnili z pracy. Wtedy też stalibyśmy się biedni i pomyśl, jakbyś się czuł, gdyby Kacper i Karol powiedzieli, że z tego powodu nikt cie nie lubi?
A wtedy Mateusz powiedział:
- Mamo, ty jesteś dyrektorem. Ciebie nikt nie może zwolnić z pracy. Ty możesz pozwalniać swoich kolegów – i popatrzył na mnie znacząco.
Pomyślałam, że muszę się ukryć w kuchennym zaciszu. Odwróciłam się na pięcie i poszłam jeszcze trochę poprasować i pomyśleć: Czy to znaczy, że polityka, którą stąd wykurzyłam (zdawało się, że na dobre) wróciła kuchennymi drzwiami? albo może znaczy, że z dużym rozmachem odcięłam tej hydrze jedną głowę, a w jej miejsce wyrosły cztery następne?”. 


Moje ponure rozmyślania przerwał straszliwy rumor. Jakby się waliło Rzymskie Imperium. Biegnę więc, gdzie ten rumor. Biegnę, wyobrażając sobie różne potworności, które mogły się wydarzyć. Aż wreszcie dobiegam do Mateuszowego pokoju i patrzę, a łóżko, na którym leży przyszły (być może) gospodarz klasy  pod nim połamane.
-Połamało się – mówi Mateusz i rozkłada bezradnie ręce – Trzeba będzie kupić nowe.

wtorek, 15 listopada 2011

100 zł

- Mamo, daj mi 100 zł, bo jadę na wycieczkę.
- Ale pani napisała w dzienniczku, żeby dzieci przyniosły po 75 zł.
- A nie możesz dać mi 100?
- Mam 75.
- To weź z bankomatu 100 zł i mi daj.
- Ale po co ci 100, jak pani powiedziała, że trzeba przynieść  75?
- Bo jak zaniosę 100, to pani mi wyda resztę. 25 zł.
- A po co ci 25 zł, chcesz coś kupić?
- Nie, chcę ci przynieść. Przyniosę i powiem: masz, mamo, tu 25 zł. I ty się ucieszysz, i powiesz: "Dziękuję, Mateusz". I nie będziesz już musiała tyle pracować!

poniedziałek, 14 listopada 2011

Muzeum Starych Kapci

Chciałam cię zapytać, już bardzo dawno chciałam, ale się powstrzymywałam, po co ci te kapcie damskie?
- Jak to po co kapcie?
- Damskie kapcie…
- To takie kapcie, które sprawiłem koleżance, bo nie chciała chodzić boso, albo nie chciała chodzić w butach.
- Więc masz stare kapcie, które kupiłeś koleżance?
- Tak.

U mnie w pracy, w muzeum też jest trochę kapci, niektóre parami, a inne pojedynczo, niektóre ze skóry, a inne ze słomy. Wszystkie te kapcie mają status obiektów zabytkowych i swoje numery inwentarza. Leżą w specjalnych pudełkach na muzealnych regałach, otoczone stosownym szacunkiem, który sprawia, że nikomu nawet by do głowy nie przyszło, żeby je włożyć na nogi. Zresztą nawet gdyby ktoś wpadł na taki pomysł, to miałby z tym kłopot, bo wszystkie te kapcie mają małe rozmiary. Czy ci, co je nosili gdzieś tam w Egipcie, czy Nubii mieli takie małe stopy, czy też kapcie przez wieki się skurczyły – trudno powiedzieć. Jako obuwie są teraz w każdym razie całkiem bezużyteczne.  
Te muzealne kapcie przypominają mi jeszcze inną historię.

W 1994 roku prawdopodobnie, a na pewno w listopadzie – z moim kolegami: Krzysztofem i Marcelim pojechaliśmy do Kijowa, do naszego przyjaciela Romana. Ci dwaj – Roman i Marceli już zresztą nie żyją, co jest bardzo smutne i absurdalne zarazem, tak absurdalne, że nie chce się w to wierzyć.
To była długa podróż, pełna przesiadek, podmiejskich pociągów i prowincjonalnych stacji kolejowych. Pobyt w Kijowie był bardzo udany i prawdziwie magiczny. Wtedy trafiłam pierwszy raz do Ławry Pieczerskiej; odwiedziłam różne cerkwie i byłam też oczywiście w pieczarach. Korytarze były prawie puste, nie trzeba się było śpieszyć, można było spokojnie pochodzić i popatrzyć na wszystko. Wielkie wrażenie zrobiły wtedy na mnie małe komory z ikonostasami jak dla krasnoludków, ale przede wszystkim ciała mnichów pieczerskich poukładane w różnych miejscach, odziane w stroje pośmiertne, z zasłoniętymi twarzami, i dłońmi zasłoniętymi. Wszyscy oni byli malutcy, jakby dopasowani do tych krasnoludkowych kapliczek i ikonostasów. I zastanawiałam się wtedy (tak jak wiele razy potem i tak jak względem tych kapci, które  są ozdobą muzealnych kolekcji), czy ci mnisi kiedyś tacy byli niewielcy, czy też skurczyli się leżąc latami w swoich grobach. Ponieważ ich ciała były dokładnie odziane i osłonięte, aż po czubki głów, jedyne co tak naprawdę było widać to kostki i stopy owinięte jakimiś tkaninami i kapcie na ich biednych cieniutkich nóżkach. Bardzo strojne to były kapcie w różnych kolorach i z pomponami, że aż by się chciało ich dotknąć, gdyby nie to, że wcale ich się dotknąć nie chciało. Bo w takich rzeczach, które znajdują się już w krainie umarłych jest coś straszliwego, co powoduje, że po plecach chodzą ciarki, ręce się zaczynają trząść, a oczy same się przed nimi zamykają.

sobota, 12 listopada 2011

Trzy decyzje

Seria przełomowym decyzji, bo mam skłonność do pochopnego podejmowania decyzji przełomowych:
Decyzja nr 1 – była taka, że pojedziemy do sklepu zoologicznego i kupimy zwierzątko. Od zgonu ostatniego minęło trochę czasu, a wczoraj I. prezentowała pięknego chomika, którego Mateusz bardzo jej zazdrościł. Odbyliśmy na ten temat poważną rozmowę, w której rozważyliśmy kwestię opieki nad zwierzątkiem, jego mobilnością, a także sprawę naszych wzajemnych uczuć. Wszystko to się działo w tramwaju nr 18 nieoczekiwanie jadącym z Mokotowa na Plac Narutowicza, a dalej w autobusie nr 191. Ulice Warszawy były puste, bo wszyscy się pewnie przestraszyli różnych bojówek grasujących po mieście. Autobus 191 mknął w ciemnościach, a my (całkowicie nieświadomi wszystkich zagrożeń) rozmawialiśmy, jak by to było, gdybyśmy mieli świnkę, chomika, albo królika. I dziś wróciliśmy do domu z królikiem, któremu w autobusie nr 178 (z kolei) o godzinie 12 Mateusz nadał imię Michał.
Decyzja nr 2 – dotyczyła porządków po NNie, żeby je wreszcie zakończyć. Żeby oddać mu różne jego rzeczy. I teraz leżą w przedpokoju trzy sterty książek, a na wierzchu leży „Malowany ptak”. Niech je sobie zabierze.
Decyzja nr 3 – jest taka, żeby trochę bardziej panować nad emocjami. O ile jednak łatwo jest wziąć do domu zwierzątko, łatwo jest po kimś oczyścić terytorium, a nawet oddać mu książki i płyty, które wolałoby się zachować na zawsze, to ta ostatnia sprawa nie jest wcale łatwa do przeprowadzenia.

piątek, 11 listopada 2011

11.11.11

Dziś jest magiczny dzień, to znaczy magiczna data – tak uzgodniliśmy z Mateuszem. Szkoda tylko, że pomyśleliśmy o tym poważniej dopiero przed godziną 12, w związku z czym ominęła nas najbardziej emocjonująca minuta tego dnia, to jest 11.11. 
Mateusz już wczoraj był w mocno patriotycznym nastroju, z powodu szkolnych zajęć i apeli. Tak więc, żeby w sposób właściwy ukoronować ów nastrój, wybraliśmy się na patriotyczną manifestację. Niebo było niebieskie i słońce świeciło, a Marszałkowska rozbrzmiewała radosną muzyką. Powiewały flagi tęczowe, piłki plażowe śmigały na kolorowym tłumem i dużo sympatycznej młodzieży się plątało wszędzie, ale niestety po bramach kręcili się również smutni panowie, w szarej odzieży i niewesołych nastrojach. 


Z T. oraz I. i K. postaliśmy na czele blokady, urozmaicając czas policjantów w czarnych zbrojach widokiem rozbrykanych dzieci, ale potem coś się nagle stało (za sprawą tych niewesołych) i zabrałyśmy stamtąd dzieci, żeby ktoś im nie wybił dopiero co wyrośniętych stałych zębów przednich. Po sprawnie przeprowadzonej ewakuacji pojechaliśmy do T. i zjedliśmy barszcz. Ukraiński.

czwartek, 10 listopada 2011

Dr Freud i dr Jung (a także dr Spielrein)


Wczoraj była pełnia księżyca. W nocy - jak wyjrzałam z ciekawości przez okno - widać było  białe chmury na niebie kłębiaste, między nimi był księżyc cały, a pod nim gwiazda. Bardzo to był  malowniczy i wzniosły widok. Wcześniej poszliśmy do kina. Nie tak od razu i nie bez rozważań typu: iść, czy nie iść, a może iść do domu, a może jednak do kina, a jeśli do kina, to do którego. W końcu jednak poszliśmy do kina na ulicy Chmielnej, gdzie grali film o psychiatrach i psychoanalitykach, a także o pacjentach i o tym, że nie do końca wiadomo czasem, kto jest pacjentem, a kto lekarzem. 


Dla mnie był on głęboko przejmujący, z tym całym obnażaniem opętania cielesnością i seksem,  uciekaniem  przed tym, co jest wycięte w psychice jak matryca, zatarciem granic  pomiędzy chorym a zdrowym i jeszcze do tego z kumulacją relacji pomiędzy osobami dramatu: kobietami a mężczyznami i odwrotnie. A Sabina Spielrein napisała o opowiedzianej w filmie historii tak: „Cztery i pół roku temu dr Jung został moim lekarzem, następnie przyjacielem, a na końcu poetą, czyli ukochanym. Wreszcie przyszedł do mnie i sprawy potoczyły się tak, jak na ogół dzieje się z poezją.

środa, 9 listopada 2011

Plan Pięcioletni

W Moskwie pada śnieg, a w Warszawie jest na razie jesień, ale to jest jesień zimna. Pociągi gubią się we mgle, pasażerowie się kłócą kto kogo kopnął, a w mojej muzealnej piwnicy jest zimno i ponuro. Nie jest to najlepsza pora na stawanie twarzą w twarz z wyzwaniami, a tymczasem właśnie dziś o poranku moją codzienną lekturę pokrzepiającego horoskopu w „Metrze” przerwały słowa:
- I pomyśl, jakie masz plany na przyszły rok. A tak: trzeba powoli przygotowywać plany, co będziemy robić, co pisać , gdzie jechać oraz inne – powiedziała B.
- Boże jedyny – westchnęłam. 

Bo jakie ja mogę mieć plany? „Mam taki plan, żeby się rozwieść. Żeby nie zaniedbywać innych spraw urzędowych. Żeby sprzątać mieszkanie chociaż raz na miesiąc. Żeby napisać, to na co się zgodziłam w stanie ataku endorfin na mózg. Żeby to napisać, a potem już się bardzo zastanawiać, zanim zgodzę się zrobić coś, czego może będę żałować. Żeby być dobrą dla dziecka (choć też nieprzesadnie dobrą, żeby mnie nie zaczęło wykorzystywać ze szkodą dla własnej psychiki w przyszłości), więc żeby dziecko też sprzątało (ale bez przesady, bo mnie mama zmuszała do tego całe lata i do dzisiaj mam spory uraz w psychice)”.
Tak właśnie rozmyślałam nad wymiętym horoskopem, w którym napisano: „Raki mają szansę na miłość” i dalej, że powinny być otwarte i spędzić wieczór ze znajomymi: „No tak, ale jeśli chodzi o miłość (tu lekki niepokój – bo jeśli mam szansę, to znaczy, że teraz co: jest? nie ma?), jeśli chodzi o miłość, to już może lepiej niczego nie planować zbyt starannie. Bo jeszcze nikt nigdy na takim planowaniu dobrze nie wyszedł. Jednak z drugiej strony, czy się zaplanuje, czy też nie, w sumie nie ma to większego wpływu na rozwój wypadków, ponieważ pewne rzeczy dzieją się same i nie zależą od planowania. I można pokochać kogoś, kto sprząta, a nawet kogoś, kto nie sprząta, choć to ostatnie może być dość uciążliwe, ale tak naprawdę to pierwsze również. Gdyby się kochało kogoś, kto ma zwyczaj sprzątać co tydzień i to w każdą sobotę, i robi to zamiast iść na spacer, do kina, albo gdziekolwiek i jeszcze patrzy na ciebie z wyrzutem,  że leżysz na kanapie i nic nie robisz, a wyrzut ten narasta z każdą chwilą, aż wreszcie awantura gotowa. Trudno sobie wyobrazić, że można kogoś takiego pokochać, ale przecież czasem się to zdarza (a jednak dobrze, że nie mnie)”.

- Ojej – westchnęłam raz jeszcze – a czy te plany to już dzisiaj muszę sformułować?
- Nie nie, wcale nie, bo przecież do końca roku zostało jeszcze bardzo dużo czasu – powiedziała B. a ja poczułam ulgę, że wielkie decyzje, co robić, a czego nie robić dopiero przede mną.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Droga ze szkoły

Wracamy ze szkoły, jest piękna pogoda, powietrze jest przejrzyste, żółte liście szurają nam pod stopami, a na ciemnobłękitnym niebie świeci księżyc.

- Mamo, kiedy jestem u taty, to tęsknię za tobą. A kiedy jestem z tobą, to tęsknię do taty – tak mówi do mnie Mateusz. Słyszałam to już kilka razy i wiem, że to bardzo dobrze, kiedy dziecko mówi takie rzeczy, bo lepiej, jeśli mówi, niż gdyby miało nie mówić.

- Mamo, ja mam ciężkie życie – mówi Mateusz i wzdycha. Wcale nie jest mi łatwo tego słuchać. I długą minutę myślę, co powiedzieć mądrego i pokrzepiającego.

A wtedy nagle Mateusz zaczyna opowiadać o Karolu, który wchodzi do dziewczęcej łazienki i już nie jest „Karolem” tylko „Karoliną”, o czytance z podręcznika o dwóch żabach, które wybrały się do Zakopanego, o sprawdzianie z angielskiego, o tym że dr Dolittle nie jest postacią fikcyjną  i ciekawe, gdzie można znaleźć jego grób, że być może jest on w Puddleby, o tym, że w sklepie już można kupić czekoladowe Mikołaje, i że może kupimy jednego.

piątek, 4 listopada 2011

Życie na Marsie

Dziś rano usłyszeliśmy w radiu informację o tym, że zakończyła się wirtualna podróż na Marsa, którą przygotowali rosyjscy uczeni. Ta wiadomość rozbudziła Mateusza:
- Mamo! mamo! Ludzie dotarli na Marsa! – zawołał, a ja czułam się niestety w obowiązku zgasić ten entuzjazm, zapewniając go jednak, że pewnie i tak wcześniej lub później ludzie na Marsa polecą.



- Mamo, a czy wiesz, że Polacy odkryli planetę w innej galaktyce? – zapytał Mateusz przeciągając się w łóżku i jedząc równocześnie  kanapkę.
- Tak? – zainteresowałam się szczerze.
- I być może na tej planecie zostanie odkryte jakieś życie – powiedział. Pomyślał, pomyślał i dodał: No… na pewno jakieś życie tam odkryją.

czwartek, 3 listopada 2011

Wiara

O 6.28 otrzymałam z sąsiedniego pokoju smsa: "kocham cie mamo"; o 6.29 odpisałam: "Kocham Cię synku"; o 6.32 napisał: "9+9="; o 6.33 ja napisałam: "18".


Kiedy byłam mała, to strasznie zmyślałam.
Działo się to chyba w drugiej klasie. Miałam swój alternatywny świat, w którym kto inny był moją mamą i tatą. Zwłaszcza tatą; w świecie alternatywnym był on policjantem posiadającym służbowego psa, którego imienia niestety nie pamiętam. W świecie tym miałam też starszą siostrę, ale również jej imię dawno zapomniałam. Byłam bardzo zżyta z moją zmyśloną rodziną, która była znacznie bardziej atrakcyjna i zabawna niż moja zwykła rodzina z mamą i tatą, bez siostry i psa. Bardzo chętnie opowiadałam wszystkim o tym drugim świecie, ale pewnego dnia jedna z moich koleżanek, która znała mnie z przedszkola wyjawiła innej (ze szkoły) całą prawdę o moim życiu. Było to straszne, z tego co pamiętam najlepsza przyjaciółka, którą regularnie od roku okłamywałam obraziła się na mnie prawie na tydzień. Potem jakoś tam wszystko doszło do ładu. Ale jeszcze kilkukrotnie zdarzało mi się wytwarzać taki alternatywny świat, na szczęście jednak już nigdy później nie miałam równie spektakularnej wpadki, co w drugiej klasie. Prawdopodobnie jednak ta sama skłonność do konfabulacji towarzyszy mi stale, choć już  dość dawno oduczyłam się zmyślania, w którym łatwo się można pogubić, albo oduczyłam się opowiadania o tym innym. Natomiast w dalszym ciągu sobie opowiadam różne historyjki i, co gorsze, całkiem w nie wierzę.


Skłonność do konfabulacji  jest pewnie cechą dziedziczną, którą zdaje się otrzymałam wraz z nieco zdegenerowanym DNA po dziadku pijaku, zastanawiam się więc czasem, czy również mój syn ma taką skłonność. Na razie jej nie zauważyłam, ale jestem przekonana, że moi rodzice nie mieli pojęcia, że w moim wymarzonym świecie wcale nie są moją mamą i moim tatą, bo mam tam jakichś innych.

środa, 2 listopada 2011

Chłopcy i dziewczyny (1)

- A jak myślisz, czy lepiej być chłopcem, czy dziewczyną – zadałam takie pytanie mając świadomość jak bardzo  jest głupie i samą siebie pytając, o czym ja właściwie mówię. Ale było późno, Mateusz chciał o czymś rozmawiać, a mnie nic innego do głowy nie przychodziło. 
- Chłopcem – odparł bez większego namysłu.
- A dlaczego, co? Dlaczego lepiej być chłopcem? – w tej sytuacji postanowiłam drążyć temat.
- No bo dziewczyny na dworze nie mogą sikać na stojąco – odparł rezolutnie Mateusz. I jeszcze, eeee… - tu się trochę zawahał – na basenie trudno dziewczynom zakładać czepki, bo mają takie włosy długie i czepki im nie wchodzą na głowę, tylko włosy wystają – powiedział.
- A nie ma nic fajnego w byciu dziewczyną? – dopytywałam się dalej dość beznadziejnie.
Mateusz myślał i myślał, aż wreszcie rozłożył bezradnie ręce i powiedział:
- No niestety…