wtorek, 30 października 2012

Pierożki i kobiety


Jemy na obiad pierożki, to znaczy tortellini. Mateusz obficie dodaje do nich ser żółty w plastrach.

- Weź sobie, sera – mówi do mnie – z serem są lepsze.

- Dziękuję, wolę takie – odpowiadam.

- A! – woła Mateusz stukając się dłonią w czoło – zapomniałem, że kobiety takie są!

- Jakie niby? – się pytam.

- No takie właśnie. Boją się, że staną się grubasami i dlatego nie chcą jeść!

- Wiesz co – prycham – jak możesz tak mówić?

- Mogę mogę – na to Mateusz – pamiętam, jak kiedyś jedliśmy kiełbasę i ty zjadłaś jedną, a ja aż trzy.



 

poniedziałek, 29 października 2012

Europa


Idziemy ze szkoły po śniegu i zamarzniętych kałużach.

- Mamo, ja nigdy nie chciałbym mieszkać w Azji ani w Ameryce! – mówi Mateusz z powagą.

- Czemu?

- Bo tam są straszliwe tsunami i wielkie huragany. Tam jest bardzo niebezpiecznie, naprawdę.

- Aha.

- A najbezpieczniej jest mieszkać w Europie, no jeszcze może w Afryce, albo Australii, ale z nich wszystkich Europa jest najlepsza, bo Europa jest jakby po środku kuli ziemskiej.

 

niedziela, 28 października 2012

Zmiana czasu

Ho ho nagły atak zimy nastąpił i wszystkie jego konsekwencje. Pojechaliśmy do kina i obejrzeliśmy Skyfall, czyli film o Jamesie Bondzie.
- I co? – Piotr się pyta.
- Nieźle – mówię – wiesz, ja w życiu jeszcze nie widziałam żadnego filmu o Bondzie i jestem dość zaskoczona, że on taki udany, bo myślałam, że to nudy. I poszłam do kina tylko ze względu na ciebie.
- A ja też pierwszy raz w życiu widziałem Bonda w kinie – śmieje się Piotr.
- No wiesz co – ja na to – mnie się wydawało, że to dla ciebie ważne, żeby iść na Bonda, więc poszłam, a tu się okazało, że na poprzednie wcale nie chodziłeś!
Siedzimy sobie potem w kawiarni, pijemy kawę z cynamonem, kardamonem i czym tam jeszcze, a tu nagle telefon dzwoni. Patrzę, że od NNa i odbieram (myśląc, że to Mateusz, który z nim spędza weekend), a tu kobiecy głos, podający się za narzeczoną NNa, robi mi awanturę z jakiegoś bliżej dla mnie niezrozumiałego powodu. Więc ja mówię, że to chyba nie jest rozmowa za bardzo na telefon, a narzeczona NNa jeszcze trochę się awanturuje i wreszcie wyrzuca z siebie: „Jak pani nie ma co robić, to niech pani ogląda seriale!”. No i się rozłącza.
- No i wiesz – mówię urażona do Piotra – ona mi mówi, żebym oglądała seriale!
- I co? – na to Piotr.
- Przecież ja nie oglądam seriali!
- Jak to nie oglądasz – Piotr się śmieje – oglądasz Bez tajemnic. I Homeland, chciałbym ci przypomnieć, oglądasz.
A w nocy przysłowiowej zmiany czasu przyśnił mi się sen. Mieliśmy dwa króliki: Michała i jeszcze jednego, mniejszego, w kolorze białym. I nagle pojawił się trzeci królik, wielkości doga, o futrze kasztanowym, mądrym spojrzeniu i białych uszach. I zaczęliśmy się zastanawiać, czy przyjąć tego królika, czy nie, i trochę to trwało, ale wreszcie postanowiliśmy, że trzeci królik zamieszka z nami…  

czwartek, 25 października 2012

Tysiącleć


W pochmurny i ponury poranek czwartkowy idziemy z Mateuszem do szkoły. Ja mam nos spuszczony na kwintę. Idę powoli, powłócząc nogami, a Mateusz hasa wesoło dokoła. Ja rozmyślam nad sensem, a ponadto: o dwóch parach zgubionych okularów, o znalezionych zepsutych okularach, o wszystkich wczorajszych katastrofach i nieszczęściach, i jestem smutna i zła na siebie, a Mateusz znienacka pyta:
- Mamo, a wiesz, kto to był Tysiącleć?
- Jaki Tysiącleć?
- No ten, co ma u nas Plac Tysiąclecia.
- Synku, to chodzi o Tysiąclecie Polski.
- To Polska ma tysiąc lat?
- Tak.
- No to nieźle! Ha ha. A ja myślałem, że był jakiś pan, który nazywał się Tysiącleć, jak na przykład Jan Matejko, albo ktoś inny bardzo sławny.

środa, 24 października 2012

Picie i nie-picie

Mimo choroby górnych dróg oddechowych, stanów podgorączkowych i zaczątków kataru poszliśmy, Piotr i ja, na wieczór autorski Osiatyńskiego Wiktora, który odbył się z okazji wydania jego książki pt. Rehabilitacja. Książka ta jest ciągiem dalszym dwóch innych, noszących tytuły: Rehab i Litacja. Opowiadają one o zaprzestaniu picia przez głównego bohatera – W. i o tym, co było potem, przez następne bodaj 5 lat. Rehabilitacja to ciąg dalszy, czyli zakończenie całej historii, z którego – jak się okazało na wieczorze autorskim – wykreślono ostatnie zdanie że „W. czuł się odtąd szczęśliwy”, co jednak nie zmienia faktu, że cały ten tryptyk jest (jak mi się zdaje) opowieścią o osiąganiu szczęścia.
Treść książek  i to wszystko ciekawe jest bardzo z powodu tematu – i to pewnie prawie dla każdego, bo (zwłaszcza na naszej szerokości geograficznej) każdy prawie bliżej, albo dalej siebie ma, albo nawet sam posiada gdzieś w zanadrzu jakiegoś alkoholika i prawie każdy ma takiego alkoholika gdzieś do siebie, do wewnętrznych połaci duszy podczepionego: jak (dla przykładu) ja – by wspomnieć jedynie o świętej pamięci nieżyjących – mam podczepionego mojego wileńskiego dziadka Kazimierza i jestem zapewne nim podszyta, nawet jeśli o tym na co dzień nie myślę lub wolę nie pamiętać.
Wprawdzie kwestie picia, nie-picia itd. zajmują  w tych książkach poczesne miejsce, ale sama je czytając nie tak dawno temu myślałam, a wczorajszy wieczór utwierdził mnie w tym przekonaniu, że wszystko, co w nich napisane nie jest epopeją alkoholika (jak, dajmy na to wiele dzieł Jerzego Pilcha), ale dotyczy jakiejś drogi rozwoju duchowego i emocjonalnego. W pewnym sensie dla alkoholików ten rozwój jest łatwiejszy, bo wiadomo – problemem jest picie i z niego pijakowi trzeba się jakoś wyzwolić. Alkohol jest oczywistym punktem odniesienia dla takiej drogi. Bardzo na pewno utrudnia życie, ale może też i coś jednak ułatwia. Bo co, jak ja prawie nie piję, nie palę już wcale (nie to co kiedyś!), nie mam skłonności do kompulsywnych zakupów, ani innych podobnych przypadłości, a ciągle coś w duszy mojej jest nie tak, bo uwiera i smędzi, i sama nie wiem, czy mam kontakt z samą sobą, czy też nie mam go wcale?

poniedziałek, 22 października 2012

Zguby


Rzeczy zgubione przez Mateusza w poniedziałek, 22 października:
1)      telefon;
2)      okulary;
3)      koszulka do wuefu.
Mateusz patrzy na mnie mądrym wzrokiem i mówi pocieszająco: „Nie martw się mamo, jakoś się wszystko znajdzie”.

Dzidziuś

W sobotę pojechaliśmy do ogrodów zoologicznych. Było pięknie i jesiennie-kolorowo. Odwiedziliśmy małpy, słonie, żyrafy, różne zwierzęta górskie i nizinne, a na koniec karaluchy, pingwiny i foki. Potem zoo zamknęli i trzeba było wracać do domu. A następnego dnia znowu wybraliśmy się za Wisłę, żeby odwiedzić dzidziusia, którego wujkiem został Mateusz.

- Ale śliczny ten Antoś – mówi Mateusz – jaki on słodziutki i jaki milutki, i jakie ma malutkie rączki i nóżki! A kiedy my będziemy mieli takiego dzidziusia w domu?
W poniedziałkowy poranek idziemy do szkoły, a wokół nas mgła.
- No nie wiem, czy w ogóle będziemy mieli jakiegoś dzidziusia – na to ja mówię.
- A nie możecie się z Piotrem jakoś postarać?
- Jak to się postarać? – i zastanawiam się z przerażeniem: „Co to dziecko ma na myśli?”.
- Oj, mamo – odzywa się dziecko – to wy jesteście dorośli i wy powinniście wiedzieć, jak postarać się o takiego maluszka.
- Niby masz rację – odpowiadam słabym głosem.

piątek, 19 października 2012

Kurczę


Mateusz: Kurczę…

ja: Co ty mówisz?

Mateusz: Kurczę… Można mówić „kurczę”. Nie można mówić tego drugiego słowa na „k”.

ja: No wiesz co, można mówić „kurczę”, ale nie trzeba. A o tym drugim, to nawet nie chcę słyszeć.

Mateusz: A wiesz, mamo, że nawet w słowniku są takie słowa? Na przykład słowo de-e-be-i-el. Wiesz co to za słowo?

ja: Wiem wiem. A skąd ty wiesz, że w słowniku jest takie słowo?

Mateusz: Bo sprawdzałem. Mamo, tam są nawet gorsze słowa!

Książka


Byłam w Olsztynie. Na konferencji naukowej. Refleksji nie mam żadnych. Być może z powodu wyczerpania. Przywiozłam ze sobą książkę wydaną w kooperatywie z kolegami i mówię do dziecka:

- Patrz, książka!

A dziecko:

- Mammmmo! Przecież miałem ci pomóc wybrać zdjęcie na okładkę!!!

- Ale spokojnie – ja na to – to nie ta książka.

- No to masz szczęście – odrzekło dziecko.

środa, 17 października 2012

Pobudka

- Wstawaj Mateusz – wołam z rana.
- Eeeee – mówi Mateusz spod kołdry.
- Wiesz – mówię, żeby go zachęcić do jakiejś formy kontaktu – mam dziś ten wykład w muzeum.
- Co? Jaki wykład? – Mateusz otwiera szeroko oczy i zrywa się z łóżka.
- No pamiętasz, o tej ikonie, co ci mówiłam…
- Łeeee… – pada z powrotem na poduszki – myślałem, że o Bitwie pod Grunwaldem…
Królik spogląda na mnie z wyższością, a dziecko przeciąga się w pościeli.
- A ty nie mogłabyś wygłosić jakiegoś wykładu o Bitwie pod Grunwaldem? – pyta rozmarzonym głosem Mateusz, a w spojrzeniu królika widać wyczekiwanie.

poniedziałek, 15 października 2012

Książka


Mateusz: Mamo, napisałaś już książkę?

ja: Prawie.

Mateusz: Ale napisałaś całą, czy połowę?

ja: Prawie całą.

Mateusz: To już skończyłaś?

ja: Prawie skończyłam.

Mateusz: To napisałaś, czy nie?

ja: No prawie.

Mateusz: Ale to tak być nie może. Albo napisałaś, albo nie napisałaś…

Piotr: Już napisała, ale coś chce jeszcze poprawić, albo dopisać.

ja: No właśnie tak.

Mateusz: A będzie tam królik na okładce?

ja: Pewnie, że tak.

Mateusz: A jak ją podpiszesz? Moim nazwiskiem?

 

sobota, 13 października 2012

Rehabilitacja

Przeczytałam Rehab i Litację, napisane w trzeciej osobie przez Wiktora Osiatyńskiego. Rehab jest o terapii, którą W. (bohater obu) spędza na farmie dla alkoholików, którzy się rozstali z piciem, a Litacja, jak potem przez kolejnych pięć lat usiłuje dojść do ładu ze swoją pychą, złością na świat, życiem rodzinnym i zniewoleniem. Bardzo przydatne książki, nie tylko jak ktoś pije, czy ma inne nałogi. Zwłaszcza ta druga wydała mi się nieprzebranym źródłem przydatnych życiowo mądrości. Ciekawe wydało mi się szczególnie, że kiedy W. przestał pić, to początkowo stosunkowo łatwo mu to przyszło (choć nie tak łatwo było mu to utrzymać), a potem, kiedy po paru latach zdecydował się rzucić palenie było to znacznie trudniejsze, okupione fizycznym bólem i z powrotami do nikotynowego nałogu. A na stronie 102 znalazłam wiersz sanskryckiego poety, Kaidasy, który powinnam odczytywać sobie codziennie, aż się go nauczę na pamięć i wtedy może żaden więcej NN nie będzie mi straszny, ani żadne awizo w skrzynce na listy.

Bacz na dzień dzisiejszy,
gdyż na nim polega życie;
zawiera się w nim istota życia samego życia;
realność i prawda istnienia,
błogosławieństwo wzrostu,
moc działania, blask siły…
Wczoraj bowiem jest jeno snem,
jutro zaś to jedynie wizja;
lecz każde dobrze przeżyte dzisiaj
sny wczorajsze przesyca szczęściem,
a w jutrzejsze wizje tchnie nadzieję.
Patrz przeto na dzisiejszy dzień, patrz uważnie.


 

czwartek, 11 października 2012

Braciszek


Mateusz: Mamo, błagam, chciałbym mieć braciszka!

ja: Braciszka?

Mateusz: Tak, takiego małego, wesołego braciszka…

ja: Hmm… No ehhmm… Tak…. Ale jakby się zdarzyło, żeby to była siostrzyczka?

Mateusz: Raczej nie byłbym zbyt zadowolony.

ja: A to czemu?

Mateusz: Bo dziewczyny są słabe. Nie walczą. Nie chcą się bić. Nie są wrzaskliwe. Nie kopią i nie mówią brzydkich słów. I się nie przezywają.

ja: I to źle?

Mateusz: Nudnawo.

ja: Ale w życiu czasami musi być nudnawo, synku.

Mateusz: Oj no dobrze, jak już tak nalegasz, to ostatecznie może być i siostrzyczka…

wtorek, 9 października 2012

Apokalipsa (2)

O poranku stoimy sobie i czekamy na windę. Przez szyby na klatce schodowej wpadają promienie jesiennego słońca.
Mateusz: A jeśli ten blok się niespodziewanie zawali?
ja: Ale czemu ma się zawalić?
Mateusz: Nie wiesz jak jest? W Warszawie są już dwie wielkie dziury w centrum…
ja: No tak, racja…
Mateusz: I może się zdarzyć, że ta dziura, która jest przy Świętokrzyskiej przesunie się z Centrum na Ochotę, do Dworca Zachodniego, potem dosięgnie do Włoch, potem do Ursusa, dalej do Piastowa, a potem do Pruszkowa. I tak ogarnie całą Polskę. I zawali się cały świat.

poniedziałek, 8 października 2012

Kalendarz adwentowy

Poszliśmy do sklepu, a tam mikołaje, bombki czekoladowe i kalendarze adwentowe.
- Mniam mniam – powiada Mateusz – moje ulubione kalendarze adwentowe!
- Uhu – na to ja – ale do świąt Bożego Narodzenia trochę czasu jeszcze zostało…
- Ale ja bym tak chciał ten kalendarz! Mogę mogę?
- No, dobra – mówię.
A potem z kalendarzem adwentowym, marcepanem, piernikami i chałwą dla ludzi oraz kilogramem marchwi i selera dla królika wracamy do domu.
- Mam kalendarz adwentowy – poinformował Mateusz Piotra – i zaraz go zjem.
- Kalendarz adwentowy… - zadumał się Piotr.
- Z tego co wiem, zawartość kalendarza adwentowego zjada się w adwencie – mówię.
- W jakim adwencie? – zapytuje Mateusz.
- W okresie oczekiwania na Boże Narodzenie, dziecko – powiadam.
- Ej tam! Nie szkodzi, zjem jedną małą czekoladkę – mówi beztrosko dziecko.
- Kalendarz adwentowy wymyślili luteranie w Niemczech – odzywa się Piotr – dla dzieci, żeby ćwiczyły siłę woli i wytrwałość w czasie adwentu, jedząc każdego dnia grudnia od 1. do 24. jedną czekoladkę.
- No już może w to bardziej nie wnikajmy... – Mateusz na to –  A tę czekoladkę to ja sobie teraz zjem!

piątek, 5 października 2012

Apokalipsa (1)

Jesienne mżawki, mgły i liście opadające z drzew prosto w błotniste kałuże. W Nowej Zelandii urodziła się zmodyfikowana genetycznie krowa, która daje wysokoproteinowe mleko. W centrum Warszawy zapadła się ziemia i trzeba było ewakuować mieszkańców okolicznych bloków. Ja tu sobie powoli czytam książki Osiatyńskiego Wiktora. Najpierw Rehab, a potem Litację. Odbywam spotkania z kuratorem sądowym i przyjmuję awiza na pisma rozwodowe od NNa. A tymczasem wygląda na to, że koniec świata jest nieuchronny.

środa, 3 października 2012

Potop (2)

W muzeum wzięłam dziś udział we wspaniałym przyjęciu kończącym konserwację całkiem najwspanialszego obrazu na całym świecie, jak twierdzi mój syn, czyli Bitwy pod Grunwaldem. Na tym przyjęciu zjadłam: ze dwa ciastka z kremem, z czego na jednym było winogrono, a na drugim śliwka, ciasto, którego już nie pamiętam (choć możliwe też, że wcale go nie zjadałam), tartę (chyba) cytrynową, porcję tiramisu i jakiś tort z dużą porcją białego kremu. Po tym wszystkim myślałam, że przeniosę się w jakiś inny wymiar bytu, ale to nie nastąpiło. A szkoda – tak czy inaczej, jeśli następnym razem w magazynie muzealnym pęknie jakaś rura, to nie będę wszczynać alarmu, ani też jej zatykać własnymi rękami, ale położę się i chwilę poczekam, aż woda lecąca z tej rury mnie utopi.