niedziela, 29 kwietnia 2012

Mój 1 Maj

Jako dziecko bardzo lubiłam święto 1 Maja. Tego dnia zawsze chodziłam na pochód. Pamiętam, że stałam z rodzicami wzdłuż jego trasy, i kiedy rodzice widzieli, że nadchodzi moja ciocia (która należała do Partii, a męża miała w SB, więc obowiązkowo brała udział w oficjalnych przemarszach majowych) dzierżąc w dłoni papierowy kwiat, puszczali mnie do niej. I ja wtedy przemykałam chyżo między zastępami ludzi pracy, docierałam do cioci i mogłam już wtedy sama maszerować, może nawet z kwiatkiem, albo małą szturmówką (ale tego akurat nie pamiętam, więc nie będę zmyślać). Potem się szło oglądać stragany, coś się dostawało fajnego, na przykład jojo i do domu się szło, jadło rosół, a potem kotleta wraz z rodziną. Zawsze to tak wyglądało. Ale pewnego roku, mój tata musiał pójść 1 maja do pracy. Chyba padał deszcz i mama nie chciała iść sama ze mną na pochód. Było mi nieco smętnie, kiedy widziałam w telewizorze relacje z kolejnych radosnych uroczystości odbywających się w krajach demokracji ludowej. Smętnie, smutno i źle. Ale wreszcie wpadłam na pomysł, że w zaistniałych okolicznościach sama zorganizuję pochód w domu. Mieliśmy tam duży stół na środku pokoju, wokół którego można było się ganiać i bawić na różne sposoby. Tym razem jednak posłużył mi jako trybuna. Wzięłam jakiś kij do ręki (może to był kij szczotki, a może coś bardziej dostojnego udającego lepiej szturmówkę) i zaczęłam chodzić dokoła tego stołu śpiewając:
- Alleluja! Alleluja!
I wtedy do pokoju weszła mama i popatrzyła na mnie trochę dziwnie, ale nic nie powiedziała, więc maszerowałam sobie dalej.

sobota, 28 kwietnia 2012

Kłótnie


Zadzwonił NN i od słowa do słowa zaczęliśmy się kłócić. Trochę o pieniądze, ale raczej o różne bardziej zasadnicze rzeczy, wytykając sobie przy okazji mniejsze lub większe winy i żale wzajemne. I nawet trudno powiedzieć kto zaczął. Szczerze myślę, że to on, ale niewykluczone, że NN sądzi, że to ja. W tym czasie Mateusz zamknął się w pokoju. Więc kiedy udało mi się zakończyć tę rozmowę, a zarazem ochłonąć, poszłam do niego. I zobaczyłam Mateusza z królikiem pod pachą, studiującego obrazki w Akademii Pana Kleksa.

- No co? – zagadnęłam.

- Nic – odrzekł. Popatrzył na mnie znad obrazka – Dlaczego ja mam takich beznadziejnych rodziców? Co? Dlaczego? To jest ostatni raz, kiedy wam wybaczam, że się kłócicie. Jak to się powtórzy, to zobaczycie! To chyba jest łatwo zapamiętać, że przy dziecku nie wolno się kłócić? Prawda?

piątek, 27 kwietnia 2012

Okulary (2)


Mateusz: Mamo, czy zawsze będziesz mi kupować okulary? Nawet jak będę dorosły?

ja: Kiedy będziesz dorosły i będziesz zarabiał, to sam sobie możesz kupować. 

Mateusz: Jednak wolę, żebyś ty mi kupowała.

ja: Dlaczego?

Mateusz:  Bo kiedy będę dorosły, to będę miał dużo różnych spraw i dużo wydatków. A sama mówiłaś, że okulary są trochę drogie. Więc lepiej, ty mi je kupuj. Dobrze?


Nowy Świat

Na drzewach listki, na krzakach kwiatki, a trawka zielona. Wiosna wreszcie do nas przyszła. A ja wychodzę z muzeum i zaraz na Nowym Świecie wpadam na NNa i on do mnie mówi, że rozmawiać chce ze mną, mimo że ja się na autobus spieszę, bo dyżur mam w mieszkaniu Chopina za 5 minut.
- Nastąpi rozwód – powiada on – 7 maja. Jak się zgodzisz na opiekę nad Mateuszem, że tydzień ty z nim, a tydzień ja mieszkać będziemy.
Więc mu mówię, że nie, że się nie zgadzam i że już o tym były rozmowy, bo ciężko dziecku byłoby żyć na raz w dwóch domach i nikt by tak mieszkać nie chciał. I na pół przedzielić się go nie da. A NN na to:
- W takim razie złożę wniosek o rozwód z twojej winy.
A ja wtedy mówię, że to jest szantaż i mnie ten szantaż nie interesuje, ani nie zamierzam mu ulegać, podczas gdy autobus 503 zbliża się do przystanku. Ale nagle sobie przypominam, że miał przecież NN przeprowadzić się do Poznania, gdzie zamierzał stworzyć synowi naszemu prawdziwy dom, a nie taki, jak ma u mnie z królikiem i całą resztą. Więc zaraz zaraz, co jest?
- A ty nie wyjeżdżasz przypadkiem do Poznania? – pytam – Wczoraj jeszcze twoje plany aktualne były, a dzisiaj już nie?
I na te moje słowa wściekłość na obliczu NN widzę i słyszę, że syczy on przez zaciśnięte zęby:
- Właśnie! dwa razy rozwaliłaś moje życie. Wcześniej je zniszczyłaś i teraz znowu. Przez ciebie nie mogę się wyprowadzić. Przez ciebie z tego związku zrezygnować muszę!
Na szczęście autobus już na przystanku stoi, a ja do niego wsiadam i odjeżdżam, choć jedna starsza pani na mnie ze zgrozą spogląda, a za mną odjeżdża podwójna wina za zniszczenie NNowi całego życia.

środa, 25 kwietnia 2012

Dyrektor


Mateusz: Wiesz, zmieniłem zdanie.

ja:  W jakiej sprawie?

Mateusz: W sprawie mojej pracy. Jednak nie chcę być motorniczym i ciągle jeździć w metrze.

ja:  Nie? A kim chcesz być?

Mateusz: Wolę być leśniczym. Po wizycie w ogrodzie botanicznym zmieniłem zdanie.

ja:  Mmhm. No dobrze. A gdzie będziesz pracował?

Mateusz: Jak to gdzie? W Bieszczadach, zamieszkam tam w moją żoną i zostanę leśniczym w Parku Narodowym. 

ja:  Acha.

Mateusz: I mogę nawet zostać dyrektorem. Tak! Bo można zostać dyrektorem.

ja:  I co będziesz robił jako dyrektor Parku Narodowego?

Mateusz: Będę ścigał kłusowników.

ja:  Kłusowników?

Mateusz: Tak. Którzy polują na dziki, wiesz, bo mięso dzików jest bardzo smakowite, i na wilki, sa takie białe wilki, które mają dobre mięso do jedzenia, i żubry, i na borsuki, na wiewiórki, bociany i na biedronki…

ja:  Na biedronki też? I one mają dobre mięso?

Mateusz: No tak. Całkiem niezłe.

ja:  A twoja żona? Co będzie tam robić?

Mateusz: Jeszcze nie wiem, wolałbym ożenić się z królikiem.

ja:  Ale to samiec.

Mateusz: To co? chłopak z chłopakiem mogą się ożenić, naprawdę! A zresztą Michał raczej nie dożyje do tego czasu, bo króliki tak długo nie żyją. Coś potem wymyślę.


poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Trauma



Przerwę między tygodniami pracującymi wykorzystaliśmy na: 1. wizytę w dwudziestopiętrowym bloku, gdzie uczciliśmy dzień urodzin Mateuszowego przyjaciela, 2. odwiedzenie parku i ogrodu botanicznego w Powsinie. Nie można jednak powiedzieć, żeby to były najbardziej sielankowe dni w naszym życiu i to nie tylko dlatego, że co jakiś czas błyskało i lało się z nieba. Trochę lało i błyskało bowiem także pomiędzy nami. A dziś wieczorem, leżąc już w łóżku Mateusz oświadczył, że wszystko to przez to, że on się stresuje sprawami sądowymi:
- Dlatego jestem zdenerwowany.
- Tymi sprawami rodziców w sądzie? – zapytałam ze stosownym niepokojem.
- Bo jak ten sąd zadecyduje, z kim ja będę mieszkał? Skąd będzie wiedział, jak mi będzie lepiej? – zaczął się zastanawiać.
- No zobaczymy, nie martw się, źle nie będzie – westchnęłam pocieszająco (na ile byłam w stanie go pocieszać, sama będąc w niezbyt pogodnym nastroju): i „co za potworność…” – pomyślałam –  „ja pierwszą traumę dziecięcą zdiagnozowałam u siebie, gdy miałam z 16 lat, ale dziś dzieci rzeczywiscie chyba rozwijają się w szybszym tempie.”
- Może oni wyliczą kontynuował tymczasem mój syn nieco weselej – Ene due rike fake torba borba usme smake deus deus kosmateus i morele baks”. I zobaczą, na kogo wypadnie? – zagadnął.
- Hmm – na to odrzekłam ja.
- Albo inaczej. Może tak!?
Wpadła bomba do piwnicy,
Napisała na tablicy
SOS głupi pies.
Jeden oblał się benzyną
Drugi dostał w łeb cytryną
Trzeci leciał samolotem
I całował się z pilotem”.
Mogą tak wyliczyć!
- Może tak być – powiedziałam niepewnie.
- A wiesz – gawędził ze swadą Mateusz – Jula nie może się w żadnym razie spotykać ze swoim tatą.
- Nie może? Dlaczego? – zapytałam
- Bo on bardzo daleko mieszka. Za Wisłą, wiesz?
- To tak daleko?
- A jak miałaby do niego jeździć? Przez te wszystkie stacje? Ursus – Włochy – Zachodnia – Ochota – Śródmieście – Powiśle… To bardzo bardzo daleko. Ona nie da rady do niego jeździć.
- A tata do niej? zapytałam.
- No chyba też nie  powiedział. 




sobota, 21 kwietnia 2012

Opis rozkładu


Wczoraj znowu dostałam awizo do skrzynki. Ciągle je dostaję i zawsze są to zawiadomienia o mniej lub bardziej budzących grozę wydarzeniach, albo też wezwania do miejsc, gdzie nikt roztropny z własnej woli nie lubi chodzić. Powodowana tymi przykrymi doświadczeniami, kiedy widzę teraz takie awizo i wydobywam ze skrzynki pozornie niewinny, wygnieciony, pomazany długopisem papierek, to ciarki mi chodzą po plecach, a włosy stają dęba. Jakbym stawała twarzą w twarz z wielką, prychającą hydrą.
A potem jeszcze trzeba dotrwać do odpowiedniej godziny, swoje odstać na poczcie, odczekać, zanim pani w okienku znajdzie odpowiednie pismo i wypisze co trzeba w sześciu egzemplarzach. W międzyczasie można wyzionąć ducha. I tak się miewałam wyciągając ten papierek ze skrzynki, czekając aż nastanie godzina 18, usiłując w tym czasie czymś zająć rozjechane myśli, maszerując na pocztę, stojąc w kolejce, usiłując dojrzeć, co ta pani ma dla mnie za wiadomości. Wreszcie widząc, że to pismo z sądu, doznałam palpitacji serca i musiałam zaraz usiąść na krzesełku, bo słabość mnie ogarnęła wielka. Ręce mi się trzęsły i pot na moje czoło wystapił.
Aż w końcu udało mi się otworzyć szczelnie  zaklejoną kopertę i wtedy oczom moim ukazało się kilkustronicowe pismo, na którym wydrukowano opis rozpadu całej naszej nieszczęsnej rodziny; jest tam wszystko napisane o Mateuszu, o NNie, a także i o mnie. Opisane, podpieczętowane i opatrzone podpisami.

piątek, 20 kwietnia 2012

Pochwała instytucji małżeństwa i państwa


Nie wolno nikogo ot tak sobie szpiegować, zakładać mu podsłuchów na telefonie i nagrywać jego rozmów. Nie wolno łamać zabezpieczeń na serwerach pocztowych, wykradać i upubliczniać czyjejś korespondencji. Wszystkiego tego nie wolno i są na to nawet w różnych miejscach artykuły i paragrafy. Chyba, że macie męża, albo żonę... To wtedy, niby w dalszym ciągu nie należy tego wszystkiego robić, ale jednak, jeśli chcecie udowodnić, że ze współmałżonka jest kawał drania lub dranicy, albo tylko, że używa czasem brzydkich słów, to znaczy macie jakąś wyższą konieczność, która wydaje wam się istotna, to nikt się specjalnie czepiać nie będzie. Wielka szkoda jedynie, myślę sobie, że przed zawarciem związku małżeńskiego o tych specjalnych zasadach nie uprzedzają. Człowiek wychodzi więc na głupka, bo myśli, że padł ofiarą przestępstwa, a okazuje się, że wcale nie, jedynie był naiwny i łatwowierny, że dał się w taki sposób podejść. Organy państwowe w osobach swoich urzędników rozkładają ręce, a nawet wyrażają swoje współczucie, ale cóż: 
- Mąż ma prawo przeglądać pani korespondencję – słyszę.
- A czy coś można zrobić, żeby nie przeglądał? – pytam, nie mogąc wyjść ze zdumienia.
- Nie, jeśli zechce, to zawsze znajdzie sposób i przeglądać ją będzie. 
- To co ja mogę zrobić? – drążę cierpliwie.
- Właściwie, to niewiele.
- A czy w takim razie mogę rozumieć, że także powinnam włamać się do skrzynki pocztowej małżonka, wykraść z niej jego korespondencję i wysłać komu mi się podoba? – zapytuję dociekliwie. 
Ale nie, nic z tych rzeczy. Mogę odetchnąć z ulgą, bo póki co organa państwa do tego nikogo nie zachęcają.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Fryzjer

Pogoda się poprawiła, ale w dalszym ciągu prowadzę ożywioną korespondencję ze światem. To prawda, że tym razem sama zaczęłam, bo napisałam NNowi coś o okularach Mateusza. Na to NN napisał do mnie, że wolałby, abym nie obcinała Mateuszowi włosów. Uważa, że Mateusz powinien chodzić do fryzjera i mieć fryzurę jak się patrzy, a nie taką jaką ja mu zrobię. NN sądzi też, że wydatek za takie strzyżenie nie jest dla mnie za duży, to znaczy że mnie na to stać. I jeszcze mi napisał, żebym pilnowała telefonu, który kiedyś sprawił Mateuszowi. Jak go będę pilnowała, to jego rodzina nie będzie musiała dzwonić na mój numer, narażając się na konieczność mówienia mi „dzień dobry”, z czym ma ciągle problem. Więc (co sama powinnam rozumieć) leży to w interesie wszystkich.
A mnie owszem stać na tego fryzjera, ale jak mi się zechce, to będę Mateuszowi włosy obcinać. I nawet nie tylko jemu. Każdemu, kto mi wpadnie w ręce, obetnę. Telefonu zaś niestety, przeciwnie, raczej nie przypilnuję, bo ledwo mi się udaje upilnować własny, o pilnowaniu królika nawet nie wspominając.
Ledwie trzy tygodnie zostały do dnia, kiedy się ma odbyć następna rozprawa między NNem, a mną. Dawno powinno być już po wszystkim, a tymczasem nie. I, co gorsza, wcale się nie zanosi na rychły kres tej całej awantury. I choć nie przybyło mi z tej okazji ani jednego siwego włosa, i chociaż ani jednej nocy nie przeleżałam bezsennie z tego powodu, to z całą pewnością będę to wszystko wspominać jako najgorszą rzecz, jaka mi się przytrafiła w życiu. I tylko ciekawe, czy się czegoś przy okazji nauczę, czy też pozostanę po tym taka sama mądra, jaka byłam przedtem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Woda i ogień

Cały dzień padał deszcz, od samego rana padał i trudno było mi wstać, a potem pociąg nie chciał przybyć na stację, a kiedy w końcu zawitał, to nie chciał jechać ani do przodu, ani do tyłu, i ludzie się przepychali i kłócili, i potem ciągle padał deszcz, od ranka do południa, od południa do wieczora itd.   

I nawet mnie nie zdziwiło, że już z rana otrzymałam kilka niezbyt uprzejmych telefonów i listów. Jeden z nich – od profesora Z., choć zaczynał się całkiem obiecująco, bo w nagłówku napisane miał „Szanowna Koleżanko Doktor”, dał mi do zrozumienia, że nie jest najlepiej z moimi możliwościami intelektualnymi. Ponieważ sama mam co do tego spore wątpliwości, zaczęłam martwić się na zapas wizją degeneracji mojego umysłu, na wzór na przykład Margaret Thatcher, o której smutnym losie film zobaczyłam wczoraj.

Ale moje nazbyt posępne rozmyślania przerwał telefon. To dzwonił pewien pan z miejscowości o nazwie Puzio, czy też Dudko. Odkrył on, że dawno dawno temu obraz Matki Boskiej Częstochowskiej był tryptykiem. Co więcej pan ten w okolicach Placu Bankowego odnalazł już jedno skrzydło tego tryptyku i domaga się ode mnie (jako specjalistki w dziedzinie tego rodzaju poszukiwań, co wyjawił mi bez ogródek), abym znalazła skrzydło drugie. Odkrywca ten podejrzewa, że zaginione skrzydło może się znajdować na terenie Warszawy. Mówi też, że nawet jeśli sama go nie znajdę, to mam z pewnością sporo znajomości i te znajomości jakoś mi pomogą w poszukiwaniach. Oczekuje ode mnie także, że powiadomię o jego badaniach nad jasnogórskim obrazem stosowne władze kościelne. Wcześniej już zresztą napisał do mnie list w tej sprawie, wyraził więc nadzieję, że nie wyrzucę tego listu, ale przeciwnie, że będę go pieczołowicie przechowywać jako ważne świadectwo badań nad obrazem jasnogórskim. Ponadto, w związku ze swoim odkryciem spodziewa się otrzymać od najwyższych władz państwowych wysoką nagrodę pieniężną. Ma więc nadzieję, że wspomnę prezydentowi RP o jego sprawie. Na koniec obiecał mi, że zadzwoni za dwa tygodnie, tak żebym miała czas na odnalezienie pozostałej części tryptyku i wykonanie telefonów do księdza biskupa i pana prezydenta


Zbudowana tą wizją wracałam do domu, a kiedy odebrałam już dziecko ze szkoły i szliśmy sobie wśród ulewy, po kałużach, zapytałam niewinnie „Co tam w szkole?”

- Mieliśmy dziś pożar – usłyszałam.

- Pożar? – spytałam w osłupieniu wpadając po kostki w kałużę.

- Pożar – potwierdził mój syn i spojrzał na mnie mądrze znad okularów – spaliła się cała klasa.

- Jak to? – trudno mi było w to uwierzyć.

- Naprawdę, nie zmyślam – powiedział poważanie – wszystko się spaliło. Cała klasa, tablica i ławki, a nawet nasze prace. Nic nie zostało. Przyjechała straż pożarna i konieczna była ewakuacja. Ewakuowano wszystkie dzieci, a nawet naszą panią.

- Acha – powiedziałam – no dobrze, to może kupimy sobie chałkę.

- Dobra, chodźmy do sklepu – zgodził się pogodnie mój syn.

niedziela, 15 kwietnia 2012

Zaborczość

Królik upodobał sobie siedzenie na komputerowym fotelu. Jest bardzo zaborczy i kiedy próbuję też sobie na tym fotelu usiąść, żeby coś (na przykład) zrobić na komputerze - ułożyć plan lekcji na przyszły rok akademicki, o innych ważnych pisaniach nawet nie wspominając - królik na mnie wskakuje, kręci się jak fryga i zaczyna kąsać. I nie wiadomo, czy to są zaloty, czy co to jest. A kiedy próbuję się go pozbyć, królik kluczy między moimi nogami, wydając tajemnicze pomruki, niespodziewanie rzuca się na któryś z kabli, usiłuje go ugryźć, a wtedy ja go od tego kabla odciągam, on usiłuje wskoczyć mi na kolana, kąsa, potem znowu desperacko rzuca się na kable. I o żadnym porozumieniu między nami nie może już być mowy.
Tak właśnie urządzony jest świat i wszystko: Jeden jest natarczywy i nachalny, czepia się drugiego. Ten się odgania, zatem pierwszy staje się agresywny, co jeszcze bardziej złości drugiego. I potem już nie ma odwrotu, bo im bardziej ten pierwszy chce, tym bardziej ten drugi nie. A im bardziej ten drugi nie chce, to ten pierwszy – chce i tak w kółko.
A morał z tego jest taki, że nawet w stanie największego nakręcenia emocji, w rozpaczy i desperacji lepiej nie rzucać się do przegryzania kabli. Bo rzadko kiedy coś pozytywnego z tego wynika. To znaczy, uścislijmy - nigdy nic nie wynika.

Dokonania

Aby pozbyć się średniozdrowych oparów melancholii i ciągnącego się za mną jak ogon stresu, dałam się zaciągnąć na francuski film z pozytywnym przesłaniem, który w całej Europie robi furorę, to znaczy na Nietykalnych. Miało padać, a nie padało, więc Piotr pokazał mi na Gocławiu jeziorko i blok, w którym kiedyś mieszkał przez jakiś czas. Przy okazji też wśród ulic o międzynarodowych nazwach zjedliśmy kilka ciastek, co nie jest zbyt dojrzałym, ale za to dość skutecznym sposobem radzenia sobie z trudami losu.
Kiedy wreszcie po zmorku wróciliśmy do domu, okazało się, że pewne poprzednie podejrzenia co do inteligencji naszego domowego królika zyskały stuprocentowe potwierdzenie. Jest on, jak się okazuje, zwierzątkiem niezwykle bystrym, a także silnym ponad miarę, o czym świadczy fakt, że  otwarcie klatki, w której mieszka to dla niego pestka. Nie wiem, jak to robi i chyba wolę nie wiedzieć, ale jakoś tego dokonuje, że my wychodzimy z domu, on leży z niewinną miną, zamknięty w swojej króliczej klatce, wracamy, a ten siedzi sobie na biurku, na książce do angielskiego mianowicie i się patrzy, a uszy jego lekko bojowo sterczą na dwie strony.
Po tym wszystkim: po filmie, ciastkach, spacerze, a przede wszystkim po naocznych dowodach króliczej sprawności zrozumiałam wreszcie, że nie ma co się przejmować wszystkim dookoła. Tylko teraz trochę się lękam z domu wychodzić…

piątek, 13 kwietnia 2012

Okulary (1)


To nieprawda, że służba zdrowia źle działa w Polsce. Działa tak, jak należy. I mam na to jeden dowód:  Odwiedziliśmy dziś z Mateuszem przychodnię w szpitalu okulistycznym zaraz za rzeką Wisłą. Bardzo tam ładnie, personel uczynny, tylko przy rejestracji doszło do niewielkiej przepychanki między panem o lasce, a panią z zaklejonym okiem. Do lekarza dziecięcego nie było żadnej kolejki. W czystym i kolorowym gabinecie uśmiechnięta pani doktor dokładnie przebadała Mateusza i mnie nawet też to proponowała niewielkie badanie, ale się jakoś wybroniłam. Czułam się tak jakby wszystkie polskie szpitale oraz cały NFZ czuwał nad nami i otaczał nas swoją troską. Do tego stopnia, że prześladująca mnie od czwartku melancholia oddaliła się nagle w tym samym kierunku, z którego poprzedniego dnia przybyła. Mateusz w końcu dostał receptę na okulary i zalecenie wstrzemięźliwości komputerowej i pojechaliśmy na naszą stronę rzeki.
Udaliśmy się do sklepu, w którym sprzedają okulary i kiedy wylądowały na nosie Mateusza wykrzyknął: „Wreszcie mam okulary! Jupi!”.  A potem się zaczęło: „Chyba w tych okularach wyglądam trochę mądrzej niż bez nich, jak myślisz, mamo?”, „Szkoda, że będę je musiał zdejmować do spania...”, „A czy są okulary dla królików” itd. I tak triumfalnie, z okularami na nosie powróciliśmy do domu. Niestety zaraz przybył NN, żeby zabrać Mateusza na sobotę i niedzielę, i jakoś od razu przestało być wesoło i miło, a melancholia moja powróciła na swoje poprzednie miejsce, za towarzystwo mając jedynie królika o zwisających smętnie uszach i swędzących zębiskach.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Okno na świat

- Mamo co to jest tsunami? – pyta Mateusz oglądając telewizyjne wiadomości.
- To są wielkie fale, które powstają w wyniku trzęsienia ziemi – tłumaczę z grubsza.
- Niestety... – mówi mój syn.
- Co niestety? – pytam z pewnym niepokojem.
- Zginiesz, gdy nastąpi tsunami, bo za słabo pływasz. Tylko ja przetrwam, Piotr i tata – wyjaśnia Mateusz.
- Acha – mówię, próbując nie wyobrażać sobie takiej sytuacji. A telewizor prezentuje kolejne wieści ze świata. Tym razem o transseksualistach, którzy, zdaje się w USA, będą mogli występować w żeńskich konkursach piękności.
- A kto to transseksualista? – Mateusz zagaduje dociekliwie.
- No wiesz – staram się trzymać fason – zdarza się, że ktoś się rodzi na przykład w ciele chłopca, a czuje się dziewczyną. Wtedy trzeba zrobić taką jakby korektę, żeby jego ciało było takie samo, jak jego mózg.
Mateusz spogląda na mnie badawczo:
- A co wtedy z ptaszkiem? – i w głosie jego słychać niepokój.
- No tak, robi się operację – przyznaję – i potem już taka osoba nie ma ptaszka.
- Obcinają go? – pyta Mateusz.
- Coś takiego, ale nie wiem dokładnie – zaczynam kapitulować. Na szczęście w telewizji pokazują teraz Titanica i mój syn zaczyna przepytywać mnie na temat historii tego statku, aż wreszcie wiadomości dobiegają końca, a ja oddycham z ulgą.
- No to zbieraj się do spania – mówię. Tymczasem jednak Mateusz spogląda znów w telewizor, a ściśle rzecz ujmując w zapowiedź programu Surowi rodzice.
- Mamo! – woła zaniepokojony.
- No co? – pytam.
- Mam nadzieję, że nie będziesz tego oglądać! Nie oglądaj tego, błagam!
- Nie, nie będę, nie martw się, synku – mówię. Zabieramy królika i idziemy czytać Karolcię.

środa, 11 kwietnia 2012

Praca

- Mamo, czy twoje prace są bardzo trudne? – zapytał Mateusz, gdy o poranku powolnym krokiem przemierzaliśmy alejki Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej „Ursus”.
- Różnie to bywa – powiedziałam – czasami nie jest lekko.
- Ale są ciekawe? – zaniepokoił się.
- Tak – przytaknęłam – dla mnie są dość ciekawe.

- A ja będę miał lepszą pracę niż ty! – zawołał radośnie Mateusz.
- Jak to? – zdziwiłam się szczerze.
- Moja praca będzie i łatwa i ciekawa – powiedział – Motorniczy metra przecież jeździ tylko w jedną, albo drugą stronę. To bardzo łatwo tak jeździć! Taka jazda wcale nie jest męcząca...
- A to jest ciekawe zajęcie twoim zdaniem tak jeździć tam i z powrotem? – zapytałam.
- A twoim zdaniem muzeum albo może uniwersytet to są ciekawsze miejsca niż metro?! – i Mateusz z politowaniem pokiwał głową.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Poniedziałkowe święto i noc poświąteczna

W poniedziałkowe święto po wielkiej sikawkowej bitwie porannej, jako że słońce zaświeciło, udaliśmy się do Lasku Bielańskiego. A tam pieśni, trąby i mazurki, narcyzy, osioł, owca i kot. Można było posłuchać śpiewu i grania, a także potańczyć, jak ktoś chciał. Piotr jednak nie chciał tańczyć, a Mateusz owszem, ale szybko zmienił zdanie. 


Pod kamedulskim kościołem można było nabyć obwarzanki i końską maść, a w samym kościele zobaczyć sobie duży i może nadmiernie kolorowy obraz pt. Smoleńsk. Więc kupiliśmy obwarzanki, nie zdecydowaliśmy się na maść (gdyż nie wiedzieliśmy, czemu jej użycie miałoby służyć) i trochę popatrzeliśmy na obraz, ale głowy nas rozbolały, więc daliśmy spokój. Potem pochodziliśmy po leśnych alejkach, w jedną i w drugą stronę, nie rozmawiając ani o obrazie, ani specjalnie o awariach samolotowych. Po powrocie do domu obejrzeliśmy trzecią część Gwiezdnych wojen, i (gdy Mateusz poszedł spać) Zmierzch
Może jak na moją biedną głowę za dużo było tego dnia efektów specjalnych i działania sił nadprzyrodzonych, bo w nocy (a może właściwie nad ranem dnia następnego) przytrafił mi się taki sen: Stoję sobie na najwyższym piętrze jakiegoś wieżowca, na balkonie i wyglądam, i patrzę na stare, ceglane kamienice, jakby przez nie przeszły ze dwie światowe wojny, z balkonami ledwo co się trzymającymi elewacji, ale pełnymi różnych gratów oraz roślin w różnych fazach wegetacji. I stoję tak i stoję, i kolejne balkony oglądam, a potem wszystko zaczyna się chwiać i trzeszczeć, sypać i rozpadać. Ale mimo rozpadania się stoi i trwa, chwiejąc się dalej. Dosyć to stanie było męczące, a i niebezpieczne nieco, ale jakoś wytrwałam w tych ruinach, aż do samego przebudzenia.

niedziela, 8 kwietnia 2012

Plecień

W Szczecinie spadł ponoć śnieg, więc bardzo dobrze, że nic nam nie strzeliło do głowy i nie wybraliśmy się na święta do tej Ziemi Pionierów. Wprawdzie w Warszawie też dużo lepiej nie jest. A;e przynajmniej śnieg nie pada.

Mimo atmosferycznych przeciwności do Mateusza z samego rana przyszedł zajączek i przyniósł mu całą paczkę z Gwiezdnymi wojnami i czekoladowym jajkiem z podobizną królika. Mateusz się ucieszył, choć i trochę zdziwił:

- Tylko tyle? – zapytał.

- Jak to tylko tyle? – zapytałam na to ja. W moim głosie brzmiało chyba zbyt znaczące oburzenie i może dlatego, a może z jakiegoś innego powodu Mateusz zaczął coś podejrzewać: 

- Skąd ten zajączek wiedział, że mamy blue-ray? – zastanawiał się – A czy to nie wy przypadkiem kupujecie te prezenty? – zagadnął wkrótce po świątecznym śniadaniu. 

- No co ty! – powiedziałam – Mnie nic na ten temat nie wiadomo…

- Acha – odrzekł nieco uspokojony. Korzystając z okoliczności pogody obejrzeliśmy więc dwie pierwsze części Gwiezdnych wojen, a potem wyszliśmy, ale było tak zimno i pusto wszędzie, że szybko byliśmy z powrotem A przecież gdyby było inaczej, to mogliśmy się wybrać nawet do Lasku Bielańskiego, żeby ujrzeć tam gdzieś zawieszony obraz pod tytułem Smoleńsk. „Kwiecień plecień, bo przeplata, trochę zimy, trochę lata”  – tymi słowami podsumował ów spacer Mateusz.

sobota, 7 kwietnia 2012

Czarnowidztwo

Czarnowidztwo jest, jak sądzę, jedną z bardziej uciążliwych ludzkich przywar. Może nawet najbardziej uciążliwą. Na przykład przychodzimy do pracy i B., którą bardzo lubię mówi:

- O! teraz to już na pewno nas wszystkich zwolnią – i kiwa głową, dodając – pewnie zaczną od ciebie.

I bardzo możliwe, że tak. Bardzo prawdopodobne, ale czy jest przyjemnie zostać o tym uświadomionym w poniedziałek o 8 rano? Wiadomo, że nie.

Albo mój tato, co by się nie działo, to się spodziewa najgorszego rozwiązania:

- Nie uda się, na pewno się nie uda – wzdycha głęboko i tak mówi. Coś strasznego.

I ja też to mam. Robię świąteczny mazurek, piekę, oblewam czekoladą, jedną i drugą, okładam orzechami i jakoś wszystko mi się udaję, a nawet jak nie, to zawsze się daje naprostować. Robię różne rzeczy i zasadniczo one mi się udają. Ale i tak w biednej głowie ciągle tam się plączą różne strachy

Jak dzwoni telefon i się na nim wyświetla jakiś obcy numer, aż mi skóra cierpnie z przerażenia, co to może być. O awizo w skrzynce już nawet nie wspomnę. Na sam jego widok odbiera mi mowę, a kiedy stoję z tym papierkiem na poczcie w długiej kolejce, nogi się uginają pode mną. I wciąż myślę że to wszystko zmierza ku katastrofie, że wojny na świecie, a w Polsce, że zamęt. Że książki o relikwiach już nie dokończę, z pracy mnie oczywiście – jak mówi B. – w końcu zwolnią, że na pociąg na pewno się spóźnię, że książki do BUWu zapomnę znów oddać w terminie. Że moje życie uczuciowe w końcu legnie w gruzach. Że sąd każe, żeby Mateusz się ode mnie wyprowadził, a ja wtedy ze smutku umrę. 

czwartek, 5 kwietnia 2012

Koniki i mocni aniołowie

Łacinnicki Wielki Czwartek okazał się dniem realizacji różnych prawie zapomnianych pomysłów, ale - że o tym zaraz po wyjściu z muzeum nie wiedziałam - udałam się do sklepu dla zwierząt i potem wszędzie, Piotr i ja, chodziliśmy z workami króliczego jedzenia.
Na Placu Trzech Krzyży poszliśmy więc do wielkiej sieciowej kawiarni, żeby zobaczyć historyczne malowidła ścienne tamże uczynione. W tym starym „Lajkoniku” (jeśli tak się on nazywał, co do czego pewności nie mam) byłam może raz w życiu w środkowych latach dziewięćdziesiątych i pamiętam stamtąd dość dziwną atmosferę, której sieciowa kawiarnia nie posiada, chociaż dało się tam zobaczyć kilku jakby bywalców poprzedniego lokalu. Same malowidła, co tu dużo gadać, zadowolą niejednego miłośnika wysublimowanych pod względem ikonograficznym polichromii. Potem po okolicy chodziliśmy, dziwiąc się temu i owemu, aż wreszcie powzięliśmy zamiar, aby obejrzeć sztukę teatralną o Jurusiu, pod tytułem: Pod mocnym aniołem. Sporo czasu zajęło nam zastanawianie się, co się stało z egzemplarzami książki Pilcha, które kiedyś posiadaliśmy, wreszcie doszliśmy do wniosku, że może to był jeden egzemplarz i może jest on w jakimś tapczanie schowany. Ale czy tak rzeczywiście, to czas pokaże, albo nie: może więc się one znajdą, choć równie prawdopodobne jest, że nie. 



Sztuka, i trudno, żeby było inaczej, dotyczyła picia, o piciu ona była i piciem była podszyta. Jak dla mnie to ona nawet, podobnie jak dzieło Pilcha, pochwałę picia stanowiła. Bo te złote słowa, rącze myśli takie (można rzec by, że lajkonikowe), niby wcale nie pochwalne, ale jednak w sumie tak:
Czemu ty pijesz?
„Piję, bo piję.
Piję, bo lubię.
Piję, bo się boję.
Piję, bo jestem obciążony genetycznie. Wszyscy moi przodkowie pili.
Piję, bo mam słaby charakter. Piję, bo coś mi się przestawiło w głowie.
Piję, bo daremnie szukam miłości i piję, kiedy jestem szczęśliwie zakochany”.
I tak dalej, bo tyle może wystarczy. Opary alkoholu rozsnuwały się więc ponad sceną i między rzędami siedzeń; mocni aniołowie tam byli, a także diabły, jeszcze mocniejsze i nawet sam Pan Bóg w złotym dresie, choć ja nie jestem pewna, czy dres ten był dość złoty, ale na pewno niebo rozgwieżdżone było, świecące gwiazdami dla pełnych uniesienia pijaków, czy jak kto woli – deliryków. Mam jeszcze pewne bardzo ciekawe przemyślenia o miłości w tych delirycznych oparach, ale na razie pozostawię je, jako robocze, mojemu własnemu dziennikowi uczuć. Bo zanim zdołałam się z tymi przemyśleniami prawdziwie zmierzyć, to już szybko powróciliśmy do domu pełnego powiędniętych roślin doniczkowych oraz ponadgryzanych kabli, i wszystko zyskało znowu nowy, ale może właśnie stary, wymiar.

środa, 4 kwietnia 2012

Przygotowania


- Mamo, zróbmy sobie porządne święta – zaproponował mi Mateusz kilka dni temu.
- Jak to, porządne? – zapytałam czujnie.
- A takie, żeby było mnóstwo słodkości, żeby były baby i baranki z ciasta i mazurki, jajka, mnóstwo wszystkiego, co tam się podaje na święta. Żeby nie było jak w jakiejś ruderze, tylko ładnie!
- W jakiej ruderze? –zapytałam.
- Nie wiesz co to jest rudera? – zapytał on.
- Wiem – odparłam i dodałam – Mazurka na pewno zrobimy.
- Ale żeby to był mazurek czekoladowy, z różnych rodzajów czekolady i na tym mazurku napiszemy białą czekoladą: „Własnoręcznie wykonany mazurek”.
- Aha, spróbujemy – powiedziałam z wahaniem, widząc ten proces pisania oczyma wyobraźni.
- A biały obrus chociaż mamy? – zapytał czujnie mój syn.
- Tak mamy – uspokoiłam go.
- Uff – odetchnął – na święta biały obrus musi być obowiązkowo.
Ważną częścią organizacji świąt jest oczekiwanie na prezent. Mateusz spodziewa się otrzymać go od mitycznego zajączka, którego metody działania są bliźniaczo podobne do poczynań świętego Mikołaja. Według jego przekonania prezenty mają pojawić się w nocy z soboty na niedzielę. Podczas zakupów Mateusz wybrał czekoladowego zająca z dzwonkiem na szyi, którego zamierza ofiarować temu przynoszącemu prezenty zającowi. Jak przystało na człowieka średniowiecza jest święcie przekonany, że istota, która przynosi podarki powinna coś dostać w zamian, ale zajączek czekoladowy jest również rodzajem pułapki dla tego z prezentami. Mateusz zamierza postawić go koło drzwi do mieszkania i spodziewa się, że, kiedy zając z prezentami wejdzie do środka, potknie się o tego czekoladowego, mój syn usłyszy dzwonek, obudzi się i szybko pobiegnie go zobaczyć, to znaczy przyłapać na gorącym uczynku.

wtorek, 3 kwietnia 2012

Chomik

„Mamo, wiesz co powiedziała Asia? Że jej braciszek, ten Kubuś, kiedyś zadusi ich chomika. Tak go ściśnie ściśnie, aż wyjdą z niego wszystkie flaki. I wiesz co wtedy Asia zrobi? Napisze taką karteczkę: Własność Asi J. i przyczepi do chomika i wyrzuci go do śmieci. A wiesz po co? Bo jak ten chomik zmartwychwstanie, to dzięki tej karteczce pracownicy wysypiska śmieci będą mogli Asię odnaleźć i oddać jej chomika”.

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Ulubione książki

Jak się okazuje dzisiaj przypada Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. Bardzo mi się podoba to święto, i Mateuszowi też.
- A jakie są twoje ulubione książki? – pytam więc okolicznościowo.
- Dzieci z Bullerbyn, Doktor Dolittle, Kubuś Puchatek i Karolcia ­– mówi Mateusz.
Każdego wieczoru czytamy więc książki i to jest jeden z najsympatyczniejszych momentów dnia. Chyba że akurat jestem bardzo zmęczona i oczy mi się kleją, a z gardła głos nie chce płynąć, wtedy nie jest mi bardzo przyjemnie przy tym czytaniu. Ale nie zawsze tylko ja czytam Mateuszowi, bo też Mateusz mi czyta, czyta sobie i czyta królikowi. Właśnie, a jakie są ulubione lektury naszego królika? 
- Baśnie polskie i Baśnie rosyjskie – powiada Mateusz.
- A czy wiesz jakie książki ja lubię? – drążę wytrwale.
- Nie wiem dokładnie… – w głosie Mateusza słychać wahanie – ale pewnie tą taką książkę, jak ona się nazywała… Jeden dzień! I na pewno naszą wspólną książkę o Michale, którą wreszcie kiedyś musimy skończyć.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Prima aprilis

W sobotę z Piotrem obejrzeliśmy w kinie Igrzyska śmierci, a w niedzielę – korzystając z tego, że niektórzy z nas poczuli się chorzy – już w domu zobaczyliśmy (ze względu na osobę głównej aktorki z tego filmu, Jennifer Lawrence) podobny w pewnym sensie film Do szpiku kości, choć ten w odróżnieniu od Igrzysk miał nawet pozytywne zakończenie. Za oknem padał śnieg, a potem świeciło słońce, jak to bywa 1 kwietnia. Królik trochę osowiały, z pewnością z tęsknoty za Mateuszem, kręcił się po domu, a my – na pół chorzy tak samo.
Aż do godziny 21.40 nikt nawet nie próbował mnie oszukać i ja nikogo oszukać nie próbowałam. Ale wtedy właśnie zadzwoniłam do Mateusza, który o 18.28 miał wyjechać ze swoim ojcem pociągiem z Poznania (który to wyjazd zresztą trochę mnie wcześniej kosztował zdenerwowania różnymi jego okolicznościami). O tej 21.40 zapytałam go więc:
- Gdzie jesteś synku?
- W Poznaniu - synek na to.
Mnie serce zamarło i stanęło w miejscu i wszelkie możliwe straszności stanęły mi przed oczami, a wtedy Mateusz zahihotał:
- Prima aprilis! Prima aprilis! Oszukałem cię, ha ha