środa, 30 maja 2012

Gdybym była


W kalendarzu najpierw jest dzień matki, a potem zaraz dzień dziecka. Całkiem to jest logiczne i na miejscu, bo bez matki nie ma dziecka, a bez dziecka nie ma matki. Przeczytałam ostatnio sporo tekstów o byciu matką i jej relacjach z dzieckiem, a wszystko to na tle kwestii kobiecej. Przeczytałam, co Magdalena Środa napisała w „Gazecie Wyborczej” przy okazji 26 maja: Dzień matki to dobry pretekst, żeby coś wykrzyczeć i przeczytałam wywiad z Agnieszką Graff w „Kulturze liberalnej” pt. W Polsce jest się kurą, albo jest się suką. Szczerze mówiąc przeczytałam też wiele innych rzeczy, ale te najbardziej utkwiły w mojej pamięci. Kupiłam sobie ponadto książkę Joanny Woźniczko-Czeczott Macierzyństwo non-fiction, ale z braku czasu jej jeszcze nawet nie przejrzałam. Żeby było lepiej odbyłam krocie rozmów, o byciu matką z innymi matkami i nie tylko matkami, to znaczy z kobietami i mężczyznami także. W ogóle, ponieważ mam dość refleksyjną naturę, to zawsze zastanawiałam się nad moją tożsamością matki i nad moją relacją z dzieckiem. Nawet jak ono było oseskiem, czy tam niemowlakiem to się nad tym zastanawiałam. Więc tym bardziej teraz, gdy czas płynie, a mój Mateusz zyskuje kolejne centymetry wzrostu i kolejne stałe zęby - sprawa tej tożsamości i relacji staje się coraz bardziej nabrzmiała, i coraz bardziej też to jest sprawa jego tożsamości i jego relacji z matką, czyli ze mną. Nie jest to tylko kwestia dorastania, ale i tego, że żyjąc od roku w tzw. rozbitej rodzinie musieliśmy zmienić w sobie pewne rzeczy i do nich dorosnąć.
NN wielokrotnie dawał mi w tym czasie do zrozumienia, że ja jestem matką złą i, że się na matkę nie nadaję, a kiedy raz poszłam do jakiegoś psychologa (w sumie z całkiem innej okazji) i o tym opowiedziałam, a nawet się chyba poskarżyłam na to, usłyszałam pytanie: A pani, jak o sobie myśli? A ja wtedy powiedziałam: Myślę, że nie ma racji. Myślę, że jestem dobrą matką. Ale być dobrą matką może dla mnie oznacza, co innego niż dla NNa. Na przykład: niesienie proszku ze sklepu. NN napisał do mnie ostatnio w tej sprawie, w tonie rozkazująco-zakazującym: Mateusz ma nie nosić proszku do prania, rozumiem też, że ma nie nosić zakupów itd., bo mam je sobie nosić sama. Dalej są różne inne rzeczy, które mam robić, tak a nie inaczej, aż po sprawy największej wagi: NN chciał się przeprowadzić do Poznania i zabrać tam Mateusza, uznał więc, że ja też powinnam tak zrobić. Gdybym była dobrą matką – uważa NN – to bym się przeprowadziła, a skoro nie chcę tego zrobić, to widocznie jestem matką złą. Gdybym była dobrą matką, to nie miałabym czasu na pisanie tego tutaj pamiętniczka. Gdybym była…

poniedziałek, 28 maja 2012

Wypracowanie

Z okazji wiadomego święta Mateusz napisał o mnie wypracowanie takiej oto treści:


„Moja mama ma na imię Ola. Ma 38 lat, pracuje w Muzeum Narodowym i na Uniwersytecie. Zajmuje się gotowaniem. Ma brązowe włosy, ma wzrost 163 cm, ma oczy koloru zielonego, ubiera się na kolorowo. Dużo sprząta, gotuje i dużo radzi. Za to ją lubię, że mi kupiła królika. Cenię ją za przytulanie i całowanie”.


Na moje oko mam parę centymetrów więcej, ale reszta pasuje jak ulał.

niedziela, 27 maja 2012

Matka królika (2)


Sobotę i niedzielę Mateusz spędził u NNa. Piotr poszedł do pracy (swoją drogą – co za pomysł, żeby pracować w sobotę?), a ja zostałam z głębokim postanowieniem sprzątania, za jedyne towarzystwo mając pląsającego wokół mnie i bardzo zalotnego królika. Taki to miałam dzień matki. Sprzątałam i sprzątałam, królik kręcił się koło mnie jak fryga, a po mojej biednej głowie snuły się myśli mniej lub bardziej ponure na temat roli kobiet na tym świecie. Do czego są one potrzebne sobie samym, mężczyznom oraz swoim ewentualnym dzieciom. Jak się stają matkami, jak dzieci są ich częścią, a potem odchodzą i znikają za zakrętem itd. A przy okazji, krótko rzecz ujmując, było mi przykro, że Mateusz do mnie nie dzwoni z okazji tego dnia. Rozumiejąc, że pewnie zapomniał, a może nie ma jak, a w końcu tracąc nadzieję, że się odezwie. Aż w końcu około godziny 21, gdy z Piotrem szliśmy koło pięknego kościoła Sakramentek…
- Dryń dryń – zadzwonił telefon.
- Słucham – powiedziałam.
- Cześć mamo – powiedział Mateusz – na dzień matki chciałbym ci pożyczyć dużo szczęścia i, żebyś dostała dużo prezentów, i żebyś miała wielu dobrych uczniów.
- Dziękuję ci – powiedziałam szczerze wzruszona – Dużo prezentów chyba muszę z tej okazji dostać od ciebie?
- Tak, dostaniesz je ode mnie – odparł mój syn.

sobota, 26 maja 2012

Odra, port, dźwigozaurów rząd

Trafiłam wczoraj na koncert Hey. Nie było to całkiem przypadkowe, ale coś tam z przypadku w sobie miało. Bo najpierw parę dobrych godzin chodziłam po mieście tu i tam, z T. i jej różowym rowerem. Odwiedziłyśmy Powiśle, gdzie wcześniej jakoś nigdy chyba nie byłam i Tel-Aviv, gdzie byłam raz, Pocztę Główną, gdzie byłam ze sto razy itd. A w końcu dotarłyśmy na Agrykolę. Przed kłębiącym się i częściowo trzeźwym tłumem studentów i nie-studentów występował tam jakiś zespół. Być może był to Happysad, a być może nie. Wreszcie godzinę przed północą wystąpił Hey, i bardzo to było urodziwe i poruszające i fajne, choć nie do końca rozumiałam, czemu tłum reagował dzikim entuzjazmem w pewnych miejscach, a w innych nie. Ale nie o tym myślałam potem, tylko raczej o tym, czemu Kasia Nosowska tak uporczywie wspomina  Szczecin i, że to co zupełnie innego być ze Szczecina, niż z Warszawy. Pewnie chodzi o tę odległość, przez którą ten Szczecin jest jakiś oderwany od reszty. Z centrum Polski jedzie się długo i najpierw są miasta, wsie, ludzkie siedliska, a potem to już tylko lasy i puszcze, a potem dopiero Szczecin. A za Szczecinem kiedyś była granica, której raczej się nie przekraczało. I jeszcze w latach dziewięćdziesiątych to był prawdziwy koniec świata, z którego tak naprawdę można było pojechać tylko w jedną stronę. I jak już się pojechało, to trudno było wrócić. I może chodzi o to, że będąc tak daleko na zachodzie, jest też równocześnie na wschodzie, albo nie wiadomo gdzie. Więc ze Szczecina to jest jakby z końca świata, który jest nigdzie. I jak to jest być kimś z końca świata, który nie wiadomo, w której jego stronie jest położony. No jak?

piątek, 25 maja 2012

Niespodzianka


ja: Masz tu 21 zł na kino.
Mateusz: Dziękuję, poproszę jeszcze 3 zł i 20 gr na obrazek
ja: Jaki obrazek?
Mateusz: Na dzień matki…. Ojej, wygadałem się..., a to miała być niespodzianka!
ja: Dobrze, nic nie słyszałam, masz tu 3 zł i 20 gr.
Mateusz: Uff. To będziesz jednak miała niespodziankę.

czwartek, 24 maja 2012

Jak możemy usprawnić nasze życie


- Mamo, czy wiesz jak możemy usprawnić nasze życie?
- No jak?
- Możemy zrobić tak, że wieczorem będziemy jeść kolację, a potem śniadanie. Dwa razy możemy się wykąpać i dwa razy umyć zęby. Ubierzemy się wieczorem na następny dzień i będziemy spać na nie rozścielonym łóżku. Rano tylko wstaniemy i od razu pójdziemy do pracy i do szkoły. W ten sposób zaoszczędzimy dużo czasu. Proste, co nie?

wtorek, 22 maja 2012

Лисицкий

U nas w domu wisi reprodukcja znanego dzieła El Lissitzky’ego Czerwonym klinem bij białych. Do Mateusza przyszedł najlepszy kolega z klasy, Kamil. Siedli razem przy stole, pod obrazem i odrabiają lekcje.

Kamil: Mateusz, co to za obraz?

Mateusz: Oj, ja nie wiem. To obraz mojej mamy, spytaj jej.

Kamil: A co tam jest napisane?

Mateusz: To jest po rosyjsku. Nie znasz rosyjskiego?

Kamil: Nie. A ty znasz?

Mateusz: No trochę.

Kamil: To powiedz, co tam jest napisane?

Mateusz: No mówię, żebyś zapytał mojej mamy.

Kamil: A twoja mama jest z Rosji?

Mateusz: Chyba z Polski? Czy ona twoim zdaniem wygląda jakby była z Rosji?

Kamil: To po co jej taki obraz?

Mateusz: Jak tu wisi, to pewnie jej się podoba, prawda?



poniedziałek, 21 maja 2012

Kłótnie


Mateusz: Mamo, dlaczego dorośli się kłócą?
ja: Czasami tak jest. Mają inne zdanie, nie mogą się pogodzić. A dzieci się nie kłócą?
Mateusz: Kłócą się, ale jakoś trochę inaczej. Dorośli się gorzej kłócą.
ja: Gorzej niż dzieci?
Mateusz: Tak.
ja: Jak to?
Mateusz: Bo są dla siebie bardziej złośliwi. My, jak się kłócimy z Kamilem, to o coś, o jakąś rzecz i potem się od razu godzimy, a dorośli to się kłócą tylko ze złości i się kłócą i kłócą, a potem są dalej na siebie źli.

niedziela, 20 maja 2012

Klops i mogiła

W sobotę pojechaliśmy na ślub. Mateusz wyperfumował się, aby pocałować Pannę Młodą – co, zdaje się, przynosi szczęście – ale w krytycznym momencie zwyciężyła w nim nieśmiałość i całowania nie było. Przez całą Warszawę potem, odwiedzając znaną powszechnie i lubianą kawiarnię Kafka, dotarliśmy na drugą stronę Wisły do Muzeum Neonu, które okazało się prawdziwie urzekające. Noc sobotnia pełna była warszawskich atrakcji. Można było w nich przebierać, ale Mateusz i tak uparł się, żeby właśnie w tę noc zobaczyć swój najbardziej ulubiony („i największy” – dodał) obraz w Polsce, to znaczy Bitwę pod Grunwaldem w na poły odnowionym Muzeum Narodowym, a potem jeszcze – po nieudanej z powodu kolejki wycieczce do Filtrów – Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym sama dotąd nie byłam i dokąd (z powodu niechęci do militariów) iść nie zamierzałam. Jednak dziecku pewnych rzeczy się nie odmawia, a dziecku własśnie bardzo się spodobał samolot w środku tego muzeum, zabawa w powstańczą pocztę oraz bieganie po kanale i wszystko to, ale zwłaszcza ostatnie, wzbudziło w moim sercu trwogę.

Po trudach owej nocy w niedzielne słoneczne południe pojechaliśmy jeszcze na targi sztuki w pięknej, choć może za dużej nieco budowli z krużgankami, kopułą i diabli wiedzą czym jeszcze na ulicy Wspólnej. A potem to już z powrotem. W sobotnim i niedzielnym międzyczasie wpadaliśmy na różne miłe i ciekawe osoby, co (poza wszystkim innym) przeczy twierdzeniu, że Warszawa jest niefajnym miastem. Przy fontannie na Wspólnej spotkaliśmy zresztą Ł., który kiedyś właśnie mówił, że stolica jest miastem niefajnym, a teraz, od paru już lat w niej mieszka i chyba prawie całkiem zmienił na jej temat zdanie.
Atmosfera kultury i sztuki tych dni natchnęła mnie refleksyjnie. Więc być może dlatego, wracając do domu pomyślałam o naukach, jakie wygłosił ksiądz podczas sobotniego ślubu. O jego zachętach, ażeby dążyć do miłości mistycznej i głębokiej. A także o alternatywnych (napotkanych wczoraj i dziś) formach życia rodzinnego, ślubnych i nieślubnych w tym dzieciach, drugich albo trzecich mężach i żonach itd. O tym myślałam, że niewiele znam osób, które są w stanie kochać kogokolwiek w sposób mistyczny i chyba niewiele takich, co się nadają do mistycznego miłowania. O tym, że krew nie woda i każdemu się wydaje, że jak się z kimś zwiąże, w szczególności z użyciem księdza, organów i bożej opatrzności, to już na amen. Ale potem życie robi swoje, i okazuje się, że wcale nie jest dobrze być z kimś na amen, ani w ogóle z kimś być.
A wtedy klops i mogiła.

środa, 16 maja 2012

Kiedy Bóg był…

Nie robię tego bardzo często, ale kierowana impulsem, kupiłam jedną z tych książek, którą reklamują na bilbordach – powieść Sarah Winman, która nazywa się Kiedy Bóg był królikiem. Kupiłam ją z różnych powodów, do których można zaliczyć umieszczony na okładce rysunek przedstawiający królika jadącego na rowerze, który jest pchany przez dziewczynkę. A jest to książka nie tyle o dziewczynce i króliku, co o mitologizacji dzieciństwa, więc dla mnie  to ciekawe, bo sama mam własne dzieciństwo przesadnie zmitologizowane. Nadaje się to wszystko na tę wyjątkowo ponurą połowę maja, w której wciąż pada deszcz, zimno jest i dzieją się rzeczy smutne i złe. Więc trochę z powodu tej książki, a trochę przez te rzeczy smutne i złe przypomniało mi się, jak miałam 5 albo 6 lat i zdarzyło się, że moja kuzynka, Kasia, która była starsza ode mnie o rok wpadła pod samochód. Bawiła się na podwórku, wbiegła na ulicę i ktoś ją przejechał, a Kasia umarła. Podobno bardzo wtedy płakałam, bo bardzo się lubiłyśmy i często bawiłyśmy się ze sobą. Ale dziś niewiele z tego pamiętam, poza jednym zdarzeniem: Jest zima, a może późna jesień, czy wczesna wiosna. Leżymy z Kasią pod pierzyną w domu naszej prababci. Babcie zawsze tak miały, że nas kładły pod pierzynami. Jak na dworze było zimno, to babcie miały taki sposób, że wkładały pod pierzynę żelazko. A kiedy zrobiło się pod pierzyną ciepło, wyciągały je i wkładały dzieci, i dzieci sobie tak pod pierzyną leżały. Więc Kasia i ja też. Leżymy sobie w łóżku pod pierzyną i o czymś gadamy. Babcie w pokoju obok, albo może w kuchni siedzą i też gadają. Ale nagle Kasia mnie szczypie, a ja w bek i wołam: „Babciu babciu, Kasia mnie szczypie! Kasia, ty jesteś szczypawka!”, a Kasia na to: „To ty jesteś beksa!”. No i tyle z Kasi pamiętam.

Uwaga w dzienniczku


Mateusz po raz pierwszy w życiu dostał uwagę w dzienniczku. Znalazł się tam zapis takiej mniej więcej treści: „Mateusz wraz z trzema kolegami bez pozwolenia odłączył się od grupy i po obiedzie biegł ze stołówki do sali”. Po przeczytaniu tej tak zgrabnie ujętej informacji prychnęłam wewnętrznie, starając się jednak zachować twarz pokerzysty.

- Mamo mamo, nie dawaj mi kary! – zawołał mój syn.

- No dobrze, zastanowię się – powiedziałam.

- Jaką mogłabyś mi dać karę? – zastanowił się głośno – może zakaz oglądania filmów przez trzy dni? A może zakaz bawienia się z królikiem? Albo zakaz pójścia na zbiórkę zuchów? A może! – tu wyraźnie się ożywił – zakaz wychodzenia z domu! To może ten zakaz mi dasz, mamo?!

- Chciałbyś dostać zakaz wychodzenia z domu? – zapytałam.

- Tak – zawołał Mateusz – wtedy nie mógłbym przez parę dni chodzić do szkoły! Jupi!

- Zapomnij – powiedziałam.

wtorek, 15 maja 2012

Zimna Zośka


Dzisiejszy dzień, zwany dniem Zimnej Zośki, z racji tego, że są to imieniny Zofii i z tego, że w połowie maja (nie wiedzieć czemu) pogarsza się pogoda, spędzam z dwoma chłopcami: Mateuszem i jego najlepszym przyjacielem, Kamilem. Bo właśnie dziś są Mateusza urodziny i z tej okazji idziemy Mateusz, Kamil i ja na pizzę. Zimno jest i pada deszcz, właściwie dokładnie jak te osiem lat temu, kiedy to Mateusz przyszedł na ten świat. A potem idziemy do domu. Chłopcy bawią się pojazdami kosmicznymi oraz królikiem i słuchają muzyki z Gwiezdnych wojen. Twierdzą, że wszystko robią razem i tak samo.
- Szkoda, że nie możemy zamieszkać razem – mówi Mateusz.
- No, szkoda – to Kamil.
- Nie martwcie się – na to ja – możecie się spotykać, kiedy będziecie chcieli.
- Ale to nie to samo martwi się Mateusz a przecież mam duży pokój i łóżko duże. Kamil się zmieści. To może, jak przyjdzie twoja mama – proponuje przyjacielowi – ty się schowasz w łazience i mama pomyśli, że już poszedłeś.
- Dobra, możemy tak zrobić – bez wahania zgadza się Kamil.
W ręce Kamila wpada „lista przyjaciół”, którą zrobił Mateusz:
- Ej, lubisz Kubę? – pyta oburzony – przecież nam dzisiaj dokuczał!
- Już go skreślam – woła Mateusz i skreśla z „listy lubienia” Kubę
Kamil zachęca Mateusza, żeby przystąpił do zuchów:
- Ale musisz wiedzieć, że harcerze w czasie wojny pomagają żołnierzom. Jakby się zdarzyła wojna, będziemy walczyć - mówi bojowym głosem.
- No dobrze, trudno – wzdycha mój syn.

poniedziałek, 14 maja 2012

Dzień przedurodzinowy


Mateusz: Mamo, jak ja się urodziłem?

ja: Normalnie, w szpitalu.

Mateusz: A byłaś zadowolona, że się urodziłem?

ja: Byłam bardzo szczęśliwa.

Mateusz: To chyba dobrze, że się urodziłem, co?

ja: Pewnie!

Mateusz: I zawsze marzyłaś, żeby mieć takiego synka?

ja: Tak, właśnie takiego jak ty.

Mateusz: Wiesz? ja też jestem zadowolony, że jesteś moją mamą. 

piątek, 11 maja 2012

Wojna (2)


Mateusz: Mamo, porozmawiajmy jeszcze o II wojnie światowej, proszę, proszę!

ja: No dobrze, rozmawiajmy. A wiesz, kiedy się zaczęła ta wojna?

Mateusz: W 1791 roku?

ja: Co ty? W 1939 roku, dokładnie 1 września. Dzieci nie mogły pójść do szkoły.

Mateusz: Super! Ale fajnie!

ja: Co ty mówisz?

Mateusz: Fajnie, dzieci mogły przez całą wojnę leżeć sobie na kanapie i oglądać telewizję!

ja: Ale tak nie było, zresztą przecież wtedy nie było jeszcze telewizji.

Mateusz: Aha, no to rzeczywiście nie tak fajnie.

czwartek, 10 maja 2012

Wojna (1)


- Mamo, dobrze, że ty nie umarłaś podczas porodu – mówi Mateusz po obejrzeniu trzeciej części Gwiezdnych wojen, a ja przyznaję mu rację: „Pewnie, że dobrze”. Z powodu jego zbliżających się urodzin jesteśmy w dość podniosłym nastroju:
- Trochę szkoda, że nie urodziłem się 3 maja – mówi Mateusz.
- A to dlaczego? – pytam.
- Bo 3 maja to najważniejsze polskie święto. Tego dnia uchwalono Konstytucję, wiesz?
- Wiem.
- Wszystko się działo na tym naszym Zamku Królewskim, w roku 1791. I król, Stanisław Poniatowski August z Konstytucją przeszedł z Zamku do kościoła św. Jana – mówi Mateusz i przygląda mi się bacznie, więc kiwam głową – a nasza Polska sięgała wtedy od morza do morza, i mieliśmy wtedy całą Ukrainę. Wiesz?
„Hmm” – myślę sobie, ale nic nie mówię.
- Zamek Królewski to moja ulubiona budowla w Warszawie – oświadcza tymczasem mój syn.
- Podoba ci się? – pytam.
- Tak, ale lubię ten nasz Zamek też dlatego, że był zburzony, a potem został odbudowany. Mamo, dlaczego ci Niemcy chcieli zburzyć nasz Zamek? I dlaczego oni chcieli zniszczyć całą naszą Warszawę? – docieka Mateusz.
- Chcieli zająć polskie terytorium – tak mniej więcej tłumaczę.
- Acha. No i dobrze, że z nimi zwyciężyliśmy. A z nami zwyciężyła Niemców Rosja, Anglia i Stany Zjednoczone, tak?
- No, mniej więcej tak – mówię.
- Wiesz, mamo, Niemcy do tej pory są takie trochę zniszczone po tej wojnie. Bardziej niż Warszawa niż Polska. Jak się jedzie przez Niemcy, to pamiętasz, że tam dużo widać jeszcze różnych zniszczeń po wojnie, prawda?

wtorek, 8 maja 2012

Tryptyk


Zadzwonił do mnie znany odkrywca obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, a ja nie zdążyłam schować się pod biurko udając, że mnie nie ma.
- Dzwonię w sprawie mojego odkrycia Matki Boskiej Częstochowskiej, słynnego obrazu jasnogórskiego – oznajmił.
- Ach tak – powiedziałam słabym głosem.
- Bo wie pani, pomyślałem, że w końcu cała Polska powinna dowiedzieć się, że tak naprawdę to był tryptyk, o tym moim odkryciu, wie pani... – w jego głosie brzmiał entuzjazm.
- Echm – chrząknęłam niepewnie.
- Wie pani, co to jest tryptyk? – zapytał podejrzliwie.
- Myślę, że chyba wiem – odpowiedziałam.
- Dobrze, czy już pani coś zrobiła, żeby znaleźć brakujące skrzydło? – zapytał dość groźnie.
- No… jeszcze nie.... trochę nie miałam czasu – powiedziałam lękliwie – zresztą... – Zebrałam się na odwagę, żeby powiedzieć mu, co o tym wszystkim myślę, ale szybko mi przerwał:
- A tak, był długi weekend, to wiadomo, ale teraz będzie pani miała czas. To ja za tydzień zadzwonię i zobaczymy, czy coś się udało znaleźć.
- Dobrze, to niech pan zadzwoni – powiedziałam z rezygnacją.

Zawody


Mateusz: Mamo, a czemu musisz tyle pracować? Aż w dwóch pracach? Ja bym chciał, żebyś tyle nie pracowała, tylko się mną więcej zajmowała.
ja: Bo, synku, za mało tam zarabiam i dopiero, jak pracuję w dwóch miejscach, to jakoś wychodzimy na swoje.
Mateusz: To czemu pracujesz w pracach, gdzie ci mało płacą?
ja: A gdzie mam niby pracować? Taki mam zawód…
Mateusz: No tak, co to za zawód historyka sztuki? Phi.
ja: No właśnie.
Mateusz: A ja to będę miał zawód leśnika! Będę sobie chodził po lesie i będę za to dostawał 6 tysięcy. Chyba zawód leśnika jest lepszy niż zawód historyka sztuki, co?
ja: Chyba tak.

poniedziałek, 7 maja 2012

Niefortunna wizyta w sądzie


Początek tzw. długiego weekendu minął mi przyjemnie i szybko, podobnie jak jego końcówka, w której zainaugurowaliśmy sezon rowerowy i parę innych sezonów, a wśród nich sezon na fontanny, sezon na wiślane promy, parki linowe i wreszcie sezon basenowy. Słabiej już było w niedzielę, bo w oczekiwaniu na kolejną rozprawę rozwodową nieco się denerwowałam, w nocy poprzedzającej to wydarzenie sny miałam dziwne i niepokojące, a na domiar złego zrobiło się zimno i deszczowo. Zdaje się, że pośród domowników jedynie królik nic sobie nie robił z narastającego napięcia. W poniedziałkowy ranek zaprowadziłam Mateusza do szkoły i pojechałam do sądu. Czekania było niewiele w tym sądzie, ale jak już NN, jego świadkowie i ja także wkroczyliśmy do sali rozpraw okazało się, że jedno z nas zna się z jednym z ławników i żadnej sprawy nie będzie, bo być w tej sytuacji nie może. Dopiero w sierpniu, albo we wrześniu. NN i ja nadspodziewanie zgodnie wykazaliśmy chęć rozwodzenia się w sierpniu, ale jego świadkowie już mniejszą, w związku z czym Wysoki Sąd odesłał nas na wrzesień. A deszcz wcale nie przestał padać, tylko wręcz przeciwnie. I padał, kiedy wracałam do domu mokrym autobusem  myśląc o tym, że wiele wskazuje na to, że wszystko będzie trwać przez kolejne miesiące, albo może nawet trwać będzie w jakąś nieskończoność, nie wiadomo po co.

piątek, 4 maja 2012

Obrazy Matejki Jana


Poszliśmy z Mateuszem do Zamku Królewskiego, żeby zobaczyć salę, w której uchwalono Konstytucję 3 Maja i samą Konstytucję. Przy okazji zobaczyliśmy też wystawę ukazującą chwałę Rzeczypospolitej. Cała nie wzbudzała może nieziemskiego zachwytu, ale obrazy malarza Jana Matejki bardzo się podobały Mateuszowi.

- Jakie duże! Wielkie! Wspaniałe! – wykrzykiwał.

Przed Konstytucją 3 Maja westchnął z nieudawanym zachwytem.

- Wiesz kto to jest? – zapytałam – ten, którego niosą?

Mateusz podrapał się po głowie.

- Daj mi okulary, to się przypatrzę – powiedział, po czym (już w okularach na nosie) oznajmił:

- To chyba ten sam, co jest po środku Bitwy pod Grunwaldem.

- Jak to ten sam? – zapytałam.

- Jest bardzo podobny z twarzy, inne ma ubranie, ale minę taką samą. I całą resztę też podobną – odparł rezolutnie mój syn. A ja pomyślałam nie bez satysfakcji: „Ma oko. Będą ludzie niego”.

wtorek, 1 maja 2012

Święto ludzi pracy


Tegoroczny 1 Maj minął nam na chodzeniu po Warszawie, z zachodu na wschód, z południa na północ, a potem na odwrót. Wszędzie było słonecznie, drzewiaście i kwieciście. Lud pracujący licznie opalał się tu i tam na kocach porozkładanych wśród trawników, stawał w kolejce po lody i spacerował. Tak też i my chodziliśmy w pełnym słońcu i narastającym upale, aż wreszcie pod koniec tego dnia doszliśmy do parku pod słynnymi schodami jak z Pancernika Potiomkina, gdzie dla ludu zorganizowano festyn. Muzyka tam grała, kiełbasy sprzedawano oraz balony i watę cukrową. Ale ludu prawie tam nie było, pomijając trzy pijane pary pląsające w rytm dźwięków płynących ze sceny i kilka innych przechadzających się chwiejnym krokiem między straganami. Tak to wyglądało. I łzy się nam w oczach kręciły, że nie tak jest jak kiedyś było. Ale inaczej, całkiem różnie, czyli ściśle rzecz ujmując, że całkiem jest upadle.