niedziela, 30 września 2012

O męskiej naturze

O poranku dowiedziałam się z telewizora, że jest dzień chłopaka, zadzwoniłam więc do syna, którego NN zabrał na zamojską wieś.
- Chciałam ci złożyć życzenia z okazji dnia chłopaka – mówię do niego.
- Hurra! – zawołał – to dziś jest święto chłopaka?!
- No, co ty, nie widziałeś?
- Oj nie wiedziałem! Ale to trzeba mi kupić jakiś prezent – stwierdził ze szczerym entuzjazmem.
 
„Czymże byłby ten świat bez mężczyzn?” – pomyślałam. „Bez Kaliguli, Iwana Groźnego, bez Paolo Coelho, a nawet bez Stachursky’ego...”
Należą się Panu Bogu podziękowania, że zanim wpadł na pomysł, żeby powołać do życia kobietę, to stworzył mężczyznę i uczynił to w sposób tak bardzo wprawny. Szkoda może jedynie, że Szatan mu w tym dziele trochę przeszkadzał, o czym przeczytać możemy w pięknej opowieści O Morzu Tyberiadzkim. A to było tak: „Pan stworzył na wschodzie Raj i postanowił powołać do życia pierwszego człowieka – Adama. I stworzył go z siedmiu części: z ziemi uczynił mu ciało, z kamienia – kości, z morza – krew, ze słońca – oczy, z obłoków – myśli, z wiatru – oddech, a z ognia – ciepło”. Niestety, kiedy Pan udał się do nieba po duszę dla Adama, Szatan „nie wiedząc, jak Mu dokuczyć, podziurawił palcami ciało Adama”.
I dlatego właśnie z rodzajem męskim, choć jest bardzo fajny, coś jest jednak trochę nie tak.

Manifestacje

Co to się wczoraj działo w Warszawie! Słońce świeciło. Obywatele z flagami ojczystymi, w strojach ludowych niektórzy, a niektórzy w takich strojach, co chodzą na co dzień. A my na ostatnim koncercie Warszawskiej Jesieni. I właśnie tam, pod Filharmonią, widzieliśmy grupy z flagami i kostiumach łowickich. O 22, po koncercie, już tak ładnie nie było, bo deszcz zaczął siąpić i kapać, ale dalej tu i ówdzie dało się zauważyć narodową flagę w patriotycznych rękach. A na placu Powstańców nawet podobno rozbili miasteczko namiotowe, ażeby bronić (jak mi się zdaje) polskości. Dopiero w nocnym autobusie, którym wracaliśmy do domu panował nieco inny – knajpiano-pijacki styl. Już było zwyczajnie: luźne stroje, flaszki wódki w rękach i popodbijane oczy. 

czwartek, 27 września 2012

Najlepszy polski malarz


O poranku, w drodze do szkoły i pracy:

Mateusz: Mamo, Jan Matejko to najlepszy polski malarz  wszystkich czasów, prawda?

ja: Na pewno malował największe obrazy.

Mateusz: A czy on malował Bitwę pod Grunwaldem jednym pędzlem?

ja: Myślę, że miał ich wiele.

Mateusz: A obraz leżał na ziemi, jak on go malował?

ja: Chyba nie, raczej było jakieś rusztowanie...

Mateusz: I zobacz jak on sam jeden namalował taki wielki obraz, i do tego taki wspaniały!

ja: Prawda, to niesamowite.

Mateusz: I jak wspaniale, że mam taką mamę, dzięki której, zawsze kiedy mi się zechce mogę pójść bezpłatnie do muzeum i oglądać ten obraz!

wtorek, 25 września 2012

Szewski poniedziałek


Wszystko zaczęło się jeszcze w niedzielę wieczorem, kiedy to kran, już od dawna szwankujący i cieknący, całkiem się zepsuł. Wszyscy po cichu liczyliśmy na to, że sam się naprawi, ale to jakoś nie nastąpiło. Kran nie tylko się nie naprawił, a przeciwnie – w niedzielny wieczór popsuł się dokumentnie. Zaczęła z niego tryskać woda na cztery strony świata, zalewając wszystko, co znalazło się na jej wartkiej drodze. I trzeba było w ogóle wodę w łazience wyłączyć. A to, wiadomo, kłopot. Dziecko się brudzi, powinno być umyte. Stroje usmarowane dżemem i utytłane króliczą sierścią czekają na zmiłowanie w pralce. Tymczasem zaś wody brak. Majster od kranów nie był zachwycony telefonicznym wezwaniem na ratunek. Pewnie miał inne plany na poniedziałkowy wieczór: chciał spokojnie obejrzeć serial albo Koło fortuny, jednak zlitował się i przyszedł. Prawdziwy fachowiec z wąsami, pokręcił się, postękał, ponarzekał: „A kto ten kran montował?” (co taktownie postanowiłam przemilczeć), „A ta nowa bateria to nie najwyższej klasy!” („Nie chciałam w nią inwestować, bo i tak chcę zrobić remont” – tłumaczyłam się nieudolnie). Wreszcie jednak kran z sukcesem zamontował, poszedł sobie i wszyscy byli zadowoleni. A mnie została refleksja: Czemu mogąc naprawić coś od razu, zostawia się to na potem, skoro wiadomo, że potem raczej nic się samo nie naprawia, tylko wręcz przeciwnie – psuje się na amen?

niedziela, 23 września 2012

Dodawanie i odejmowanie

Zorganizowaliśmy wczoraj kinderbal, który udał się znakomicie, choć niestety jeden z młodych gości się rozchorował i nie mógł przybyć, a przy okazji nie przyszli też jego rodzice. Mimo to jednak w domu było tłoczno, gwarno i wesoło, a zabawa trwała do samej nocy. Bawiono się w teatrzyk, walczono na miecze, ciupagi i kije bambusowe, w kaskach narciarskich, rycerskich i milicyjnych hełmach, tańczono z zapałem Gangnam Style oraz I Like To Move It i robiono mnóstwo hałasu. Jedzono pizzę z mojej wytwórni oraz tort. Większych zniszczeń nie odnotowano. A następnego dnia z ociąganiem Mateusz zabrał się do lekcji, czyli rozwiązywania zadań matematycznych, a potem zawołał mnie, żebym te zadania sprawdziła. Siadłam na jego łóżku i sprawdzam: 36 – 8 = 28; 44 – 6 = 38; 28 + 4 = 32; itd. itd. Z wysiłku umysłowego, od tych obliczeń, dodawań i odejmowań włosy stanęły mi dęba na głowie.
- Ojoj trudne te twoje zadania, dziecko – wzdycham.
- Mamo! – odzywa się na to Mateusz, a w jego głosie słychać szczere oburzenie – to jest przecież trzecia klasa!  

piątek, 21 września 2012

Imieniny

Ostatnio było mi smutno i źle. Wszystko przez ten nieudany rozwód, ale też przez to, co się ostatnio wydarzyło na sądowej sali i co potem przeczytałam w pismach sporządzonych przez NNa. Nie wiem, czego się spodziewałam, ale przykro mi było z powodu występu jego sióstr w sądzie. Starały się one ze wszystkich swoich sił mówić o mnie jak najgorzej i przykre to było, bo nie sądzę, żebym im kiedy coś złego zrobiła. Niestety, choć to droga donikąd, próbowałam zrozumieć, co one myślą, więc nie zdziwiło mnie, że nie zrozumiałam.
Aż wreszcie nastał dzień Mateuszowych imienin i zarazem przeddzień hucznej imprezy z tej okazji, którą mój syn z dużym zapałem, przy mojej niewielkiej pomocy zorganizował. Porzuciłam więc smutki i zabrałam się do robienia zakupów i sprzątania oraz planowania przekąsek, co okazało się (jak to czasem bywa) całkiem korzystne dla mojej skołatanej psychiki i zbolałej duszy. Prawdziwa Pani Dalloway  niestrudzona organizatorka przyjęć.
A przed snem przeczytaliśmy rozdział z książki o Pippi Langstrumpf, w której Pippi poskramia straszliwego węża i jeszcze straszliwszego tygrysa i Mateusz zaczął się rozpływać nad zaletami Pippi, a wreszcie mówi: „A ja bym chciał mieć 1000 królików, 1000 psów i 1000 kotów, i żeby wszyscy żyli w przyjaźni!”

wtorek, 18 września 2012

Wisła wysycha


Wisła wysycha, co i rusz coś się z niej wyłania, a to jakaś fontanna, a to mina przeciwpiechotna. Słońce dziś świeciło, po niebie krążyły malownicze chmury, a ja odbyłam w sądzie kolejną rozprawę o rozwód z NNem. Korytarze sądowe są ponure i smutne, tu i ówdzie stoi jakiś policjant, tu i ówdzie idzie jegomość zakuty w kajdanki. Na mojej sprawie wystąpiły dwie siostry NNa, jedna ze wsi, a druga z miasta. Siostry opowiedziały, że jestem zimna, nie przytulam dziecka i go nie całuję, nie umiem gotować i się bawić, i że już z dawien dawna je to niezmiernie martwiło, ale dopiero teraz mają okazję to wyrazić. Jedna nawet z tego wszystkiego się rozpłakała, tak jej było żal Mateusza. Bo Mateusz – mówiły – chce się wyprowadzić do Poznania, gdzie mieszka dziewczyna NNa, a to by było dla niego bardzo dobrze, jakby tak się wyprowadził.

sobota, 15 września 2012

Trzy dni miłości

W czwartkowy wieczór obejrzeliśmy 500 dni z Summer, czyli uroczy film o wielkiej miłości, niestety niezbyt udanej. W piątek mieliśmy ślub. To znaczy G. i M. mieli ślub, a Piotr i ja byliśmy jedynie przeciętnie aktywnymi jego uczestnikami. A w sobotę przeszliśmy 10 km po Warszawie, Traktem Królewskim, a potem drogą nadwiślańską, tylko po to, by wesprzeć parę hipopotamów mieszkających w Ogrodzie Zoologicznym, Hugona i Pelagię. Pragną mieć one bowiem hipopotamie pastwisko, dzięki któremu będą mogły do woli konsumować swą miłość, nie tylko w baseniku, ale i trawie.
 
 

środa, 12 września 2012

Koniec lata

Lato się chyba skończyło. Wszystko przynajmniej na to wskazuje. Przeczytałam w autobusach, pociągach i tramwajach  Śniadanie u Tiffany’ego i zaraz zabrałam się za Rehab Osiatyńskiego. Obie te książki coś łączy, ale nie do końca rozumiem co. Równocześnie z Mateuszem oddajemy się lekturze Pippi wchodzi na pokład, co ma z poprzednimi książkami niewiele wspólnego i jest bardzo wesołe. Czytanie idzie mi więc, jak widać, nieźle. Za to własne pisanie trochę gorzej, ale się nie całkiem poddaję. Życie smutne jest, ponure i robi mi przeciwnie niż chcę. Na pocieszenie są konfitury pomarańczowo-imbirowe mojej własnej produkcji. Królik ma się dobrze.

niedziela, 9 września 2012

Wypadki


Podczas dzisiejszej wycieczki rowerowej Mateusz 4 razy zgubił telefon, w tym raz telefon wpadł pod SKMkę na stacji Śródmieście, w którą o godzinie 18.02 próbowaliśmy wsiąść, żeby wreszcie wrócić do domu. Zaniechaliśmy więc tego wsiadania, SKMka odjechała, a Piotr wskoczył na tory i uratował telefon. Pojechaliśmy więc inną SKMką – do Al. Jerozolimskich i stamtąd znowu rowerem. Jedziemy przez dzielnicę Włochy i Mateusz woła do mnie:

- Ma-mo! Ma-mo! A jakbyś wpadła pod samochód, to z kim ja bym mieszkał?!

- A z kim byś chciał mieszkać?! – odkrzyknęłam przytomnie.

- Z wujkiem Sławkiem!

Tęsknota


Gdy pociąg do Krakowa ruszył ze stacji, Mateusz się rozpłakał:

- Ja tęsknię za wujkiem – powtarzał raz za razem i płakał mimo że próbowaliśmy go na różne sposoby pocieszać.

- Już dobrze, Mateuszku, spotkasz się jeszcze z wujkiem, na pewno.

- Ale ja teraz tęsknię – i w bek.

- No już nie płacz!

- Bo ty nic nie wiesz! I nie znasz moich uczuć! – wołał.

I tak cały dzień Mateusz tęsknił za hiszpańskimi gośćmi, a najbardziej za Sławkiem, czyli wujkiem.

A kiedy wieczorem przeczytaliśmy już rozdział z książki o Pippi Langstrumpf i rozmawialiśmy o różnych ważnych sprawach, Mateusz nagle podskoczył jak oparzony, aż się zaniepokoiłam:

- Co się stało?

- Mam nadzieję, że ich samolot nie miał żadnej katastrofy, jak leciał z Krakowa do Hiszpanii?!

- No gyby była jakaś katastrofa, chyba dotarłaby do nas taka informacja… - na to ja.

- Piotr! Piotr! Piotr! Możesz sprawdzić w internecie, czy nie było żadnej katastrofy samolotowej?

Po chwili Piotr sprawdził, że w ostatnich latach żadnej katastrofy w Hiszpanii nie było.

- Uff – powiedział Mateusz i poszedł spać.

sobota, 8 września 2012

Goście


Przybyli do nas goście z Hiszpanii i było bardzo miło, poza pogoda, która stała się prawdziwie jesienna. Mimo to wybraliśmy się wszyscy na wycieczkę krajoznawczą po Warszawie. Byliśmy na stacji Śródmieście. I Mateusz rzekł: „Oho, jest napisane: Proszę nie karmić gołębi”, po czym się stropił: „Skąd gołębie będą wiedziały, żeby nie wolno ich karmić, jak one nie potrafią czytać?”. A potem poszliśmy i szliśmy wytrwale, co godzinę, albo dwie zachodząc do kawiarni albo baru, po części dlatego, że byliśmy głodni, a po części dlatego, że padało i wiało. Szczęśliwie wieczorem przestało lać, siąpić i mżyć, i wtedy udaliśmy się pod Most Poniatowskiego, żeby żegnać lato puszczając na wietrze lampiony. Bilans tej zabawy był taki:
1)      Jeden lampion spalony, utknął na nadwiślanej plaży;

2)      Kolejny lampion też utknął, ale dopadł go dzielny Mateusz i ugasił zuchowymi metodami;

3)      Dwa lampiony poleciały, ale utknęły na drzewach i tylko palec Boży uchronił nas przed katastrofalnymi w skutkach pożarami;

4)      Jeszcze dwa poszybowały do samego nieba i zniknęły w przestworzach.

Następnego dnia nasi goście niestety odjechali i było nam przykro, a zwłaszcza Mateuszowi, który płakał po nich ze czterdzieści minut, zanim nie zaciągnęliśmy go na Plac Grzybowski, gdzie skąpał się fontannie, co pozwoliło mu wrócić do względnej równowagi psychicznej.

czwartek, 6 września 2012

Czterdzieste urodziny


Dostałam smsa o treści: „Zapraszam na moje 40 urodziny, wtedy a wtedy, tu a tu”. Sms nie był podpisany, a i numer, z którego przyszedł niewiele mi zrazu mówił. Patrzyłam na niego ze zdumieniem. „Zaraz zaraz, to pewnie jakaś pomyłka? Chyba nie mogę mieć znajomych w tym wieku…”. Chwilę później jednak otrzeźwiałam: „Jak to nie mogę? Sama mam prawie czterdzieści lat!”. I pojęłam, że to rzeczywiście do mnie wiadomość. Potem z jej nadawcą, K. porozmawiałam sobie przez telefon, wspominając na przykład jak kiedyś razem, zimową porą, chyba przy trzydziestu stopniach mrozu – razem z A., która była żoną K. (a małżeństwo, kiedy mieliśmy po 21 czy 22 lata wydawało się sporą ekstrawagancją), trafiliśmy wspólnie kompletnie pijani na komisariat milicji w miejscowości Brasław na Białorusi i parę jeszcze podobnie pięknych wspomnień przywołując. Potem K. otarł się porządnie o samą Panią Śmierć i jak twierdzi dzisiaj, kiedy ma 40 lat, jest bardzo zadowolonym z życia człowiekiem, a ja – czy dlatego, że o śmierć się nie otarłam (?), czy dlatego, że do 40 urodzin trochę czasu mi jeszcze zostało (?) – jakoś ze swojego zadowolona nie jestem.
- A pani to jakaś smutna – orzekli rano robotnicy, wymieniający zawory w muzealnym magazynie.
- Cóż, takie jest życie, czasem jest się bardziej wesołym, a czasem mniej – powiedziałam, na co jeden z nich odparł:
- Da pani spokój, szkoda młodości na zmartwienia! – po czym żwawo przystąpili do wymiany zaworów, a ja do przekładania ikon z miejsca na miejsce.
- Takie ikony to są drogie? – zagadnął jeden z robotników.
- Mogą być – odrzekłam.
- Pani tu sobie pracuje z takimi ładnymi rzeczami i w dodatku drogimi, to powinna być pani bardziej zadowolona – powiedział robotnik tonem dodającym otuchy.

poniedziałek, 3 września 2012

O przyjaźni przy kawie


Podczas wycieczki rowerowej mieliśmy przerwę na kawę, napój mleczno-karmelowy i czekoladowego muffina. Gawędziliśmy sobie podczas tej konsumpcji miło, lecz o sprawach poważnych.

Mateusz: Wiesz mamo, dziwny ten Kacper. Przyjaźniliśmy się w pierwszej klasie, a dziś w szkole nawet mi nie powiedział „cześć”.

ja: Prawda, że dziwny.  A w ogóle, to czemu przestaliście się przyjaźnić? Bardzo go kiedyś lubiłeś.

Mateusz: Tak, ale Kacper się nieprawdziwie chwalił…

ja: Jak to nieprawdziwie?

Mateusz: Mówił, że ma psa, a potem okazało się, jak poszliśmy do niego na urodziny, że nie ma.

ja: A to nieładnie!

Mateusz: I jeszcze mówił, że ma mnóstwo pieniędzy. 50 milionów! A jak dziecko może mieć 50 milionów?!

ja: No rzeczywiście…

Mateusz: A najgorsze, to było to, że on chciał, żebym robił, co mi każe. On by mówił: „Mateusz przynieś mi to, albo tamto”, a ja bym przynosił, albo coś takiego. A co to za przyjaźń, kiedy jeden jest sługą, a drugi panem???