środa, 29 lutego 2012

Chłopcy i dziewczyny (2)

- Mamo! – Mateusz przyszedł do mnie, kiedy oddawałam się budującej czynności segregowania rzeczy niepotrzebnych. Zaczął robić miny i rozkładać ręce w gestach świadczących, że rzeczywistość jest według niego dziwna i niepojęta, a wreszcie powiedział – Mamo! Dlaczego dziewczyny takie są? 

- Jakie ? – zapytałam, niewiele rozumiejąc.

- W zeszłym roku – rozpoczął swą przemowę Mateusz – w pierwszej klasie daliśmy dziewczynom prezenty na dzień kobiet. I potem był dzień chłopaka, a one nic, nic nam nie dały….

- A co ci się tak to przypomniało dzisiaj? – zapytałam – przecież to było dawno.

- Karol nam przypomniał. I teraz z chłopakami w klasie nie wiemy, co robić: czy dać dziewczynom na dzień kobiet jakieś prezenty, czy nie. Bo może znowu tak będzie, że my coś dla nich będziemy mieli, a one zapomną o dniu chłopaka. A tak to my już nie chcemy… - i tu Mateusz popatrzył na mnie znacząco.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Wszystko źle

Boże jedyny! Na oczach mam malignę i mgłę, po części z niewyspania, a po części z powodu zbyt wielu godzin budowania przy pomocy komputera Wielkiego Babilonu. Widzę więc dość niewyraźnie i kojarzę niekoniecznie wszystko jak należy. Ale mimo to po oscarowej nocy z uwagą przeczytałam kilka enuncjacji prasowych i zrobiło mi się trochę nieswojo wobec krajowych opinii na temat tego, co wczoraj zdarzyło się w Los Angeles. A więc, że dzieło Agnieszki Holland tylko dlatego nie otrzymało wiadomej nagrody, bo Żydzi w Ameryce mają dość już filmów o holocauście (a zawsze się przecież mówiło, że jedynie filmy o holocauście mają tam szansę na sukces...), a za to czynniki polityczne sprawiają, że ciągnie ich do kina irańskiego (co pewnie ma jakiś związek z tą niechęcią do filmów o holocauście...). Nasza reżyserka pociesza się natomiast, że i tak ma lepiej niż Martin Scorsese, który przegrał z filmem tak słabym, według niej, jak Artysta, o którym się nawet wyraziła, że jest „idiotyczną wydmuszką”, i takie tam, podobne; nawet o uroczym piesku Uggie, występującym w tym filmie, słowa ciepłego pani Holland nie powiedziała. Czyli: źle źle źle, wszystko źle. Z dawien dawna przecież wiadomo, że naród polski zawsze miał gorzej i ciężej niż inne ludy na tym świecie, że nasza tradycja ojczysta jest taka piękna i ważna, a nikt jej nie chce, nikogo nie pociąga i nikogo nie cieszy ona. Że jak gdzieś się da, to zawsze próbują Polaków wykolegować, wszyscy, wszyscy tak robią: i Amerykanie, i Francuzi, Rosjanie (to wiadomo), no i Niemcy, i Chińczycy – no może ci ostatni nie, bo oni akurat się rozsmakowali w twórczości znanego zespołu Bayer Full, doceniając naszą rodzimą kulturę i sztukę. Ale chyba jako jedyni na całym świecie.


niedziela, 26 lutego 2012

Wielki Babilon

Gdy miałam kilkanaście lat mniej, wydawało mi się, że jak ktoś jest uczonym, to nie tylko głowę ma w porządku, ale także kręgosłup moralny i inne części ciała na swoim miejscu. Naiwne to było przekonanie, że w nauce i sztuce chodzi o piękno, prawdę i dobro. Kiedy już się szcęśliwie takiego myślenia wyzbyłam [bo dotarło do mnie, że chodzą też po świecie uczeni, za których człowiek pięciu groszy by nie dał (i nawet tacy, co za siebie by tych groszy nie dali), i tacy, co nie potrafią dobrze napisać zdania po polsku (ani też wiele powiedzieć)], myślałam w dalszym ciągu, że edukacja, że oświata, że to takie ważne, i że całą naszą piękną Matkę Ziemię pcha do przodu. A teraz sama w niedzielny poranek wcale nie siedzę tutaj, czytając Beltinga, tylko wytwarzam i gromadzę w komputerze „tabele odniesienia efektów obszarowych do efektów kierunkowych” i „tabele odniesienia efektów kierunkowych do efektów obszarowych”. Mam tu również „matryce efektów kształcenia”, mam ciągi symboli i liczb: H1A_W06, H1A_U02, H1A_U08, albo K_W01 i K_K06 i strach pisać, co jeszcze. Za oknami powoli topnieje pierwszy wiosenny śnieg. Mój syn, wierząc najwyraźniej w postęp, edukację i naukę, ogląda kolejne odcinki Było sobie życie, a ja tymczasem z ciągów znaków i cyfr buduję Wielki Babilon. 

piątek, 24 lutego 2012

Dzień walki z depresją, albo Dzień biletu do kina

Wczoraj był Dzień walki z depresją, ale także, jak się okazało, Dzień biletu do kina. Deszcz padał, ale potem przestał.
Pojechaliśmy z Piotrem aż na Sadybę, żeby zobaczyć Artystę. A tam przed wejściem do kina zaczepił nas bardzo zdenerwowany młody mężczyzna, który okazał się być konikiem handlującym biletami z nieznanego źródła. I mimo że zachęcał nas, mówiąc: „To murowany kandydat do Oscara”, to trochę się obawialiśmy brać od niego te bilety. Ale wreszcie doszliśmy do wniosku, że jeśli nas z nimi nie wpuszczą do środka, albo nawet zapuszkują, gdy bilety okażą się np. podrabiane, to będzie to piękny temat opowieści na kolejne kilka lat, więc podjęliśmy to ryzyko. I potem, kiedy już film (grany w niemal pustej sali) się skończył, pomyśleliśmy, że warto coś zrobić z tak pięknym i wietrznym wieczorem przedwiosennym. Pojechaliśmy więc na Muranów, gdzie miał się odbyć jedyny w Dniu walki z depresją pokaz filmu Wstyd. Kiedy weszliśmy do tego z kolei kina zobaczyliśmy kolejkę, i to do tego z ogonkiem. Mnie się stać nie chciało, bo mam z dzieciństwa uraz do kolejek, ale Piotr (w którego dzieciństwie może tyle kolejek nie było) mnie przekonał i stanęliśmy. A była to kolejka do biletów, które ktoś zarezerwował, ale nie wykupił w odpowiednim momencie. I stały w tej kolejce głównie dziewczyny, w 50% w kaloszach, w wieku studenckim, co nas skłoniło do pewnych refleksji, zwłaszcza, że w międzyczasie podchodziło do kasy paru takich, co wcześniej bilety zarezerwowali. I to byli zasadniczo mężczyźni, w tzw. średnim wieku i w okularach. Postaliśmy tak ze 20 minut, ale cierpliwość nasza została nagrodzona wreszcie i szczęśliwie jakoś dostaliśmy te bilety, a potem zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie (co już drugi raz ostatnio się nam zdarzyło, bo przez natłok chętnych w ten sam sposób oglądaliśmy Dziewczynę z tatuażem).
Mimo różnych przeciwności losu, to był bardzo dobry dzień pod względem artystycznym i pomysł, żeby oglądać Artystę oraz Wstyd – jeden po drugim okazał się bardzo trafiony, choć bardzo oba różniły się od siebie. Może jednak chodziło o to, że zarówno jeden, jak i drugi pokazywały upadek, jak człowiek traci różne rzeczy, albo jak coraz bardziej się oddala od jasnej strony samego siebie. Były więc tam kolejne kręgi piekielne i zstępowanie w nie, a może raczej zapadanie się. Ale w przypadku pierwszego filmu, tego „murowanego kandydata do Oscara” na końcu się objawiła miłość ratująca, wyzwalająca i wybawiająca, i żadne straty – jak to w hollywoodzkim filmie – nie okazały się być nieodwracalne i nie do odrobienia. Wstyd, bez szans zresztą na Oscary, jak to z ponowoczesnymi filmami (a i w życiu niestety) bywa obył się bez szczęśliwego zakończenia i ostatnie jego sceny nic dobrego nie zapowiadały, chociaż główny bohater gdzieś tam skonfrontował się już z sobą samym i trochę zobaczył, że nie jest z nim najlepiej. I chociaż w międzyczasie wyrzucił na śmieci stosy pornograficznych gazet i filmów, a nawet komputer, to jednak nie wyglądało na to, żeby w kolejnych dniach zamierzał przystąpić do grypy Anonimowych Seksoholików. Piotr powiedział mi potem, że bohater filmu i jego siostra mają ten sam rodzaj uzależnienia, on – od seksu, ona – od złej miłości, i że obydwoje widzą to u drugiego nawzajem, lecz nie u samych siebie. To wydało mi się bardzo ciekawe, bo sama – szczerze mówiąc – zobaczyłam głównie jego uzależnienie i jego upadek, a o niej raczej – w trakcie filmu – myślałam, że to po prostu nieszczęśliwa dziewczyna, której się w życiu nie układa. Choć to wcale nie tak.

czwartek, 23 lutego 2012

Młodzi socjaliści

Wdałam się w pogawędkę z koleżanką, która z dawnych czasów zna także NNa. Wcale nie głównie o nim rozmawiałyśmy. Skądże znowu. O różnych sprawach, ale też i jego postać się w tym wszystkim przewijała co jakiś czas. Jak to mianowicie jest, zastanowiła się ona, że NN był wcale miłym chłopakiem, co więcej nawet – był przecież socjalistą młodym i jakie to romantyczne było, i jakie fajne. I co z tymi wszystkimi młodymi socjalistami się porobiło? Jak to się dzieje, ja z kolei tak mówiłam, że niektórzy (i wcale nie tylko chłopcy, ale też dziewczyny) za młodu tacy byli przyjemni, rozmawiać się z nimi chciało i nie wiadomo, co jeszcze robić. A potem im przeszło i już tacy nie są. I już nawet nie chodzi o to, że przybyło im kilogramów, że włosy im zaczęły wypadać, zmarszczki się porobiły, bo to akurat najmniej teraz się liczy. Ale co z tą całą myślą wzniosłą, że kto za młodu nie był socjalistą, to na starość zostanie szkoda gadać, kim? Skoro, mimo że socjalistami byli, to tylu ich się właśnie stało „szkoda gadać, kim”.  I taka to była rozmowa, a deszcz padał i siąpił, a autobusy sunęły ulicami, ochlapując staruszki i kobiety z wózkami.

środa, 22 lutego 2012

Środa popielcowa

- Mamo, a co to jest środa popielcowa? – zapytał wczoraj Mateusz, więc zgodnie z moim stanem wiedzy wyjaśniłam mu, co to za uroczystość. Zapytałam też kontrolnie, czy chciałby wziąć w niej udział, ale nie chciał.
- Nie nie, dziękuję – powiedział i dodał: - Oj, dobrze, że nie muszę.
- Nie, nie musisz – przyznałam mu rację. 
Ale z okazji tego dnia przypomniał mi się znany utwór poetycki, znanego poety amerykańskiego, który wolał mieszkać w Anglii, i który pół życia cierpiał rozterki z powodu swojej pracy urzędniczej, choć niektórzy sądzą, że bardzo odpowiadała ona jego temperamentowi. Kiedy szliśmy o poranku do szkoły, ślizgając się po grudach lodu, brnąc w kałużach i rozmawiając o tym, co nas czeka i o tym, czego wcale się nie spodziewamy, poemat ten wydał mi się bardzo na miejscu:

Ponieważ wiem że czas jest zawsze czasem
A miejsce zawsze i jedynie miejscem
A co się staje to się staje tylko raz w tym czasie
I tylko raz w tym miejscu
Cieszę się że wszystko jest tak jak jest i
Wyrzekam się błogosławionej twarzy
I wyrzekam się głosu
Ponieważ nie mogę mieć nadziei że powrócę znów
Przeto cieszę się musząc mieć
Coś z czego mógłbym się tu cieszyć.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Zaproszenie na urodziny

Mateusz został zaproszony na urodziny do kolegi. Mają tam być sami chłopcy – wszyscy koledzy z klasy. Z niedowierzaniem pytam więc:

- Jak to, nie będzie żadnych dziewczyn?

- Żadnych. Po co dziewczyny? – odpowiada rezolutnie pytaniem na pytanie mój syn.

- A ty na urodziny nie zaprosiłbyś żadnej dziewczyny? – przejmuję pytającą inicjatywę.

- Ciebie – powiada Mateusz.

- Oj, wiesz, że nie o to chodzi – mówię. – Pytam przecież o koleżanki.

- No dobrze… – w jego głosie słychać wahanie. – Niech będzie, że zaprosiłbym Gabrysię i Asię.

- Gabrysię i Asię?

- Tak – mówi.

- A czemu akurat je? – naciskam z narastającym zainteresowaniem.

- Bo Gabrysia to moja dawna ukochana – mówi Mateusz wzdychając ciężko – a Asia… Asia jest po prostu miłośnikiem królików.

sobota, 18 lutego 2012

Koniec karnawału

W ramach samopomocy koleżeńskiej G. i M. zabrali mnie do teatru. Ale najpierw przybyłyśmy do teatru  G. oraz ja, a potem pojawił się M. I kiedy szłyśmy ulicą Mazowiecką, po bardzo śliskim chodniku, napotkałyśmy na drodze grupę z jakimiś flagami i hasłami wznoszonymi o charakterze, nazwijmy to, patriotycznym. Bardzo ponuro to wyglądało i apokaliptycznie, szkoda gadać. 

- A patrz – mówię do G. – kobiet jakby nie ma.

- Są są – ona na to. I rzeczywiście były.

Na szczęście w teatrze było już przyjemniej. Dla mnie wielką atrakcją okazał się pan Gajos w charakterze widza teatralnego, żałowałam tylko, że nie trafiło mi się miejsce obok niego. Ale było także parę pomniejszych przedspektaklowych ciekawostek. Potem jednak znowu szczególnie wesoło nie było. Bo jak być mogło, skoro ta cała Sprawa Jarockiego to sztuka o naszym nieszczęsnym kraju, jego nieszczęsnej historii i różnych innych nieszczęsnościach? Tak to właśnie wyglądało, chwilami było i śmiesznie, ale wtedy też równocześnie strasznie. A jak wracałam do domu, to wszędzie pełno było przewracających się z przepicia, tłukących się i rzucających mięsem obywateli. Aż się zaczęłam zastanawiać, o co w tym wszystkim chodzi. I myślałam myślałam, aż wreszcie wpadłam na to, że oni wszyscy świętują koniec karnawału.

Dowody prawdy

Kolejne śnieżyce przeszły przez Warszawę, wte i wewte, a Piotr i ja postanowiliśmy wybrać się na Artystę. Ale w kinie Femina, do którego pojechaliśmy, w sali, gdzie mieli to grać zepsuł się projektor. I tak, zachęceni zniżką ceny za bilety, zaoferowaną nam przez miłą panią w kasie, trafiliśmy na inny film, o którym wcześniej miałam bardzo słabe pojęcie, noszący mało obiecujący dla mnie tytuł Spadkobiercy. O różne sprawy tam chodzi. Dla mnie najciekawszy był jednak wątek związany ze zdradą. Rzecz w tym, że żona głównego bohatera, którego gra rozchełstany i w spadających klapkach George Clooney, po wypadku leży w śpiączce i ma zostać odłączona od aparatury podtrzymującej życie. I wówczas bohater dowiaduje się od córki – niegrzecznej nastolatki, że żona go zdradzała, i wszyscy zaczynają szukać dość antypatycznego gościa, z którym to robiła, a który okazuje się być agentem do sprzedaży nieruchomości.

A wieczorem dotarła do mnie przesyłka od NNa, którą złożył on był w Wysokim Sądzie, a która warta jest tu odnotowania, nie dlatego, że zawiera obiecaną swego czasu przez niego płytę ze zdjęciami nie dość czystego kombinezonu i nieprawidłowo zrobionych prac domowych Mateusza, ale dlatego, że dołączył do niej także wydruki z tego tutaj mojego pamiętnika. Zaznaczone w nich na czerwono opowieści o króliku, rozwaleniu przez Mateusza kanapy, powiastki o tym, że nie chce mi się sprzątać, albo zdarza mi się zapominać o różnych rzeczach, w szczególności jednak wzmianki o tym, że jako dziecko kłamałam, a mój dziadek był alkoholikiem mają służyć przekonaniu Wysokiego Sądu, że nie nadaję się do tego, aby sprawować opiekę nad ośmioletnim chłopcem. 
Sporo o tym myślałam, choć wolałabym rozmyślać o czymś innym, wiele z tych myśli było denerwujących, więc denerwowałam się nimi. Ale wreszcie, ponieważ w mojej naturze, obok oczywistych skłonności do dekonstrukcji, jest również obszerna pozytywistyczna enklawa, doszłam do wniosku, że coś tu wymaga wyjaśnienia. Szczerze powiedziawszy, sądziłam, że tego uczą w szkole, ale widać, że na prowincji różnie z tym bywa.


Otóż to: Pisanie pamiętnika jest rodzajem działalności literackiej, nawet jeśli piszący nie ma do niej wielkiego talentu. Pamiętnik nie jest obiektywnym zapisem rzeczywistości. Zresztą (Wielkie Nieba!) może coś takiego występuje w matematyce, albo w fizyce, ale pisanie z głowy wyklucza świętą prawdziwość. Nawet jeden z moich ulubionych starodawnych autorów, Dionizy Areopagita, którego niektórzy złośliwie nazywają Pseudo-Dionizym Areopagitą, choć usilnie starał się opisać, czym jest Prawda, równocześnie pozorował, że jest kimś innym niż był w istocie. Mimo że żył pewnie w V wieku, to pisywał listy do Jana Teologa ze słowami pokrzepienia, gdy tego biedaka więziono na wyspie Patmos, gdzie zresztą dla naszego wspólnego dobra napisał swoją Apokalipsę.

I ze mną też tak jest, lub jest podobnie. To, że czytam książkę pod tytułem Dobra terrorystka nie znaczy ani, że jestem dobra, ani że jestem terrorystką. To że sama piszę (lub, uściślijmy, próbuję pisać) o kulcie relikwii, nie znaczy, że biję czołem przed każdymi napotkanymi relikwiami, choć może parę razy w życiu, z wielkiego wrażenia, mi się to przytrafiło. Ostatnio, jak pamiętam, przy relikwiach Aleksandra Newskiego w Piotrogrodzie. I teraz, pragnąc się przypomnieć temu świątobliwemu a przebiegłemu zwycięzcy nad łacinnikami, wąsatymi Szwedami i Niemcami, usilnie proszę: Aleksandrze Newski, miej na uwadze moją sprawę i miej litość nade mną. Daj NNowi dużo rozumu i siłę, żeby mógł walczyć ze swymi prawdziwymi demonami, a mnie, żeby już odpuścił, i żeby dał mi wreszcie spokój!


piątek, 17 lutego 2012

Bal

W szkole, z okazji tłustego czwartku, odbył się karnawałowy bal maskowy. Były tańce, picie i jedzenie oraz urządzenie do wykonywania karaoke, piosenki Majki Jeżowskiej i Natalii Kukulskiej. A Mateusz wraz ze swoim przyjacielem, Kamilem wykonali całkiem brawurowo, znaną piosenkę Lady Pank Marchewkowe pole. Poza tym, jak to przy podobnych okazjach, dzieci biegały i krzyczały po szkolnym korytarzu wśród pękających co jakiś czas z wielkim hukiem balonów. Na koniec zaś cała klasa wykonała rytualny taniec dyskotekowy.
Niestety dla mnie na balu pojawił się także NN. Stało się więc też to, czego można było się po tej sytuacji spodziewać: Mateusz próbował pojednać zwaśnionych rodziców, potem zaś (kiedy mu się to nie udało) trochę stracił ochotę do zabawy, chodził od jednego z nas do drugiego i smutne to było. Smutne, złe i niepotrzebne. 


A potem dla utrwalenia konfliktu mieliśmy z NNem wieczorno-poranną (bo przeciągnęło się to do dzisiejszego ranka) wymianę korespondencji mailowej. Zgodnie ze swoimi epistolarnymi zwyczajami NN poinformował mnie, że wprawdzie urodziłam i wykarmiłam Mateusza, ale tylko ojciec może dać mu teraz szczęście, zabierając go z Warszawy do pięknej nowej szkoły pod miastem (być może) Poznaniem, gdzie jest 30 kółek zainteresowań, a przez okno widać jezioro, czy tam inny staw. Gdyby, twierdzi NN, Mateusz choć raz powiedział mu, że chce mieszkać ze swoją matką, to NN zaraz by się rozwiódł ze mną i taki stan rzeczy zaakceptował, ale tego NN rzekomo nie słyszał, więc nie przyjmuje do wiadomości. Za to, podobno, Mateusz już zaakceptował plan, że wyjedzie do tej nowej szkoły, będzie miał nowych kolegów itd. NN dał mi do zrozumienia, że jestem egoistką sprzeciwiając się wyjazdowi dziecka. Dowiedziałam się od niego, że - jak chcę mieszkać w tym samym mieście, co Mateusz - sama mogę się przynieść do Poznania i zostałam pouczona, że życie jest nieprzewidywalne.
Po tym wszystkim podjęłam decyzję, że nie będę już więcej z tą osobą korespondować ani mailowo, ani na papierze, ani nijak. W szczególności, że styl pisania ma irytująco zły, nie stosuje zasad interpunkcji i robi błędy ortograficzne. Ale nawet, gdyby nie robił, to bym już więcej nie chciała.


czwartek, 16 lutego 2012

Życiowe plany

(Rano, w drodze do szkoły)
ja: A może ty będziesz studiował historię sztuki?
Mateusz: No wiesz, mamo…

(Po południu, w drodze ze szkoły do domu)
Mateusz: Wiesz co, mamo, już zadecydowałem, pójdę na te twoje studia.
ja: Na historię sztuki?
Mateusz: Acha.
ja: Dobrze.
Mateusz: I będę pracował potem w muzeum.
ja: A w jakim byś chciał?
Mateusz: No w Narodowym przecież…
ja: Acha, dobrze, synku.
Mateusz: I będę tam stróżem nocnym; w dzień będę spał, a w nocy pracował. Bo wiesz, chcę wreszcie zobaczyć, jak w nocy w muzeum wszystko ożywa!
ja: O, mhm.

środa, 15 lutego 2012

Z życia kobiety pracującej

Śnieżyce, zawieje i zaspy. A ja nadrabiam zaległości, ale co już nadrobię, to przypominam sobie o następnych. Więc przechodzę od jednych do drugich. Ledwo jedne skończę, już mi się robią kolejne. Wieczorem kładę dziecko do łóżka, odczytuję rytualnie rozdział Dzieci z Bullerbyn, odbywam z nim krótką pogawędkę. A potem zabieram się do pracy. Tylko na co tu się zdecydować: pisać, czy czytać, a może redagować? A tutaj:
- Mamo mamo, wody! Pić! Zaraz umrę z pragnienia! – Wzdycham w głębi ducha, ale idę po szklankę wody, podaję spragnionemu. Wracam do pracy.
- Mamo, poproszę Baśnie polskie. Będę czytał mojemu ukochanemu Michałowi! – Niech będzie, przecież zachęcam dziecko do lektury. Zostawiam swoje pisanie i idę szukać odpowiedniej książki, a potem znowu próbuję coś robić.
- O nie! Michał! Mamo mamo! On mi nasikał! – Wzdycham na głos i czuję, jak narasta we mnie niepokój, ale zostawiam te wszystkie pisania i redagowania. Ściągam zasikane przez francuskiego królika prześcieradło, ścielę od nowa. Michał ląduje w klatce („Tym razem ci wybaczam – mówi do niego Mateusz – ale to już naprawdę ostatni raz!”), a ja siadam znów przy komputerze.
- Och! Nie mogę! Jaki ja jestem głodny! Mamo daj mi chałkę! Proszę proszę! – Trochę krew mnie zalewa, ale myślę sobie: „Nie będę głodnego dziecka trzymać przecież w łóżku. Jeszcze nie urośnie...”. Idę do kuchni, kroję chałkę, zanoszę głodnemu. Wracam do biurka, ale taka już jestem zmęczona tym chodzeniem z miejsca na miejsce, szukanie i noszeniem różnych rzeczy, że aż mi się same oczy zamykają.

wtorek, 14 lutego 2012

Etos pracy

Rano w drodze do szkoły popędzam Mateusza. O 8 sama zaczynam zajęcia więc idę szybko i jemu powtarzam ciągle, żeby raźniej się przemieszczał.
Mateusz: Czemu się tak spieszysz?
ja:  Mam zajęcia i nie chcę się spóźnić.
Mateusz: A co by było, gdybyś się spóźniła?
ja:  Wyobraź sobie, gdyby na zajęciach zjawili się wszyscy studenci, a ja nie, to jakby to wyglądało? Albo gdyby u ciebie na lekcje przyszła cała klasa, tylko pani by się nie zjawiła.
Mateusz: Przecież my właśnie chcemy, żeby tak było!

Dzień miłości

W szatni szkolnej Mateusz pyta mnie:
- A nie możesz trochę polubić taty?
- Polubię go, jak przestanie mówić, że chce ciebie wywieźć gdzieś pod Poznań – odpowiadam trochę bezmyślnie, zastanawiając się raczej nad czymś innym:  niedokończonym artykułem, jutrzejszymi zajęciami, kolejnymi zebraniami i innymi tego rodzaju sprawami. Ale niechcący, jak się zaraz okazuje, rzucam ziarno na podatny grunt.
- No polub go, polub… – powtarza ze trzy razy dziecko, a ja brnę dalej, że raczej nie, że dziękuję; wreszcie mu się to nudzi i mówi:
- Jak tak, to ja się z tatą wyprowadzę do tej A.
- Jesteś pewien? – pytam, a czuję jak mi cała krew spływa do mózgu.
- Właśnie, że tak, bo ona ma jacuzzi i 300 kanałów w telewizorze… – tak do mnie mówi moje dziecko.
I co ja mam teraz powiedzieć? Żeby się wziął i wyniósł do tych 300 kanałów, i czego tam jeszcze? Niestety mam ochotę powiedzieć właśnie coś takiego, a w głowie mi dudni i szumi, i jestem całkiem przerażona. Wreszcie jakoś się ogarniam, więc zaczynam mówić, że wolnostojące domki, trawniki, rzeczy inne to nie wszystko, że miłość, a tu za pasem przecież dzień miłości, i takie tam podobne, i żeby nad uczuciami raczej się zastanawiał, a nie nad wanną z nowoczesnym guzikiem, ale z trudnością mi to wszystko przychodzi, bo ciężko mi i smutno, i już wreszcie nic nie mówię, a Mateusz mi się przygląda i powiada:
- No dobra, tak to tylko powiedziałem…
- Chciałeś mi zrobić przykrość? – pytam, a on mówi, że owszem.
- Chciałeś, żebym cię prosiła, żebyś mnie nie zostawiał i nie wyjeżdżał? – i Mateusz mówi, że właśnie tego chciał. Więc zaczynam znowu opowiadać, że niedobrze kogoś specjalnie ranić, mówić rzeczy, o których wiadomo, że sprawią mu przykrość, tylko po to, żeby go sprawdzić. I tak mówię i mówię. A Mateusz kiwa smętnie głową, że niby słucha i wreszcie odzywa się do mnie:
- To już dajmy temu spokój, dobrze?

niedziela, 12 lutego 2012

Magia kina

I tak odbyła się wielka inicjacja Mateusza w zaczarowany świat kinematografu dla dużych. Po odbyciu wycieczki na drugą stronę rzeki Wisły, gdzie zapoznaliśmy się i zaprzyjaźnili z królikiem Henrykiem, poszliśmy na Hugo i jego wynalazek Martina Scorsese’a. I stało się, że Mateusz po raz pierwszy w życiu obejrzał w kinie film w oryginalnej wersji językowej i z napisami. A nie dość, że poradził sobie całkiem nieźle z ich czytaniem, to jeszcze momentami czytał na głos, więc ja już właściwie nie musiałam tego robić na własny użytek. W dodatku jakoś tak się stało, że trafiliśmy do kina dość późno, a wyszliśmy z niego po 21. Mateusz miał pewne obawy, że zaśnie podczas seansu (bo, żeby dobrze rosnąć, zwykle udaje się na spoczynek już około 20), ale do tego szczęśliwie nie doszło; trudno zresztą byłoby chyba zasnąć w czasie tej prawdziwie magicznej opowieści o tym, czym jest kino. Największy entuzjazm, głośny śmiech i radość Mateusza, co ciekawe, wzbudziły nawet nie występy geniusza kunsztu aktorskiego, którym jest (jak sądzę) Sacha Baron Cohen, ale fragmenty starych filmów – braci Lumière oraz Georgesa Mélièsa. I nie ma się co dziwić, że publiczność w kinie przy Alejach Jerozolimskich wieczorową porą zakończyła ten seans oklaskami, bo naprawdę był tego wart. Bierzcie, powiadam, własne i znajome dzieci, i prowadźcie je do kina na film Scorsese’a. Namawiajcie nauczycielki, żeby zorganizowały dla waszych i nie waszych dzieci wycieczki na ten film. No i sami zobaczcie koniecznie.






piątek, 10 lutego 2012

Przyjaźń

Na stołówce szkolnej zobaczyłam dziś Mateusza nad zupą zacierkową, a następnie nad kotletem rybnym w najlepszej komitywie z chłopcem o imieniu Kamil. Ale podczas gdy mój syn kończył swoją rybę, Kamil przybiegł do mnie i zapytał, czy może do Mateusza przyjść (albo przyjechać na rowerze) w niedzielę, a kiedy wyraziłam stosowny do okoliczności entuzjazm, wziął ode mnie numer telefonu i dał mi telefon do swojej mamy. Wracając więc do domu, zapytałam Mateusza o Kamila.
- Bo, wiesz, mamo – zaczął mi tłumaczyć – Kiedyś przyjaźniłem się z Kacprem, od samej pierwszej klasy.
- No tak, oczywiście – mówię.
- A teraz mam nowego przyjaciela, już nie Kacpra – wzdycha Mateusz.
- Jak to? – pytam.
- No właśnie – kontynuuje Mateusz – przyjaźniłem się z Kacprem, a teraz tak polubiłem Kamila, że on jest moim najlepszym przyjacielem.
- Tak to w życiu bywa – staram się powiedzieć tonem pokrzepiającym – z przyjaźnią, a i z miłością.
- I właśnie mi się to przytrafiło – mówi Mateusz. – A Kamila tak lubię, że nie wiem. Tak się polubiliśmy, że aż dzisiaj się pocałowaliśmy…
- Pocałowaliście się? – pytam.
- No tak, nie wiesz, że przyjaciele się czasem całują? – powiada z wyraźną wyższością.
Kupujemy seler i marchewkę dla królika i idziemy do domu.

środa, 8 lutego 2012

Płeć mózgu (2)

Kontynuując me płoche przemyślenia z wczoraj, oto tutaj piszę, co mi się nie podoba u własnej płci, czyli u kobiet:
1) przekonanie, że wyglądem, modulacją głosu i sposobem poruszania się można wszystko załatwić;
2) podporządkowywanie się przedstawicielom drugiej płci i rezygnowanie ze wszystkiego swojego;
3) przesadna uległość  wobec mamy, wobec taty, wobec męża (czy tam innego partnera), dziecka itd.
Ogólnie jednak uważam, że kobiety są bardzo fajne. Badania dowodzą, że są lepiej wyedukowane niż mężczyźni, a niektóre nawet lepiej pracują. Bywają ładniejsze od mężczyzn, ładniej ubrane i ładniej uczesane, więc nierzadko lepiej patrzeć na kobiety niż na mężczyzn. Mogłyby być jednak weselsze. Niektóre bez powodu są zimne jak głaz, a inne z kolei zbyt łatwo popadają w histerię. Przede wszystkim jednak ponure jest i smutne to, że bardzo mądre, ładne i wesołe babki wiążą się często z jakimiś takimi nijakimi, bezsensownymi, a do tego jeszcze ponurymi facetami, co odwrotnie spotykane jest niesłychanie rzadko.

wtorek, 7 lutego 2012

Płeć mózgu (1)

Pewne wydarzenia ostatnich dni sprawiły, że postanowiłam zmierzyć się z kwestią: „Czego nie lubię u płci przeciwnej?”. W niedalekiej przyszłości zamierzam odpowiedzieć sobie również na inne pytania: „Czego nie lubię u własnej płci?”, „Czego nie lubię u dzieci obojga płci?” oraz „Czego nie lubię u zwierząt?” itd. Od jakiegoś punktu jednak trzeba zacząć, więc (dla tak wskazanej logiki wywodu) rozpocznę od kwestii pierwszej. 
Nie lubię mianowicie, kiedy mężczyzna:
1) ma mocne uderzenia testosteronu na mózg;
2) uważa, że z racji swojej płci jest jakoś ważniejszy i powinien zajmować  więcej miejsca niż kobieta;
3) mnie nieuprzejmie zaczepia i w ogóle nieuprzejmie się zachowuje, a zwłaszcza jak jest w tym napastliwy;
4) kiedy się przesadnie puszy i chwali, zwłaszcza oczywiście, jak nie ma czym, ale nawet jeśli ma się czym chwalić, to przesada jest w tej kwestii męcząca;
5) kiedy się lęka kobiet (choć rozumiem, że lękać się może) i próbuje to maskować okazując im pogardę.
Poza tym uważam, że mężczyźni w większości są bardzo fajni i zabawni, bywają niezmiernie pożyteczni, mają dobrze skonstruowane mózgi i właściwie ustawione priorytety (za wyjątkiem sytuacji, w których ze zbyt dużym zaangażowaniem oglądają mecze, walki bokserskie, grają w gry komputerowe itp.).

poniedziałek, 6 lutego 2012

Zima (2)

Pytanie: „Jak człowiek może pomóc zwierzętom w przetrwaniu zimy?”

Wypracowanie Mateusza:  „Dokarmiać ptaki. Ułożyć legowisko dla niedźwiedzia. Zostawiać siano dla jeleni. Wkładać zajączkom sianko do ich norek”.

Gniewy i strachy

Przeczytałam w internecie artykuł o tym, co w kobietach jest denerwujące dla mężczyzn. Dla wymienionych w tekście Andrzeja, Antoniego i Jacka (a może i innych) są to takie zachowania jak: niegaszenie światła w łazience, niezamykanie szafek w kuchni, niezakręcanie pasty do zębów, a także nadmierne gadanie przez telefon i gadanie w ogóle oraz temu podobne. Zatem zwróciłam się do Piotra:
- Więc słucham, co cię we mnie denerwuje. Chcę wiedzieć, bo to bardzo dla mnie ciekawe.
A Piotr na to, ale nie od razu, tylko po jakimś czasie:
- Nie denerwuje mnie nic takiego jak tych Antonich z tekstu.
- No i w ogóle nic cię nie denerwuje? – szczere było moje niedowierzanie – No nie wspominając o przeszkadzaniu w pracy, bo to na pewno (wiadomo, że przeszkadzanie w pracy denerwuje prawie każdego).
- Za bardzo nie przeszkadzasz, przeszkadzasz w normie – odpowiedział –  Ale jeśli cokolwiek mnie denerwuje, to denerwują mnie tylko te twoje atawistyczne gniewostrachy przywleczone z pożycia z NNem.
Co tu dużo mówić, raźniej mi się zrobiło i lżej na dość zbolałej, wycieńczonej ostatnimi potyczkami duszy, bo mnie te gniewostrachy tak samo denerwują.

sobota, 4 lutego 2012

Marzenie każdego mężczyzny

- 30 stopni chyba, szyny pękają, internet zamarza, a owinięte w zbyt wiele warstw ciało odmawia posłuszeństwa.  W kinie zobaczyliśmy  Mój tydzień z Marilyn. Wszystko z tego, że nie chciałam pójść na Różę – nie w ogóle, tylko akurat wczoraj. A nie chciałam, bo dość miałam całkiem realnych okropieństw w świecie. Nie dlatego, że jestem nie wiadomo jak wrażliwa (bo przecież wiadomo, że nie jestem), ale z tego powodu, że ostatnie dni dość mnie emocjonalnie wyczerpały. Zamiast dalszych więc potworności zobaczyliśmy film o niewinnych męskich fantazjach.
Podobno, jak oburzają się sikorki, znany krajowy seksuolog, Zbigniew Lew-Starowicz obwieścił niedawno światu, że (tu pozwolę sobie to zacytować z drugiej ręki i może wyrwane z kontekstu) „jeśli mężczyzna patrzy na kobietę, to od pierwszej chwili jest ona dla niego obiektem erotycznym. W kilka milisekund on wie, czy chciałby się z nią przespać, czy nie” itd. Nie wiem, czy tak jest naprawdę. Nie jestem mężczyzną, więc nie mogę wiedzieć. Co gorsze, zapytany o to Piotr wymigał się od odpowiedzi, to znaczy odpowiedział tak, że nic z tego dla sprawy uniwersalnej nie wyniknęło. 




   
A mnie film o Marilyn w jakiś tajemniczy sposób złożył się w całość z powyższą myślą słynnego seksuologa. W filmie jest ona dość grubiutka, więc ciekawi mnie, czy dla współczesnych heteroseksualnych mężczyzn, wyuczonych wiadomo jakich kanonów urody damskiej, taka symbolizująca płodność bułeczkowatość jest ekscytująca i pociągająca. Domyślam się, że jedni wolą kobiety z mniejszą, a inni z większą warstwą tłuszczu, tak jak jedni wolą kobiety wesołe, a inni wolą smutne, dla jednych pociągające są kobiety złe, a dla innych dobre, można tak w nieskończoność. Mężczyźni u Dostojewskiego popadali w miłość spoglądając w oczy tych wszystkich Gruszeniek, Zoś i Nastazji, z reguły zresztą od pierwszego rzutu oka. Nikt wtedy jeszcze nie słyszał o doklejanych rzęsach i reszcie tego rodzaju sztafażu, więc może łatwiej było wtedy w damskich oczach dostrzec zwierciadło duszy, niż 80 i 120 lat później. Ale z czym innym było wtedy trudniej, bo fryzury, suknie i mufki dość dużo jednak zasłaniały. Dziś z kolei komuś takiemu jak Marilyn menedżerowie i producenci kazaliby szybko schudnąć i ubrać się w coś innego, albo przynajmniej sprawić sobie tatuaż na plecach. Czy zatem światem rządzi pragnienie piękna i dobra, popęd seksualny, czy korporacyjny porządek, albo może graficy ulepszający zdjęcia dla kolorowych czasopism? 

piątek, 3 lutego 2012

Chłopcy

Mateusz opowiada, jak to chłopcy pokłócili się na basenie, jeden drugiego nazwał skunksem, drugi pierwszego śmierdzielem, albo może gorzej, no i nawet chyba zaczęli się trochę bić.
ja: A ty co?
Mateusz: Ja się nie kłóciłem i nie biłem,  tylko patrzyłem!
ja: I co było dalej?
Mateusz: Pani ich potem wzięła: Karola, Kacpra, Kamila i Matiego (ale nie mnie, tylko drugiego Matiego) i z nimi rozmawiała.
ja: A o czym?
Mateusz: No przecież nie wiem.
Piotr: I co stali się po tej rozmowie bardziej grzeczni?
Mateusz: No co ty?! Dwa razy dwa to cztery…

czwartek, 2 lutego 2012

Królik (1)

- Mamo, ja nie wiem, czy jestem królikiem, czy człowiekiem – mówi Mateusz leżąc z królikiem pod kołdrą, obaj ruszają po króliczemu nosami.
- Jak to, nie wiesz? – pytam.
- Po prostu nie wiem. Zobacz, jaki jestem podobny do naszego Michała.
- Podobny? – patrzę na niego z niedowierzaniem.
- No tak, mam taki sam nos, takie same uszy  – a mówiąc to, prezentuje kolejne części ciała. – Królik to mój brat, więc to jest problem: czy jestem człowiekiem, czy królikiem.
- Myślę, że jesteś człowiekiem – mówię, a Mateusz przygląda mi się badawczo i powiada:
- Ale ja jednak wolę być królikiem.

Miłość i pieniądze

Mateusz: Mamo, a jak ktoś dużo pracuje, to ma dużo forsy?
ja: Hmm.
Mateusz: Ty dużo zarabiasz?
ja: Za bardzo nie narzekam.
Mateusz: A ja, kiedy będę dorosły, będę dużo pracował i będę zarabiał mnóstwo forsy!
ja: Cieszę się, ale wiesz, że pieniądze nie są w życiu najważniejsze?
Mateusz: Oj, no przecież, wiem... Najważniejsze są dzieci i zwierzątka. A kiedy będą te … no… balbinki?
ja:  Jakie balbinki?
Mateusz:  Przecież! Te dla zakochanych!
ja: Walentynki.
Mateusz: No dobra, walentynki. Kiedy?
ja: 14 lutego.
Mateusz: To za dwa tygodnie. Szkoda, że w ogóle nie mam forsy…
ja: A po co ci?
Mateusz: Mamo! Nic nie rozumiesz! Muszę chyba mojemu ukochanemu króliczkowi kupić jakiś prezent, prawda?!