Wybraliśmy się z wizytą kontrolną do okulisty.
- Mamo, jaka kolejka! – wykrzyknął zdumiony Mateusz, kiedy
przekroczyliśmy bramy specjalistycznego szpitala na Pradze.
- Widzisz, synku – mówię na to – tak to już bywa u lekarza.
- I ci wszyscy ludzie są chorzy? – zapytał wskazując na tłum
kłębiący się przy rejestracji i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- No, zdrowi na pewno nie są – odrzekłam.
Potem staliśmy w kolejce do specjalisty dziecięcego, a tłum
kłębił się i wykłócał. Obok jedna pani mówiła podniesionym głosem, co myśli o
lekarzu przyjmującym w sąsiednim gabinecie. Dla rozrywki wdaliśmy się więc w
pogawędkę z miłą lekarką, która namawiała licznie zgromadzonych na badania
służące medycznym eksperymentom. Nikt na tym korytarzu się do nich nie
palił („Ja tu już wystarczająco długo czekam” powiedział tęgi jegomość, a pani
w trwałej ondulacji zawtórowała: „Pewnie! Dość już czekamy. Na żadne badania
nie pójdziemy!”). Więc ja (aby zaprezentować dziecku prospołeczną postawę)
postanowiłam się zgodzić i wkrótce udaliśmy się do gabinetu, gdzie pobrano mi
krew.
- Nie zemdleje pani? – zapytała pielęgniarka.
- Boże! – zakrzyknął Mateusz – ja zaraz zemdleję! – ale nie
zemdlał.
- Ja nie mogę, mamo, jak ty to wytrzymałaś? – zapytał, gdy
opuściliśmy ów gabinet.
- Jakoś wytrzymałam – odparłam.
- To niesamowite… - Mateusz na to.
- Co jest takie niesamowite?
- No bo pobrali ci tyle krwi, a ty nawet nie zemdlałaś. Nie
wiedziałem, że mam taką odważną mamę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz