Wybraliśmy się – Mateusz i ja – z wizytą do weterynarza,
zabierając ze sobą ukochanego królika. Michał zachowywał się przykładnie. Nasz
doktor Dolittle, jak zwykle zbadał go pieczołowicie, obejrzał pazurki, które
trochę przyciął, zajrzał do paszczy, posłuchał bicia jego serca:
- Piękny królik! Dobrze wygląda… - powiedział wreszcie.
Mateusz popatrzył na mnie, ja na niego. Duma nas rozpierała,
że takiego wspaniałego zwierzątka się dochowaliśmy. A doktor z uśmiechem i
dokończył:
- Zbyt dobrze…
I zalecił Michałowi dietę: rano sianko, w południe sianko i
sianko wieczorem.
A my, nieco tym rozbici, odprowadziliśmy Michała do domu i pojechaliśmy do
optyka, żeby sprawić Mateuszowi nowe okulary, bowiem posiada jedynie wybrakowane, od czasu,
kiedy zgubił jedno szkło podczas wigilii w Mieszkaniu Chopina. I kiedy już
zamówiliśmy nowe okulary, zainteresowaliśmy się licznymi poświątecznymi
wyprzedażami. Patrzymy, a tu czapy futrzane w przystępnych cenach. Więc ja się
pytam jowalnego pana z wąsami, który nimi handlował :
- A z jakiego zwierzęcia te czapki?
Wąsaty sprzedawca popatrzył na mnie uważnie i rzekł:
- Z jenota.
- Z jenota? – powiedziałam rezolutnie – to dziękuję, nie
chcę czapki z prawdziwego zwierzęcia.
Wąsaty przyjrzał mi się jeszcze uważniej:
- Z jenota, za 30 złotych? – I popukał się w czoło.
Eleganckie to nie było, ale – uradowana, że czapka nie jest ze zwierzęcia –
szybko ją kupiłam.
A potem wracaliśmy do domu: Mateusz w czapce królika, z
wąsami i uszami, a ja w czapie z niby-jenota. I chyba dobrze wyglądaliśmy, bo
wszyscy na nas patrzyli.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz