W pochmurny i ponury poranek czwartkowy idziemy z Mateuszem
do szkoły. Ja mam nos spuszczony na kwintę. Idę powoli, powłócząc nogami, a
Mateusz hasa wesoło dokoła. Ja rozmyślam nad sensem, a ponadto: o dwóch parach zgubionych
okularów, o znalezionych zepsutych okularach, o wszystkich wczorajszych
katastrofach i nieszczęściach, i jestem smutna i zła na siebie, a Mateusz znienacka pyta:
- Mamo, a wiesz, kto to był Tysiącleć?
- Jaki Tysiącleć?
- No ten, co ma u nas Plac Tysiąclecia.
- Synku, to chodzi o Tysiąclecie Polski.
- To Polska ma tysiąc lat?
- Tak.
- No to nieźle! Ha ha. A ja myślałem, że był jakiś pan,
który nazywał się Tysiącleć, jak na przykład Jan Matejko, albo ktoś inny bardzo
sławny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz