Traumatyczne dni. W piątek obejrzeliśmy Białą wstążkę. W sobotę poszliśmy do kina na Pokłosie. A w niedzielę wybraliśmy się, ot tak, na miasto. Niemal
niczego nieświadomi, jak przysłowiowe dzieci we mgle, wpadliśmy do SKMki na
stacji Ursus, która to SKMka okazała się być wypełniona patriotycznie
usposobionymi młodymi ludźmi huczącymi, nie wiedzieć czemu, że „Polak Węgier
dwa bratanki”. Przyjemnie to w tej kolejce nie było. I nie było przyjemnie, po
godzinie 15, na Placu Defilad otoczonym kordonami policji. Pochodziliśmy jednak
po Warszawie, przyłączając się dwukrotnie do malutkiego marszu pod lewicowym
sztandarem. A potem wróciliśmy, natykając się tu i ówdzie na grupki patriotów, a także duże zastępy blokujących się wzajemnie demonstrantów.
Piotr był nawet tak uprzejmy dla nich, że kiedy jeden z patriotów zapytał: „A
Marszałkowska to gdzie?”, palcem wskazał im prawidłowy kierunek. „Trzeba było
ich pokierować w stronę Wisły” – powiedziałam i poszliśmy wśród wybuchających rac
i odoru siarki.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz