niedziela, 1 stycznia 2012

1 stycznia

Jak wiadomo końcówce roku towarzyszy społeczny przymus zabawy, który dla wielu osób (w tym również dla mnie) jest dość deprymujący. Tym razem jednak udało mi się szczęśliwie ominąć wszystkie wiry i zasadzki czyhające na uczestników sylwestrowych bali. Wcześnie (jak na taką okazję) udałam się na spoczynek, ale za to późno (bardzo późno) wstałam. A tu, 1 stycznia 2012, słońce świeci przez okna. Nie widać żadnych znaków Apokalipsy, kawa z Indii paruje, choinka stała jak stoi (choć tak naprawdę mogłaby się już posypać), francuski królik wachluje się swymi arystokratycznymi uszami, w przerwach obgryzając wiklinowy fotel z Ikei (który, między nami mówiąc, od dawna już nadaje się tylko na śmietnik).


Wiele się nasłuchałam o cierpieniach zwierząt w czasie nocy z 31 grudnia na 1 stycznia. Zwierzęta się boją wybuchów i fajerwerków. Martwiłam się więc trochę o naszego arystokratę wśród króliczego rodu – Michała i jego zdrowie, tak fizyczne, jak i psychiczne. Jednak słowa dziewczyny ze sklepu ze zwierzętami: „O! proszę mi wierzyć, króliki są bardzo wytrzymałe” po raz kolejny wydają się trafione w sedno. Królik okazał się stworzeniem mężnym, któremu kule śmigające nad głową nie są straszne. Od rana wygląda na wyspanego i zrelaksowanego. 

Ładnie jest, ale nie ma Mateusza. I myślę ze smutkiem o tych wszystkich dniach w tym roku, kiedy go nie będzie, o tych pustkach i ciszach bez niego. Jego zabawkach, płytach z audiobookami i filmami, kredkach, książkach, zeszytach i skarpetach, które będą porozrzucane leżały gdzie popadnie, podczas gdy on będzie w jakimś innym mieszkaniu, na jakiejś innej ulicy, a tak naprawdę nie wiadomo gdzie. To jest z pewnością najtrudniejsza rzecz w rozstaniu z kimś z kim się ma dziecko: że trzeba się tym dzieckiem podzielić, a przecież zrobić się tego nie da, ani na pół, ani zostawiając sobie 2/3, czy tam jakieś inne 3/4.

Kiedy byliśmy ostatnio w ZOO widzieliśmy kilka małych zwierząt z ich matkami. Mateusza bardzo te urocze widoki radowały, ale i skłoniły do pewnej refleksji:
- Dla takiego zwierzątka to chyba mama jest najważniejsza – powiedział.
- A u ludzi jak jest? Co myślisz? –zapytałam ja.
- U ludzi, u ludzi…. też chyba mama jest najważniejsza, i tata jest najważniejszy, i mama i tata – powiedział nieco zafrasowany Mateusz i zaczął przyglądać się godowym zabawom 26-letniej hipopotamicy Pelagii i niespełna 5-letniego hipopotama Hugona.
- A widzisz – powiadam wówczas do mojego syna, żeby go pocieszyć – mama, tata, mama, tata, a jak przychodzi co do czego, to i tak każdy w końcu dorasta i chce mieć swojego ukochanego, czy ukochaną, nim (nią) się zajmuje i przestaje myśleć o rodzicach.
Mateusz wyraźnie wtedy poweselał:
- Acha! Pewnie, że tak jest! I bardzo dobrze, bo całe życie z rodzicami, to można byłoby po prostu zwariować!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz