1) wielogodzinnych zebrań, podczas których rozważa się i się nie rozważa, mówi się i się nie mówi;
2) pełnych zapału urzędników, wykonujących przesadnie sumiennie swoją pracę;
3) wypełniania formularzy (papierowych i takich w komputerze – wszystkich na równi);
4) pełnienia oficjalnych funkcji, a w tym (w szczególności) słuchania długich przemówień.
I gdybym miała powiedzieć jak wygląda raj (choć, prawdę powiedziawszy, zanadto w istnienie czegoś podobnego nie wierzę), myślę, że byłoby to miejsce, w którym nie ma oficjalnych funkcji i zebrań, ani europejskich przepisów i zaangażowanych w nie urzędników, i można sobie czytać i pisać, co się chce. Poza tym byłoby tam pełno dzieci (ale sympatycznych, wesołych i uprzejmych) oraz zwierząt (które nie kąsają i ładnie wyglądają). Za to osoby, które są dla mnie nieuprzejme lub niedobre miałyby w tym moim raju jako obowiązek przez 3 dni w tygodniu wypełniać PITy, od czasu do czasu dostawałyby niezasłużenie mandat za przebieganie na czerwonym świetle, a do jedzenia miałyby jedynie niezdrowe jedzenie z fast foodów. Tak by to wyglądało.
A napisałam to wszystko w wyniku spędzenia trzech godzin pod wpływem bezpośredniego oddziaływania na mój biedny i dość słaby mózg farby o numerze seryjnym: SS-666, która oprócz tego, że zabija grzyby, nieźle radzi sobie z innymi organizmami żywymi i, zdaje się, że dodatkowo podnosi mocno poziom agresji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz