Dzień wczorajszy był pasmem udręk. Najpierw (choć to się może zdawać dziwne przy niedzieli, a jednak) trochę wszyscy zaspaliśmy. Potem Piotr poszedł, a my (Mateusz, królik i ja) niemrawo kręciliśmy się po domu. I jeszcze nic wtedy nie zwiastowało ciągu zbliżających się katastrof, oprócz drobnych kłótni o odrabianie lekcji. Aż weszłam do Mateuszowego pokoju i zobaczyłam płat tapety zdartej ze ściany w rogu. Na moje pytanie, zadane dość surowym tonem:
- Co to jest? – Mateusz tylko po króliczemu poruszał nosem i próbował powachlować się uszami. Ostrzegłam go, żeby więcej tapety nie zdzierał, bo będzie miał kłopoty, a on popatrzył na mnie jednym zielonym okiem i oddalił się na czworakach do układania klocków.
Jakiś czas potem zasiadł do netbooka, żeby dwusetny raz obejrzeć Ratatouille’a (dla niezorientowanych: jest to film o szczurze, który okazuje się wyśmienitym kucharzem). Po kilkunastu minutach usłyszałam rumor i krzyki, po czym ujrzałam mojego syna biegnącego ku mnie i wołającego:
- Mama, mama, ratuj!
Kierowana instynktem macierzyńskim rzuciłam się, aby pomóc, ale zaraz się zorientowałam, że to nie Mateusza trzeba ratować, tylko jego biurko ze stojącym na nim netbookiem, które jakoś przypadkowo zalały się zawartością szklanki znanego amerykańskiego napoju chłodzącego.
Stoczyłam więc walkę z biurkiem i wszystkim tym co na nim było pozalewane napojem. No i wreszcie zabrałam się za tego nieszczęsnego netbooka. Wytarłam go, trochę rozmontowałam (klnąc i bluźniąc pod nosem, choć przecież nie mam tego w zwyczaju). Ale nic, żadnego tchnienia, cisza i czarny ekran. Były to straszne chwile: ja wściekła, Mateusz przybity, królik chlipiący. I tak dalej. Awantura przeplatana parkosyzmami żalu nad martwym komputerem. Ale wreszcie (dalej klnąc – jednak raczej w myślach) wzięłam się w garść, w drugą garść zaś chwyciłam suszarkę i dalej go suszyć od przodu oraz od tyłu. Pewnie to wszystko było niezbyt mądre (podobnie jak swego czasu naprawianie telewizora pilnikiem do paznokci), jednak tym razem moje słynne szczęście zadziałało i netbook cudownie ożył. Ku uciesze skaczącego Mateusza i wobec całkowitej obojętności naszego arystokratycznego królika francuskiego. Mimo radości i wdzięczności za uratowanie komputera Mateusz nie omieszkał mi potem 3, a może nawet 4 razy wypomnieć, że w ferworze walki z biurkiem i netbookiem nazwałam go w sposób niewłaściwy, czemu zresztą musiałam przyznać rację, a jeszcze się tłumaczyć, że byłam zdenerwowana, sfrustrowana, i że rodzicom dzieci oblewających napojami komputery i zrywających tapetę ze ścian czasem po prostu puszczają nerwy.
Na szczęście jednak, jak to w baśniach, wszystko się mniej więcej dobrze skończyło i dziś rano w drodze do szkoły, przeskakując kałuże i usiłując w nie wpaść Mateusz wyznał:
-Mamo, ale okropny był ten dzień wczoraj! Mam nadzieję, że już nigdy nic takiego mnie nie spotka.
A ja przyznałam mu rację.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz