W niedzielny poranek w mieście pionierów obudziły mnie krople deszczu uderzające w parapet, potem przekształciło się to w szumienie i kapanie, a na koniec wszystkie te szmery przemieniły się w dźwięki kościelnego dzwonu zapraszające wszystkich na nabożeństwo niedzielne. Życie tutaj ma sobie coś nieco przygnębiającego i trudno powiedzieć, dokładnie co to jest. W każdym razie, czy to dlatego, że są w tym mieście ledwie dwa kina, czy dlatego, że to wszystko dokoła wygląda jak scenografia z osiedla w upadłej republice radzieckiej, mam tu wrażenie bycia na końcu świata.
W okolicach obiadu wybuchła kłótnia o jedzenie, o pierogi, które Mateuszowi nie smakowały:
- Ty nie umiesz robić pierogów – zawołał Mateusz do babci.
- Ja nie umiem? Nic ci już nie zrobię, nic nie będziesz jadł! – krzyczy babcia.
- Gdybyś zaznał głodu – komentuje prababcia – to by było inaczej... Jak dzieci w Afryce, albo nawet w Polsce, kiedy kobieta ma 4 dzieci i 500 zł na jedzenie, albo jak było przed wojną. Jak u nas, co niektórzy tylko cebulę jedli, ciągle tylko cebulę i cebulę.
- Ale te pierogi niedobre, nie smakują mi – kwiczy Mateusz.
- Bo nie znasz uczucia głodu – tłumaczy cierpliwie prababcia. Tymczasem Mateusz z babcią się kłócą, wypominając sobie kolejne niezjedzone (to babcia) lub nie dość smaczne (to Mateusz) posiłki. Wreszcie obrażają się na siebie. Potem przychodzi zakała rodziny i dopiero wtedy, nad kotletami mielonymi, babcia i prababcia rozkręcają się. Z zapałem zaczynają doradzać zakale, mówić mu, co ma robić, a czego nie, ile pracować, a co czynić w czasie wolnym, jakim autobusem jeździć i czy w ogóle jeździć (bo może lepiej tramwajem), aż wreszcie wszyscy zaczynają kłócić się na całego, krzycząc jeden przez drugiego.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz