wtorek, 24 stycznia 2012

Podróż

Wczoraj w telewizorze pokazywali zdjęcia wiadomego samolotu, który rozbił się swego czasu w Smoleńsku. Zobaczył to Mateusz:
- O nie… - jęknął głośno.
Spojrzałam na niego pytająco, a on powiedział:
- Oj, myślałem, że już uprzątnęli resztki tego samolotu, a on tam dalej leży…
Pocieszyłam Mateusza, że to tylko stare zdjęcia, ale nie wyglądał na przekonanego. Przypomniało mi się, jak w te wakacje mój syn oświadczył:
- Mamo, ja nie chcę nigdy lecieć na wakacje samolotem!
- Dlaczego – zapytałam dość zdziwiona taką deklaracją.
- No wiesz – powiedział Mateusz – po katastrofie smoleńskiej nie mam ochoty na latanie.
I ja dziś także nie lecę samolotem, ale dość rozklekotanym i zimnym jadę pociągiem, któremu – nie wiedzieć czemu – nadano nazwisko „Gałczyński”. Tak podróżuję z powrotem do Warszawy. Mateuszowi było smutno, kiedy wyjeżdżałam. I mnie było szkoda go zostawiać. Ale też dobrze mi było wyjechać ze Szczecina, który – szczególnie w bezśnieżnym styczniu – jest miastem melancholii i ponurych skojarzeń. Im daje się jedzie na wschód, tym bardziej jest biało, potem zielono, potem znowu trochę biało. W pociągu pewien pan bardzo się ekscytuje podróżą, bo nie jechał pociągiem już ze 30 lat. Ale musi mieć w sobie bardzo duże pokłady dobrej woli, bo po prawdzie, niczego ciekawego w takiej podróży nie ma.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz