piątek, 30 grudnia 2011

Przedostatni dzień

W przedostatni dzień roku zjadłam coś w rodzaju śniadania i wypiłam poranną kawę z Piotrem O 11 (a właściwie o 11.11) na ulicy Brackiej spotkałam się z G., zjadłam bezowy tort i wypiłam zieloną herbatę. W międzyczasie zadzwoniła do mnie jakaś kobieta, twierdząc, że prokurator okręgowy w Ącku wyznaczył mnie do realizacji pewnego zadania. Powiedziałam, że nic nie słyszę i żeby zadzwoniła jutro lub kiedykolwiek. Potem z G. chodziłyśmy tam i z powrotem odwiedzając po kolei muzeum, Pałac Kazimierzowski i BUW. Ze zdziwieniem odkryłyśmy, że w muzeum prace remontowe posunęły się w oszałamiającym stopniu (w związku z czym nigdzie nie byłam w stanie znaleźć mojego biurka i książek), że na Nowym Świecie sprzedają ryby wędzone, a w rektoracie (z powodu święta przypadającego za 2 dni) pracowano dziś tylko do godziny 12, co sprawiło, że nie mogłam otrzymać pieczątki do legitymacji potwierdzającej fakt mojego zatrudnienia w mieszkaniu Chopina. Mimo to – stwarzając pozory, że nic nie rozumiem – nakłoniłam dyżurnego bibliotekarza w BUWie do przedłużenia mi terminu przetrzymywania Pateryku bułgarskiego o kolejny miesiąc. I poszłyśmy dalej –  na Stare Miasto. Potem na Nowym Świecie zjadłyśmy pizzę, przyszedł do nas M. i wypiliśmy kolejną zieloną herbatę. Przez ten cały czas rozmawialiśmy o świątecznych strategiach, rozmaitych tarapatach, sprzyjających i niesprzyjających okolicznościach oraz o reformie systemu edukacji. Aż zrobiło się ciemno. Do domu podróżowałam z zakonnicą przyglądającą mi się troskliwie i odmawiającą (z pewnością w mojej intencji) różaniec. Być może dzięki jej modlitwom po powrocie zrobiłam niezwykle udane ciasto z białego sera i równie udaną zupę z kurczaka, ośmiornic i krewetek oraz podobnych im stworzeń. I wreszcie nastała pora, żeby zabrać się do czegoś naprawdę konstruktywnego (ale czego, wolę nie pisać). 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz