wtorek, 31 stycznia 2012

Zwykły dzień

Dzisiejszy dzień, po wczorajszym (koszmarnym) był nadzwyczaj zwykły.
Pod muzeum postawili koksownik. A w moim dziale tymczasem zakończył się remont, przynajmniej z grubsza. Już nie siedzę więc pod tabliczką „Wyjście ewakuacyjne”, ale pod rzędem świetlówek, a biurko moje jest tak ustawione, że jak zadrę głowę do góry, to mogę zobaczyć kawał błękitnego nieba. Jak się trochę wychylić można też popatrzeć na Most Poniatowskiego, ale ja się staram nie wychylać. Tyle tylko, że nie zważając na mróz, poszłam do BUWu, gdzie stwierdziłam zaskakującą (jak na czas sesji) nieobecność studentów. „Są pewnie chorzy” pomyślałam ze współczuciem. A potem musiałam (po raz pierwszy w życiu) zapłacić 50 groszy kary za przetrzymanie książek.
Obiecałam Mateuszowi, że odbiorę go wcześniej, zaraz po balu karnawałowym. Ale kiedy weszłam do szkoły, bal jeszcze trwał. Skakano tam i tańczono przy rytmach przypominających legendarną Lambadę. Wszyscy wyglądali na niezmiernie zadowolonych, nawet czwórka wodzirejów (ci to dopiero mają robotę!). Wśród dziewczynek przeważały stroje księżniczek, wśród chłopców – rycerzy, żołnierzy i katów. Strój pirata, w który był odziany Mateusz wyglądał na tym tle dość niewinnie.
- Mamo, wiesz, w następnym roku chcę się przebrać za Lorda Vadera – powiedział kategorycznym tonem, kiedy wyszliśmy ze szkoły – ale koniecznie muszę mieć czarną maskę i płaszcz, i taki czerwony świecący miecz. Da się to zrobić? – zapytał.
- Pewnie tak – westchnęłam bez entuzjazmu – a nie wolałbyś być przebrany za rycerza Jedi? – Zasugerowałam, zwracając mu łagodnie uwagę, że rycerze Jedi są dobrzy i walczą o sprawiedliwość oraz republikę, czego nie da się powiedzieć o Darthu Vaderze.
- E nie, mamo, już wolę być tym Lordem – zawołał kopiąc z rozmachem grudy lodu walające się po chodnikach.
- Mamo, a czy ty wiesz, że ludzie dzielą się na cztery kategorie? – zagaił podnosząc się z ziemi po dość gwałtownej wywrotce na pięciocentymetrowym skrawku starego śniegu.
- Tak? A na jakie kategorie? – zapytałam z lekką trwogą.
- Więc tak. Pierwsza kategoria: to są dzieci. Druga kategoria: rodzice. Trzecia: dziadkowie. I czwarta kategoria: pradziadkowie. Tak to już jest.
- W szkole pani ci to powiedziała, czy sam wymyśliłeś? – zapytałam dość podejrzliwie.
- Ech, pewnie, że sam – odparł, wywijając piruet na lodzie – a co to dla mnie, coś takiego wykombinować? Łatwizna!
Przyszliśmy do domu, Mateusz, zapominając na chwilę o postawie twardziela wyściskał królika. Potem przybył jego ojciec, a zabierając oprócz dziecka, kilka starych numerów czasopisma o budowaniu i urządzaniu domu dał mi do zrozumienia, że teraz tym się interesuje, a nie polityką. Wreszcie poszli, a ja ugotowałam (również po raz pierwszy w życiu) zupę szpinakową, zastanawiając się mało odkrywczo nad tym, że życie bywa przewrotne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz