Śnieg topnieje, a ja – jak alter ego Woodego Allena – mam ataki paniki. Jutro Mateusz wraca ze wsi, a w sobotę jedziemy: on, ja i królik Michał na Ziemie Odzyskane, gdzie niektórzy z nas dawno bardzo nie byli, a inni nie byli nigdy. Po powrocie nie wiadomo, co będzie. W muzeum biurko będę mieć stare i odrapane, ale ustawione w nowym miejscu (mam nadzieję, że nie na żadnej żyle wodnej). W mieszkaniu Chopina w dalszym ciągu niczego nie będę mieć, poza przejściowym miejscem na zielonej kanapie, na której ktoś (podejrzewam profesora Jana Białostockiego) wypalił dawno dawno temu papierosem dziurę. No i czeka mnie po powrocie wizyta w sądzie, bo będę mieć prawdziwą rozprawę, i się okaże, czy wreszcie się rozwiodę, czy też wcale nie. I niby tylu już ludzi na świecie się rozwiodło. I księżna Diana, poseł Palikot, Madonna (pewnie ze trzy razy) i Woody Allen, i podobno nawet Johnny Depp, i mnożyć by można, i przypominać. Niby nic takiego wielkiego. A mimo to jakoś mi nieswojo i jakby trochę słabo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz