Ferie się zaczęły i Mateusz wyjeżdża. Na cały tydzień do swojej rodziny pod Zamościem, a właściwie między Zamościem a Hrubieszowem (dokąd zapewne ja już nigdy nie pojadę, czego jednak specjalnie nie żałuję). Wpadł tu jeszcze na chwilę po lekcjach (jego tato w tym czasie siedział chyba w windzie i nie wychodził), pokręcił się parę minut, wyściskał królika, a przy okazji także mnie. Zostawił tornister. Zabrał plecak z ubraniami, pięć pluszowych zwierzaków, Dzieci z Bullerbyn. I już go nie było. Jest mi z tego powodu trochę smutno i nieco źle. Na pocieszenie mam Piotra i oczywiście towarzystwo królika.
Korzystając z braku innych spraw na głowie, albo inaczej: uciekając przed zajęciami, którym powinnam była się w tym czasie poświęcić, pomalowałam dwie ściany w jego pokoju (w miejsce zdartej swego czasu tapety). Szybko wyszło na jaw, że farba przez nas kupiona (a wybrana w sklepie przez Mateusza) ma kolor ukraińskiej chałupy, której to błękitnej barwy ponoć boją się muchy (żadne insekty nam więc nie straszne, kiedy już przyjdzie na nie pora). Zrobiło się bardzo ładnie i porządnie, a także dość wesoło. I tylko królik był nieco zdezorientowany, ponieważ przeniosłam go do kuchni, żeby się przypadkiem nie zatruł wyziewami schnącej farby. A potem przyszedł Piotr i zabrał królika do pokoju. W wiadomościach radiowych podali, że teraz już będzie prawdziwa zima.
Po tym wszystkim, patrząc na wymalowany przeze mnie własnoręcznie pokój pomyślałam: „A co powiedziałaby na to mama i babcia, że tak sama malujesz i remontujesz, Olu? Podobałoby im się?” i szybko odpowiedziałam sobie: „Ej, na pewno by nie były zadowolone, bo ich zdaniem (z pewnością) po to są mężczyźni, żeby malowali i remontowali”. Ale może właśnie wcale nie po to są? Bo czy kobiety są, żeby gotować, prasować, łatać spodnie i cerować skarpety? No nie po to, nie po to (o! jakie by to było okropne!). Gdy tak rozmyślalam, królik Michał patrzył na mnie swym głębokim spojrzeniem, dając w ten sposób do zrozumienia, że i króliki nie są po to, żeby je zjadać, ani też wykorzystywać jako zwierzątka pociągowe. I wtedy pojęłam istotę relacji międzyludzkich i międzygatunkowych: spędzamy czas z kobietami, mężczyznami, królikami, no i oczywiście dziećmi nie po to, żeby na nas pracowali, a zwłaszcza wykonywali to, czego nam się zrobić nie chce, tylko po to, żeby mieć na kogo popatrzeć i z kim porozmawiać. Obiecałam więc królikowi, że nigdy nie poślę go do sklepu po zakupy, ani nie każę odkurzać, chyba że sam będzie miał na to ochotę.
Po tym wszystkim, patrząc na wymalowany przeze mnie własnoręcznie pokój pomyślałam: „A co powiedziałaby na to mama i babcia, że tak sama malujesz i remontujesz, Olu? Podobałoby im się?” i szybko odpowiedziałam sobie: „Ej, na pewno by nie były zadowolone, bo ich zdaniem (z pewnością) po to są mężczyźni, żeby malowali i remontowali”. Ale może właśnie wcale nie po to są? Bo czy kobiety są, żeby gotować, prasować, łatać spodnie i cerować skarpety? No nie po to, nie po to (o! jakie by to było okropne!). Gdy tak rozmyślalam, królik Michał patrzył na mnie swym głębokim spojrzeniem, dając w ten sposób do zrozumienia, że i króliki nie są po to, żeby je zjadać, ani też wykorzystywać jako zwierzątka pociągowe. I wtedy pojęłam istotę relacji międzyludzkich i międzygatunkowych: spędzamy czas z kobietami, mężczyznami, królikami, no i oczywiście dziećmi nie po to, żeby na nas pracowali, a zwłaszcza wykonywali to, czego nam się zrobić nie chce, tylko po to, żeby mieć na kogo popatrzeć i z kim porozmawiać. Obiecałam więc królikowi, że nigdy nie poślę go do sklepu po zakupy, ani nie każę odkurzać, chyba że sam będzie miał na to ochotę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz