Złość mnie dziś ogarnęła wielka. Jak uderzenie młotem pneumatycznym w tył głowy. Miałam kilka powodów, ale też i kilku nie miałam, no i to, zdaje się, jeszcze moją złość spotęgowało. Już więc wracając do domu pomyślałam, że muszę zrobić ze sobą coś radykalnego, więc postanowiłam, że porąbię i wyrzucę zepsute łóżko Mateusza, i jeszcze, że zedrę ze ściany i tak już obdartą tapetę w jego i królika pokoju. Wszystko to rzeczywiście robiłam, przez większość wieczoru – z przesadnym może nawet zapałem, dokonując rzeczy, o które bym samą siebie nie podejrzewała.
Mniej więcej około godziny 19, kiedy stałam z siekierką w dłoni nad trupem łóżka, Mateusz powiedział mi, ze dostał same czwórki i piątki ze sprawdzianów, a na semestr ocenę B (co oznacza: bardzo dobrze): „Jaki mądry ten mój synek” pomyślałam, pochwaliłam go dziesięć razy i nawet nieco lepiej mi się zrobiło. Wtedy Mateusz zapytał, czy może w nagrodę pograć na komputerze, więc – przechodząc do zrywania tapety – zgodziłam się na wszystko. I tak zrywałam ją i zrywałam, aż nagle dobiegł mnie z sąsiedniego pokoju dźwięk fortepianu. I że akurat robiłam sobie przerwę podreptałam tam ze szmatą w ręce i ujrzałam mojego bardzo grzecznego, choć może nieco podrapanego synka, który słuchając Chopina, grał w szachy z komputerem. Uśmiechnął się on do mnie uprzejmie i kulturalnie, i powiedział: „Gram w szachy, nie wiesz, że to moja ulubiona zabawa?”. Oto jest właśnie dowód na to, że dzieci trzeba chwalić ile wlezie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz