Dawno dawno temu 12 grudnia obchodziłam imieniny, ale zarzuciłam ten zwyczaj i teraz imieniny mam kiedy indziej.
Dziś na Krakowskim Przedmieściu widzieliśmy z Piotrem pochód, który kroczył w stronę Nowego Światu, a potem jeszcze gdzieś dalej. Daleko daleko, zapewne aż pod mieszkanie generała, którego jednak tam nie ma, gdyż – jak donoszą media – został wywieziony do szpitala. Pochód ten był niemrawy i nieliczny, ale bardzo prawdopodobne, że z czasem będzie nabierał animuszu i, że coraz więcej tam będzie ludzi. Zwłaszcza, że ma podobno maszerować aż do jutra.
Z 13 grudnia 1981 roku wiążą się jedne z moich najwcześniejszych wspomnień z dzieciństwa. To znaczy pamiętam też sierpień 1980 roku i mój spacer z babcią naszą ulicą 5 Lipca, obwieszoną biało-czerwonymi flagami. Szłyśmy i babcia mówiła do mnie mniej więcej tak: „Widzisz, dziecko, nie może być, żeby robotnicy podnosili rękę na władzę ludową”. Babcia uważała i nie omieszkała mnie o tym poinformować, a ja – o dziwo to zapamiętałam – że kapitalizm jest złym systemem dla ludu pracującego i, że robotnicy powinni bardziej szanować socjalizm. Po latach zresztą babcia mogła powiedzieć z satysfakcją: „A nie mówiłam!?”.
Natomiast 13 grudnia 1981 roku uczęszczałam już do pierwszej klasy i bardzo się początkowo cieszyłam, że nie trzeba w poniedziałek iść do szkoły. Ale do naszego mieszkania zaczęli przychodzić różni goście. Siedzieli oni przy stole i rozmawiali z moimi rodzicami, a z telewizora wciąż przemawiał wiadomy generał. Goście i rodzice cały wieczór rozprawiali o tym, że ich zakład pracy został zmilitaryzowany i zastanawiali się, jak to dalej będzie. A ja siedziałam (jeśli dobrze pamiętam) pod stołem i bawiłam się plastikowymi zwierzętami, z trudem powstrzymując łkanie, bo już widziałam mamę i tatę w mundurach żołnierskich, na wojnie, a może i nawet w czołgu. I jedno, co mnie trochę pocieszało to nadzieja, że kiedy już kiedyś wrócą zdrowo i cało z tej wojny, to przywiozą ze sobą psa Szarika.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz