Kiedy przyszłam do pracy, okazało się, że z muzealnego biura zniknęło moje krzesło i nie mam gdzie siedzieć. Sporo się natrudziłam nim znalazłam jakieś inne, ale w końcu moje wysiłki zostały wynagrodzone. Siadłam więc sobie na krześle w niemal pustym pomieszczeniu, a przede mną usiadł – niczym ptak – strojny wazon, który przyniosła tu kiedyś M. Otrzymała ów wazon od swojej służącej Ukrainki, a że się jej ów wazon (przez swoją niezwykłą strojność, którą trudno mi nawet opisać słowami) nie spodobał przywiozła go do muzeum. Koledzy szybko uznali, że skoro wazon pochodzi ze wschodniej Europy, najlepiej pasuje do mnie i postawili go na moim regale. Teraz, kiedy wszystko prawie zostało już stąd wyniesione, nie mam regału, ani właściwie niczego, został mi tylko on. Jarzeniówki mrugają smętnie, ze ścian zwisają kable, a na podłodze pysznią się wielkie czarne plamy po nie-wiadomo-czym. Gdzieś zniknęło radio. Nie da się więc posłuchać relacji z wczorajszych patriotycznych pochodów, które przemieszczały się ponoć po całym mieście. A kiedy B. nalała wodę do szklanki, żeby zrobić sobie kawę, wpadła do niej garść zwłok mrówek, które przychodziły do nas tej wiosny i gdzieś się zawieruszyły w zakamarkach elektrycznego czajnika. Pod sufitem na zużytych pajęczynach dyndają za to ciała pająków w hibernacji. Wszędzie więc dookoła ruiny i zgliszcza.
Kilka jest zapowiedzianych wyprowadzek, a kilka wprowadzek. Do tego są więc zajmujące rozmowy - kto koło kogo będzie siedzieć, gdzie które biurko będzie stać, kto gdzie będzie mieć swój komputer. I dlaczego jeden ma 50 kartonów niezbędnych mu do życia rzeczy, a drugiemu wszystko się mieści w jednej kuwecie dla średniej wielkości kota.
Piotr mówi: „I wiesz, złotą rączką to ja nie jestem”. Rozmawiamy, o co ewentualnie można się kłócić. Teoretycznie można właśnie o majsterkowanie, choć zdaje się to mało prawdopodobne. Zwłaszcza, że jest jeszcze Mateusz, który – jako dziecko leworęczne – ma podobno talent i chęć do majsterkowania: póki co ani jednego, ani drugiego u niego nie dostrzegłam, ale pozostaję – jeśli o to chodzi – dobrej myśli. Nawet jednak jeśli ta cecha się u niego ostatecznie nie ujawni, postaram się nie wzniecać z tej przyczyny awantur, w szczególności, że sama też rzadko szydełkuję i robię na drutach. Dalej: można się kłócić z powodu zazdrości i z powodu różnych starych rzeczy, można się kłócić, kto i co będzie oglądał w telewizorze, kto pierwszy wstanie, kto da królikowi jeść, albo – kto go wreszcie nauczy sikać do kuwety. Ale w ogóle lepiej się tak za bardzo nie kłócić.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz