B. oznajmiła: Padają ostatnio jak muchy. Najpierw umarł Hanuszkiewicz, potem Havel, a wreszcie na koniec Kim Dzong Il. Porównanie z muchami w naszej szerokości geograficznej jest, myślę sobie, całkiem nietrafione, bo w obecnej porze roku dawno ich nie ma: albo już dawno wyzdychały, albo też śpią mocnym snem zimowym, nawet mimo tego że zimy wcale nie ma.
W obecnym roku kalendarzowym czeka mnie jeszcze tylko kilka dni pracy: to są właściwie jakieś resztki pracy, różne jej lepsze i gorsze strzępy. Zaplanowano wprawdzie dla mnie jeszcze kilka zebrań i walnych posiedzeń oraz publicznych rozpraw nad europejskim systemem edukacji, ale nic się temu systemowi raczej nie stanie, jeśli przezornie o nich już dzisiaj nie będę pamiętać. Bo pora się zająć sprawami ważnymi.
W obecnym roku kalendarzowym czeka mnie jeszcze tylko kilka dni pracy: to są właściwie jakieś resztki pracy, różne jej lepsze i gorsze strzępy. Zaplanowano wprawdzie dla mnie jeszcze kilka zebrań i walnych posiedzeń oraz publicznych rozpraw nad europejskim systemem edukacji, ale nic się temu systemowi raczej nie stanie, jeśli przezornie o nich już dzisiaj nie będę pamiętać. Bo pora się zająć sprawami ważnymi.
Czas teraz, żeby się uściskać z osobami, których się uściskiwać wcale nie ma ochoty, to znaczy, żeby wybaczać, prosić o wybaczenie itd. Czas na podejmowanie na przyszły rok postanowień, których oczywiście lepiej nie podejmować, ale których podejmowanie jest raczej nieuniknione. Czas wreszcie na kupienie przyszłorocznego kalendarza do zapisywania tego, co się zamierza robić, a do którego będzie się zapominało zaglądać. Ponieważ jednak nie chciało mi się ostatnio ani niczego długofalowo planować, ani też prosić nikogo o wybaczenie, udałam się do dużego sklepu, a właściwie nawet do trzech. Tłoczno było w tych sklepach i dość straszliwie. Ale na pocieszenie (że nie tylko ja spędzam w taki sposób czas) spotkałam tam lub tylko z oddali zobaczyłam kilka znajomych mi osób, zajmujących się tymi samymi mniej więcej co ja czynnościami. W dodatku były to osoby, o których idealistycznie myślałam, że w takich miejscach nigdy nie bywają.
Podczas wizyty w sklepie dla zwierząt, w którym zakupiłam dość zaskakujące dla mnie samej prezenty pod choinkę dla królika, doznałam jednak iluminacji, która wynagrodziła mi wszelkie trudy robienia zakupów. Stało się to, gdy wzięłam do ręki żółtą piłeczkę ze wzorem marchewkowym, którą podobno króliki uwielbiają się bawić. Wtedy właśnie spłynęła na mnie 4 fala samoświadomości:
Tak to kończy się kolejny rok (co akurat było od dawna do przewidzenia). Mam królika, a jeszcze 12 miesięcy wcześniej nie pomyślałabym o nim jako o zwierzątku, które może zamieszkać w moim domu. Trudno do końca powiedzieć, czy to z powodu tego królika, czy z jakiejś innej przyczyny jest mi teraz lepiej na świecie niż w zeszłym roku o tej porze. Parę lat temu myślałam, że w wieku 37 lat będę już całkiem stara, siwa jak gołąbek i do niczego, albo nawet, że wcale już może nie będę żyła, a tymczasem wcale się tak nie stało. Stara nie jestem, siwych włosów nie mam i wprawdzie łupie mnie czasami w krzyżu, ale do wózka inwalidzkiego to mam jeszcze bardzo daleko, podobnie jak i do śmiertelnego łoża. Życie na tym świecie bywa zaskakujące, ale oprócz katastrof robi z nami niekiedy rzeczy dobre i słuszne. Tylko nie trzeba specjalnie tego wszystkiego rozważać. Tak właśnie myśląc, poszłam do kasy i zapłaciłam 11,90 za króliczą zabawkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz