Zostaliśmy dziś zaproszeni do przyjaciół zamieszkujących na PRLowskim osiedlu nieopodal Wisły. Ledwo wyszliśmy z domu, zaczepił nas osobnik w wyświechtanej kurtce i brodaty. Zwrócił się on do mnie uprzejmie takimi słowami:
- Czy mogłaby mnie pani poratować złotówką?
- Obawiam się, że nie mam złotówki – powiedziałam.
- To może być 50 groszy, albo cokolwiek – odparł uspokajająco osobnik.
- Widzisz, mamo, jak to jest, kiedy ktoś spożywa zbyt dużo alkoholu... – powiedział Mateusz, kiedy już oddaliliśmy się od osobnika.
- Oj – mówię – daj spokój, Mateusz, różnie to bywa. Skąd wiesz, że ten pan spożywa zbyt dużo alkoholu? Może jest po prostu biedny, nie ma na chleb, czy coś innego do jedzenia?
- Chyba zwariowałaś, mamo. Od razu było widać, że ten pan chciał od ciebie pieniądze na piwo.
Trochę jeszcze dyskutowałam, że może osobnikowi w wyświechtanej kurtce o co innego chodziło, ale tak czy inaczej poszliśmy.
U wejścia do dwudziestopiętrowego bloku, który stanowił cel naszej podróży, zobaczyliśmy dla odmiany człowieka w chałacie i z reklamówkami, który próbował się dostać do środka, ale jakaś na oko trzydziestoletnia kobieta nie pozwalala mu na to i groziła, że wezwie policję. Sytuacja była dynamiczna. Kobieta w płaszczu niemal pobiła się z tym w chałacie, obydwoje rzucali w siebie nieuprzejmymi epitetami, a ja postanowiłam się nie wtrącać i jakoś udało nam się wyminąć tę parę, a wreszcie wejść do bloku. Kiedy jechaliśmy windą na samą górę Mateusz popatrzył na mnie, chrząknął znacząco i zapytał:
- Czy ta pani nie chciała wpuścić tego pana dlatego, że jest biedny?
- Nie wiem, Mateusz – powiedziałam, bo winda szybko jechała i nie było czasu na filozoficzne rozprawy.
Ale temat ten nieoczekiwanie powrócił do nas w autobusie 517, którym około godziny 20 wracaliśmy do domu, a który pełen był pijanych pasażerów. Jechaliśmy nim i jechaliśmy, pijani pasażerowie się przelewali z kąta w kąt. Mateusz siedział sobie, a ja nad nim stałam. I nagle dobiegł do mnie dziecięcy głos:
- Ale pijaków w tym autobusie! Widzisz, mama, a potem będą kręcić się koło sklepu i prosić o pieniądze jakieś panie, które idą z dzieckiem…
Na szczęście większość pasażerów miała osłabiony słuch, a silnik pracował bardzo głośno i nikt w autobusie 517 nie zwrócił na nas uwagi. W taki właśnie sposób szczęśliwie powróciliśmy do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz