Cały czas się zastanawiam, czy Mateusz wierzy w to, że Mikołaj przynosi prezenty. Czy też myśli sobie: „Mama sądzi, że wierzę w Mikołaja, więc nie będę jej robić przykrości”, albo jeszcze lepiej: „Mama wierzy, że Mikołaj przynosi prezenty, więc byłoby jej smutno, gdybym powiedział jej, że to nie jest prawda”.
Niewykluczone jednak, że Mateusz nie ma wątpliwości. I że w ogóle istniejące dzisiaj możliwości konsumpcyjne długo utrzymują w dzieciach przekonanie o realności istnienia i działalności Mikołaja, a także wszechmocności całej sfery niewidzialnej: Boga oraz wszystkich świętych i aniołów zaludniających firmamenty niebieskie.
Kiedy byłam dziewczynką (taką dziewczynką z kitkami) to bardzo lubiłam święta. Mieszkałam wtedy z babcią i z rodzicami w starej (w mieście pionierów to się nazywało – „poniemieckiej”) kamienicy na rogu ulicy 5-ego Lipca i Strzeleckiej, na samej górze. Nad nami był tylko strych. Może to nie było ładne i wygodne mieszkanie, ale wiążą się z nim moje najprzyjemniejsze wspomnienia z dzieciństwa, choć akurat to jest dosyć mroczne. Otóż w roku (zapewne) 1981 spędzaliśmy wieczór wigilijny w czwórkę: babcia, mama, tata i ja. Miałam wtedy 7 lat, czyli tyle, co dzisiaj Mateusz. A rok 1981 był bardzo szczególny, ponieważ całą zimę w mieście pionierów leżał śnieg.
Zwykle przy podobnych okazjach w domu było dwa razy tyle osób, ale tej zimy akurat tak się zdarzyło, że byliśmy tylko we czwórkę. Trochę to było smutne, ale nic nie zapowiadało katastrofy: była choinka i stół, jak trzeba. Potrawy może były trochę dziwaczne, ale taka już tam była tradycja.
Zwykle przy podobnych okazjach w domu było dwa razy tyle osób, ale tej zimy akurat tak się zdarzyło, że byliśmy tylko we czwórkę. Trochę to było smutne, ale nic nie zapowiadało katastrofy: była choinka i stół, jak trzeba. Potrawy może były trochę dziwaczne, ale taka już tam była tradycja.
Prezenty u nas w domu pojawiały się bez zbędnych ceregieli, to znaczy szybko, żeby dzieci się nie męczyły. Wystarczyło zjeść łyżkę barszczu i już można było wyjść na korytarz, żeby na niebie wyszukać gwiazdkę. W dodatku, czy ta gwiazdka się zaświeciła, czy też nie, prezenty zawsze pojawiały się bardzo szybko. I tego roku też tak było. Wyglądałam przez okno, przez które niewiele było widać, ale nie zdążyłam się ani trochę zniechęcić, bo już mnie wołali, że coś tam jest pod choinką.
Pobiegłam więc z podskokach i z wypiekami na twarzy przeszukiwać, co dla mnie pod tą choinką leży. A tam – jak pamiętam – dwa prezenty z karteczkami, na których ktoś pięknie wykaligrafował imię: Ola i jeszcze narysował choinkę. Wszystko jak należy.
Bez zbędnego ociągania się zaglądam do jednej paczuszki, a tam pół kilo pestek z dyni. Zaglądam do drugiej, a tam 3 pary majtek. Prawdziwa katastrofa! „Czemu czemu Niebo zsyła mi paczkę pestek z dyni i 3 pary majtek?!”. „O tym aniołku, Mikołaju i Gwiazdorze to wszystko muszą być bajdy!”. „Wszyscy oni na pewno nie istnieją, i nie istnieje też na pewno Bóg!”.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz