czwartek, 8 grudnia 2011

Zatracenie

Nad Polskę nadciąga zima. Będzie wiało i padało. Śnieg będzie padał. Już właściwie zaczął, ale na razie jest pomieszany z deszczem i zmienia się raczej w kałuże niż w malownicze bałwany. Mężczyzna wpadł pod pociąg na stacji Warszawa Zachodnia, a kobieta pod tramwaj gdzieś na Pradze. Moja koleżanka z pracy mówi, że zawsze pod metro rzucają się akurat w godzinach porannych, kiedy ona jedzie do pracy. Zastanawia się, jakie są tego przyczyny. I dlaczego rzucają się akurat pod to metro, którym ona właśnie podróżuje w kierunku centrum miasta? Podejrzewa, że robią to specjalnie, żeby zdobyć sławę, albo po prostu, żeby narobić nieco zamieszania. A przecież w Warszawie zamieszania naprawdę wystarczy. Więc lepiej, żeby rzadziej się rzucali i rzadziej wpadali pod koła przypadkowo.

A jednak pewnie będą wpadać i się rzucać, bo grudzień jest miesiącem, który – z różnych powodów – temu sprzyja. Tak właśnie było z moim dziadkiem. Urodził się w Wilnie, czy też może w Grodnie, na imię mu było Kazimierz, a na nazwisko nie wiadomo jak, ponieważ zmienił je po wojnie i może lepiej dziś nie wnikać, z jakiego powodu. Był mój dziadek człowiekiem wesołym i towarzyskim, ale strasznym ladaco i pijakiem. Do tego jeszcze w jego życiu sporo namieszała historia, pomijając to, że on sam w nim porządnie namieszał. Twierdził podobno, że był żołnierzem podziemia, że w czasie wojny przebywał w Anglii, gdzie też rzekomo świetnie sobie radził w bokserskich walkach. Nawet jednak moja mama (której zawdzięczam znajomość tych faktów) nie wierzy w nie ani trochę i mówi, że jej ojciec tylko wtedy mówił prawdę, kiedy mówił dzień dobry.

Trudno powiedzieć, jak do tego doszło, ale zaraz po wojnie na Ziemiach Odzyskanych  dziadek uwiódł moją babcię, która jest osobą bardzo dobrą, skromną i stroniącą od używek. Zadałam więc kiedyś babci takie pytanie:
- A jak to się stało, że ty, taka prawa i dobra wzięłaś sobie za męża takiego nicponia jak dziadek?
- Dziecko – powiedziała babcia – co ty myślisz? Niemal wszyscy porządni chłopcy zginęli na wojnie. Ty myślisz, że było wtedy z czego wybierać? 

Tak więc nie było z czego wybierać i w ten sposób moje geny oraz geny moich potomków zostały na zawsze wzbogacone o tajemniczy człon DNA, który będzie nas usiłował gnać na zatracenie. Tak jak na zatracenie zagnał mojego dziadka, który w pewien grudniowy dzień (chyba to było 15 grudnia) 1970 roku postanowił na stałe rozstać się życiem. Ponieważ stało się to  parę lat przed moim przyjściem na świat, to znam go jedynie z fotografii. Jedna jest taka, że dziadek sobie siedzi z butelką wódki bardzo zadowolony, z jakimś jeszcze innym towarzyszem. Na drugiej dziadek spoczywa w trumnie, a dokoła niego wszyscy stoją z ponurymi minami (w tych pięknych czasach, nie wiedzieć czemu, robiono sobie takie zdjęcia). Na koniec jednak historia do dziadka się po swojemu uśmiechnęła, bo dostał miejsce na cmentarzu obok wszystkich tych, których zabito w tych dniach na ulicach miasta pionierów. I tam sobie leży dziadek wśród bohaterów, mimo że nie zabił go żaden system, ani pociąg, czy tramwaj dziejów, tylko paskudny przymus picia. 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz