piątek, 9 grudnia 2011

Nienapisana książka

Spotkałam się wczoraj na obiedzie z autorem Pornografii. Paląc papierosa za papierosem opowiedział mi o czym pisze, o czym zamierza pisać, a o czym pisać mu się nie chce. Ja natomiast opowiedziałam o tym, jak to pisać nie mogę, a nawet jak trochę mogę, dość szybko to mija i efekt jest taki, że moja niedoszła książka o relikwiach leży przykurzona wirtualnym pyłem od paru dobrych miesięcy.
Potem jeszcze, podróżując autobusem przez wystrojone świątecznie Aleje Jerozolimskie, sporo myślałam, dlaczego tak jest. W autobusie było pięciu mężczyzn z choinkami, a także jedna kobieta, która też wiozła choinkę, a także duże pudełko, poza tym była pani, która miała ze sobą wielki domek Barbie i pan z całą rodziną kucyków Pony oraz staruszka z pieskiem w siatce. Pozostali pasażerowie spoglądali na nich  wszystkich niechętnie, więc było mi przyjemnie, że ja żadnej choinki ani pieska ze sobą nie wiozę, dzięki czemu wrogość  otoczenia chwilowo mnie nie dotyczy.


Kiedy już wróciłam do domu, zajrzałam do tej nienapisanej książki i policzyłam, że mam jej 278 stron; pomyślałam, że to sporo i, że właściwie, gdybym dorobiła jeszcze kilkanaście, to już by to było wstępnie skończone. A dlaczego tego jeszcze nie zrobiłam? Bo reforma szkolnictwa wyższego, bo muzeum, bo uczenie, bo wypełnianie różnych tabelek. Bo dziecko, bo Piotr, bo królik, sprzątanie, prasowanie, gotowanie, bo trzeszczące emocje, a wreszcie narastający stres, że nienapisana książka leży i nic się w niej od dawna nie zmienia.
Dziś rano za to, kiedy jechałam do miasta, żeby zarabiać na chleb dla dziecka i paszę dla królika przeczytałam postanowienia Virginii Woolf zapisane przez nią w dzienniku 2 stycznia 1931 rok. Są one takie: „Pierwsze: nie mieć żadnych postanowień; nie wiązać się. Drugie: być wobec siebie miłą i swobodną, nie gonić na przyjęcia; siedzieć samotnie w pokoju i czytać (…). Nie dbać o zarabianie pieniędzy. (…) Przestać się irytować, zgodnie z przekonaniem, że nic nie jest irytacji warte”. Może i Virginia Woolf – jak mówi moja koleżanka z pracy – to nie jest dla mnie najlepszy wzór do naśladowania, ale jej postanowienia w kontekście  mojej nienapisanej książki sprawiają całkiem roztropne wrażenie. No może za wyjątkiem gonienia na przyjęcia, bo prawie na przyjęciach nie bywam i tego samotnego siedzenia w pokoju, bo po pierwsze nie bardzo mam taki pokój do siedzenia i czytania, a po drugie wcale nie jestem pewna, czy chciałabym go mieć. Okropnie natomiast podoba mi się pomysł, żeby być dla siebie miłą.
Rzecz w tym, że zwykle mamy ochotę robić coś, co nas naprawdę ciekawi. Mojego kolegę zajmuje pornografia, ludobójstwo i postapokalipsa. A mnie co? Jadę autobusem i niby myślę o niedoszłej książce, a tak naprawdę gapię się na ludzi z choinkami, domkami dla lalek i kucykami; a w tyle głowy mam: co z Mateuszem, co z królikiem, i w ogóle: co to dalej będzie. Przy tym  wszystkim pocieszające jest jedynie, że relikwie są bardzo wytrzymałe, raczej nie ulegają rozkładowi i niszcząca siła czasu nie ma na nie wcale wpływu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz