poniedziałek, 5 grudnia 2011

Tonąca Arka Noego

5 grudnia. Poniedziałek.

Od rana pada deszcz, ciemno jest i wiatr wieje. Łatwo wejść w kałużę, albo zostać ochlapanym przez rozpędzonego Ikarusa.

Remont, który miał zostać przeprowadzony w naszym dziale wcale się nie rozpoczął, ale tylko niewielka część naszej załogi się tym martwi. Przedmiotem mojego narastającego zmartwienia jest natomiast pisanie, a ściśle rzecz ujmując trudności z pisaniem. Nigdy dotąd długofalowo nie miałam podobnych i zasadniczo łatwo mi szło. A teraz, czy przez zbyt niskie krzesło, czy przez niewygodne biurko, bałagan na stole,  albo jarzeniówkę mrugającą nad głową – wcale już tak dobrze nie jest. Wypiłam jedną kawę (z fusami), jedną herbatę czarną (z liśćmi) oraz jedną herbatę zieloną (z torebki). I dalej nic.

Mając więc nadzieję, że coś to zmieni,  czytam książkę (wydaną w 1948 roku w „Czytelniku” w serii „Postępowego Bibliotekarza”), spomiędzy kartek której co jakiś czas wypadają wysuszone pancerzyki owadów jedzących papier. Ale ich widok przypomina mi z kolei wiecznie zadowolone oblicze królika, który w niedzielę nadgryzł kabel do komputera, odsyłając go tym samym do lamusa przedmiotów bezużytecznych.


W międzyczasie dostałam krótki list od kogoś, kto zawsze budził we mnie ciepłe uczucia. Ale list nie jest zbyt sympatyczny, bo główna jego treść ma mniej więcej taki sens: „Nie zamierzam ukrywać i udawać że pasuje mi co robisz i że popieram Twoje decyzje czy postępowanie”. No ale czy ja potrzebuję, żeby mnie ktoś popierał? Nawet jeśli jest to osoba budząca moją sympatię? Nie mam  przecież wielkich ambicji politycznych, do sejmu startować nie będę i nie chcę już  nigdy więcej pełnić żadnej kierowniczej funkcji.
Raczej  mam zamiar czekać aż coś – to znaczy może na przykład Melancholia – pożre ten tonący stateczek. Zgodnie z nauką pewnego sławnego Duńczyka, który myślał, że jest Żydem, dopóki nie okazało się że raczej jest Niemcem:  „Gdyby Bóg istniał – chociaż w niego nie wierzę – prawdopodobnie miałby taki sam problem: stworzył ludzi, ale oni mu się wymknęli i robią swoje. W ogóle idea stworzenia jest ryzykowna. Bo jeśli Bóg wymyślił świat, to widzi teraz, że z pięknego pomysłu pozostał tylko straszliwy bałagan. Powinna pojawić się Melancholia, która wszystko zniszczy i da szansę na nowy początek. To moja sugestia”. Do takiego oczekiwania nie trzeba żadnego poparcia, ani pochwały. Nawet mogłyby one nieco przeszkadzać w snuciu katastroficznych scenariuszy.

Moi koledzy rozmawiają o tym, że, jak ktoś umrze, to książki, które po nim zostały trzeba wyrzucać na śmietnik, bo nikt ich nie chce. Może więc to moje pisanie wcale nie jest potrzebne. I może wcale nie powinnam walczyć z niechęcią do niego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz