czwartek, 22 grudnia 2011

Szczęśliwe zakończenia

Po pracy zamiast bez ociągania jechać po choinkę, poszliśmy do kina. Na Jeden dzień, film pokazujący decydującą rolę przypadku w życiu i magię kalendarzowych dat, a ściśle rzecz ujmując daty 15 lipca. Jest to oczywiście historia o miłości, z którą nie jest łatwo ani sobie poradzić, ani dać sobie z nią spokój. Opowieść może wydawać się nieco wymyślna, ale mnie jako bohaterce wymyślnych historii wydaje się całkiem prawdopodobna. Filmowi temu brak niestety szczęśliwego zakończenia. Dla mnie samej było sporym zaskoczeniem, że mi to przeszkadza, bo do tej pory nawet lubiłam zakończenia trudne, skomplikowane i bolesne. Najwidoczniej jednak coś mi się w głowie przestawiło i teraz wolę inaczej. Tak więc bardziej podobałoby mi się, żeby film ten miał szczęśliwe zakończenie i żeby różne inne historie kończyły się w dobry sposób, lub przynajmniej dawały nadzieję na jakieś korzystne rozwiązania w przyszłości. Wolę więc, żeby bohaterki filmów, które oglądam nie ginęły pod kołami ciężarówek, a bohaterowie, żeby nie lądowali w wyniku załamania nerwowego w rynsztoku. Pokrótce podzieliłam się moimi uwagami z Piotrem, a on mówi: „Pewnie 99 procent oglądających filmy wolałoby szczęśliwe zakończenia, ale co to by były wtedy za historie?”. No i niby racja. Film się skończył. Było ciemno i zimno. Kiedy szliśmy przez muranowskie podwórka, to ze trzy samochody próbowały nas rozjechać, ale jakoś za każdym razem uskakiwaliśmy przed nimi. A wreszcie przebiliśmy się do ulicy Grzybowskiej i pojechaliśmy po choinkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz