Wstaję o 6. Robię kanapki, słucham radia, usiłuję budzić Mateusza. Pierwsza pobudka, druga pobudka, trzecia pobudka. Wreszcie się udaje. Zaspany Mateusz ściska się z królikiem w łóżku, a ja nad nim stoję i upominam, żeby jadł kanapkę i się ubierał. Mateusz zaczyna się bawić. Ja mówię:
- Jedz i ubieraj się! – Szczerze powiedziawszy powtarzam to kilka razy.
- A nie wiesz, że dzieci muszą się bawić? – pyta Mateusz.
- Wiem wiem, ale się ubieraj – zrzędzę i straszę: Jak się zaraz nie ubierzesz, to pójdę sama.
Mateusz robi miny, świadczące o tym, że uważa mnie za mało sympatyczną osobę. Potem zaczyna szykować królikowi jedzenie. Patrzę na to, patrzę i nie powstrzymuję się:
- Może ci pomogę?
- Nie potrzebuję pomocy! Świetnie sobie radzę, nie widzisz?
- Widzę.
Zabiera jedzenie dla królika, a ja sprzątam resztki, które pozostały po tej operacji. Wreszcie, poubierani w zimowe stroje wychodzimy na dwór i sobie idziemy. Pod bramą szkoły ściskamy się kilkukrotnie. Zapewniamy się o niesłabnących względem siebie uczuciach. I Mateusz idzie do szkoły, a ja – na stację.
Idę i myślę o jego ojcu. Jest on zdania, że alimenty, które każe mu na dziecko płacić sąd są za wysokie. Tych pieniędzy jest teraz 500 zł, a on by wolał, żeby to było 250. Różne rzeczy na ten temat przychodzą mi do głowy od kilku dni. Przedwczoraj i wczoraj byłam bardzo zła, aż mnie krew zalewała, ale dzisiaj (kiedy dwukrotnie przespałam się z powyższym zagadnieniem) mam już trochę inaczej. Dziś raczej empatycznie rozważam jego trudną sytuację. Ojcu Mateusza jest bez wątpienia na świecie ciężko i źle, a 250 zł piechotą nie chodzi. Można za to kupić dużo rzeczy: 25 paczek papierosów, albo 10 butelek wina i 10 paczek papierosów. Co tam jeszcze?
Biegnę do pociągu. Po co właściwie biegnę? Przyjedzie zaraz następny. Ale jednak coś mnie pcha, więc biegnę. A jak dobiegam i wsiadam, to w drzwiach wita mnie kanar:
- Bileciki do kontroli.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz