- A gdybyśmy mieli polecieć na wakacje samolotem? – zadałam Mateuszowi to podchwytliwe pytanie, gdy szliśmy alejkami Robotniczej Spółdzielni Mieszkaniowej „Ursus” sprawnie omijając spoczywające na trawnikach i alejkach psie kupy.
Popatrzył na mnie złym wzrokiem:
- Przecież ci mówiłem sto razy, że nigdzie samolotem nie polecę! – rzekł tonem oburzonym.
- No tak – musiałam przyznać mu rację. Mówił. Nawet wczoraj.
- Po prostu się boję, że zdarzy się jak w katastrofie smoleńskiej – powiedział mój syn – kiedy się zabił ten… no… prezydent… Jak on się nazywał?
- Kaczyński.
- Właśnie, Kaczyński. Nie ma takiej mowy, nigdzie nie będę latać.
- A kiedy dorośniesz, też nie? – zapytałam ze szczerym zainteresowaniem.
- W życiu. Już wolę jechać pociągiem. Chociaż… – tu się zawahał – pociągi też biorą udział w katastrofach. Pamiętasz, ostatnio taka była… Gdzieś tam, pod Krakowem chyba?
- No widzisz i pociągiem jechać się nie boisz – powiedziałam tonem możliwie pokrzepiającym.
- Ale wiesz, mamo, ta pociągowa katastrofa była mniejsza. I ostatecznie w katastrofie smoleńskiej zginął sam prezydent. To chyba dzieci mają teraz prawo bać się latania, prawda?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz